Amsterdam, Egipt  - 2000

                                        Pełny album zdjęć:

Amsterdam, Egipt (VIII 2000)


Miejsce następnej podróży wybraliśmy dość przypadkowo. Śledząc tanie loty dorwaliśmy u jakiegoś tour- operatora wolne miejsca na sam samolot do Egiptu z Niemiec za bardzo małe pieniądze. Nie wiele się zastanawiając skorzystaliśmy z tej opcji, gdyż 150 DM za samolot w obie strony wydawało się bardzo fajną ceną. Mieliśmy trochę więcej czasu niż dwa tygodnie więc najpierw pojechaliśmy stopem do Amsterdamu, by stamtąd po kilku dniach pojechać do Niemiec do Stuttgartu, skąd był wylot do Hurgady.


Stop do Holandii szedł świetnie i już po dobie z małym hakiem od wyjazdu z Polski byliśmy na przedmieściach Amsterdamu. Zadokowaliśmy się na polu namiotowym blisko centrum, wybraliśmy dość spokojne pole gdyż na głównym Campingu w centrum raczej nie było szans zmieścić szpilki, nie mówiąc już o spaniu w nocy – wyglądało ono na mocno „zajarane” . Pooglądaliśmy sobie trochę miasto odwiedzając muzeum Van Gogha, dzielnicę Czerwonych Latarni, starówki (m.in. najwęższy dom w mieście) oraz zrobiliśmy mnóstwo kilometrów nad kanałami.


Amsterdam


Mieliśmy wielkiego stracha że nie zdążymy stopem do Stuttgartu na czas. Wydostaliśmy się więc tylko za granicę do pierwszej lepszej miejscowości w której była stacja kolejowa. Mieliśmy bowiem opcję Zug-zum-Flug. Bez problemów dotarliśmy już pociągami do miasta i na samo lotnisko. W Hurgadzie po wyjściu z samolotu spodziewaliśmy się zobaczyć wielkie lotnisko jak przystało na takiej rangi kurort, lecz oczom naszym ukazały się olbrzymie namioty rzucone gdzieś na odludziu. Po wyjściu z lotniska i opuszczeniu tłumów turystów udających sie wprost do autobusów podstawionych przez biura i hotele, wzięliśmy lokalną taryfę, czyli zdezelowanego peugeota 405 i pojechaliśmy do opisanych przez Lonely Planet tanich hosteli dla plecakowiczów w centrum miasteczka. Sama Hurgada poza resortami okazała się być niezłą zapyziałą dziurą a po gzymsie naszego hosteliku biegały szczury. Z Hurgady udaliśmy sie autobusem do Luxoru gdzie spędziliśmy kilka dni. Byliśmy w porze najmniej odpowiedniej, czyli najbardziej gorącej - temperatura przekraczała prawie cały dzień 40 stopni, tak że w hostelach ciężko było spać – trzeba było się obkładać mokrymi ręcznikami itp. Pierwszego dnia w Luxorze będąc nieświadomym możliwości transportowo – zwiedzaniowych pojechaliśmy do Doliny Królów a właściwie tylko do świątyni Hatshepsut ( nam się wydawało że miejscowi zamiast: Hatshepsut mówią: damciepsu) zdezelowaną taryfą wybraną spośród nieprzebranych tłumów taryfiarzy z tego typu pojazdami czekającymi przy bramach wjazdowych. Ceny takiego zwiedzania były jednak wysokie nie mówiąc już, że trzeba było zaliczać sklepy i „fabryki papirusu”, po których obowiązkowo woził nas szofer. Następnego dnia wypożyczyliśmy rowery i w ten sposób zamierzaliśmy zwiedzić dalszą część doliny. Niestety rower Agi okazał się być mocno zdezelowanym i biedaczka złapała jeszcze na dodatek gumę co spowodowało że męcząc się z bicyklem tak jej słonko przygrzało że dostała małego udaru. Musieliśmy więc zawrócić i wlewać w siebie spore ilości płynów. W ogóle podczas tego pobytu piliśmy chyba najwięcej, bo w najbardziej gorące dni schodziło po 5-6 półtoralitrowych butelek z wodą, które koloryzowaliśmy tabletkami Pluszz. Tak wiec kolejnego dnia dostaliśmy już sprawne technicznie rowery i objechaliśmy nimi całą Dolinę Królów będąc mijanym tylko przez klimatyzowane busy pełne turystów podjeżdżających bezpośrednio pod każdą atrakcję.


Z Luxoru pojechaliśmy pociągiem trzeciej klasy do Edfu oglądać świątynię Horusa a stamtąd na południe do Aswanu. Pociąg wlókł się niemiłosiernie, maszynista uruchomił lokomotywy z kilku godzinnym opóźnieniem dopiero gdy skończył spożywać posiłek. Z Edfu pojechaliśmy pociągiem do Kom Ombo ale ponieważ nie byłoby jak się z tamtej dziury wydostać nie poszliśmy zwiedzać tamtejszej świątyni tylko ruszyliśmy na południe do Aswanu. W tamtym czasie, nieodległym od wypadków pod świątynią Hatshepsut , nie można było samodzielnie jechać oglądać Abu Simbel. Można było tylko w zorganizowanej grupie albo samolotem, więc darowaliśmy sobie tą atrakcję. Udaliśmy sie za to łodzią na wyspę Agilika podziwiać piękny kompleks Świątynny Philae z Świątynią Bogini Izis w centralnym miejscu. Feluką zaś popłynęliśmy na lokalną oazę spokoju Wyspę Lorda Kitchenera, konsula generalnego Egiptu w XIX wieku, który założył tam ogród botaniczny i teraz można się skrywać w cieniu wielu egzotycznych drzew.


Aswan był najdalej wysuniętym na południe miejscem, do którego dojechaliśmy – następnie ruszyliśmy na północ w stronę Kairu. Po drodze zatrzymaliśmy sie w Qenie, gdyż stamtąd było niedaleko do Dendary z olbrzymia świątynią Hathor. W Qenie szukając jakiegoś transportu do Dendary zostaliśmy zaczepieni przez lokalnego lowelasa Alego. Najpierw prosił żeby mu pomóc tłumaczyć jakiś list, potem zapragnął chyba bliższej znajomości z nami, gdyż zaprosił nas do jakiegoś baru na powietrzu. Od razu zjawili się jego kumple i zaczęły sie przegaduchy jaki to Ali jest Macho. Nie omieszkał pochwalić się że ma w Niemczech “narzeczoną”, która go utrzymuje, przesyła mu kasę a jak przyjedzie do Egiptu to Ali jest do jej głównie seksualnej dyspozycji. Chłopak tak był z tego dumny i tyle o tym gadał że kumple robili sobie jaja że Niemka właśnie dzwoni i musi lecieć do telefonu. W knajpie, w której byliśmy okazało się, że są właśnie robione przygotowania do wieczornego wesela, na które zostaliśmy zaproszeni. Obiecaliśmy że wpadniemy jak tylko obejrzymy świątynię Hathora. Świątynia robiła rzeczywiście duże wrażenie, głównie dla tego, że można wejść na jej dach i podziwiać wszystko z góry. Pod wieczór wpadliśmy na chwilę do knajpy zobaczyć wesele, było jednak jeszcze za wcześnie a my mieliśmy pociąg na północ i nie zamierzaliśmy zostawać w miasteczku. Tym razem wykupiliśmy sobie pierwszą klasę gdyż podróż miała trwać całą noc i chcieliśmy się wyspać. Wagon był bezprzedziałowy i miał stare podarte siedzenia, dało się je jednak trochę rozkładać więc spaliśmy w drodze do Kairu.


Stolica nas trochę przygniotła po zapadłej czasami prowincji. Było bardzo wielkomiejsko. Czasami ze wspaniałą zabudową i fajnymi starymi działającymi windami w budynkach kolonialnych, jak na filmach. Hostele wszystkie były pełne. Tylko w jednym na sali bardzo wieloosobowej były jakieś miejsca. A zostać należało tu trochę bo jest co oglądać. Samo Muzeum Egipskie to wypad na pół lub cały dzień. Z centrum komunikacją miejską dotarliśmy do Gizy a kierowca autobusu pokazując nam ręką kierunek oraz wykrzykując yes, yes, yes upewnił nas że zaraz zobaczymy Sfinksa i przejdziemy się wokół piramid, zerkniemy na miejsca gdzie Slayer kręcił klip do „Season in the abbys”. Klimat miejsca okazał sie być jednak mocno komercyjny (chyba najbardziej w całym Egipcie) co chwilę zaczepki kup pan wielbłąda i co tam jeszcze oraz tłumy spoconych ledwo co wygramolonych z klimatyzowanych busów Neckermana czy innego Tui, turystów. Żeby trochę poczuć swobody trzeba sie oddalić na wzgórze, które przy okazji zasłoni średnio wpisującą sie w całość nowoczesną zabudowę Kairu na horyzoncie. Największe przeżycie to jednak wejście za dość niemałe pieniądze do środka do Piramidy Heopsa (Hej Hopsa)

Giza

Po atrakcjach Kairu postanowiliśmy podjechać do nie tak odległej Saqqary, gdzie można podziwiać piramidy schodkowe starsze od tych w Gizie min. najstarszą na świecie piramidę – grobowiec Zosera. Atrakcji w tym rejonie jest co niemiara ale zbliżał sie wieczór i trzeba było opuścić to miejsce. Jak się okazało było już zbyt późno i nic lokalnego już nie jechało, wiec policja turystyczna której wszędzie są duże ilości 'załatwiła' nam powrót do Kairu. Kazali wziąć nas jednemu z kierowców autobusu turystycznego z jakiegoś biura podróży wracającemu po całodziennej wycieczce do Kairu.. Tak wiec wracaliśmy z jakimiś Niemcami i kierowaliśmy się prosto na kilku gwiazdkowego Hiltona w Kairze. Kierowca wyczaił, że możemy być łatwą kasą i podczas drogi zażądał od nas słonej zapłaty za podwózkę. Zignorowaliśmy to i przy wysiadaniu pod Hiltonem trochę sie zdenerwował i latał za nami coś wrzeszcząc. Uciekliśmy mu jednak gdyż i tak to policja kazał mu nas wziąć, my o to nie prosiliśmy i żadnych stawek wcześniej nie uzgadnialiśmy. Tak więc na noc udało nam sie dotrzeć do naszego hostelu. W ciągu dnia było tak gorąco, że na obiad starczały gęste soki z mango, które można na każdym rogu sobie kupić.

Z Kairu ruszyliśmy nad Morze Śródziemne do Aleksandrii. Miasto było nawet dosyć ładne, z szerokimi bulwarami nad morzem, mieliśmy trochę jednak niefart gdyż nasz hostelik mimo że ładnie położony był dość brudny i miał pchły więc nie było mowy o zmrużeniu oka w nocy. W ciągu dnia chcieliśmy trochę odespać na plaży więc ruszyliśmy w wydzielone miejsca, w którym można kąpać się po Europejsku czyli w kostiumach a nie w spodniach i koszulce. Ta jednak okazało sie być płatna, a mało tego płatna podwójnie. Były dwie niezależne bramki oddalone od siebie o sporą odległość i ci na drugiej twierdzili że nic nie wiedzą o pierwszej i też kazali płacić... Morze za to było prawie doskonałe, nie to co Morze Czerwone ale dawało trochę odprężenia w miejskich klimatach. Pod koniec pobytu w Aleksandrii Agusia najadła się z kilogram niedokładnie umytych winogron i dostała jakiejś zapaści żołądkowej. Tak opadła z sił, że idąc bulwarami musiała się na chwilę położyć na ulicy (niestety) nieopodal jakiegoś luksusowego hotelu. Na to wyszedł odźwierny i zaczął ją kijem odsuwać. Jakoś podniosłem jednak biedaczkę ale do końca pobytu w Aleksandrii Agusia dogorywała. W autobusie powrotnym wyglądała jak siedem nieszczęść, natomiast impertynencja gościa z obsługi autobusu przywróciła jej siły i dawny wigor. Pan był tak “miły”, że nakład nam po dwie herbaty -torebki do jednego kubka zalał to wodą i kazał sobie płacić podwójnie. Nie źle nas to rozwścieczyło, tak że do końca drogi były już tylko kłótnie, a na koniec straszenie policją. Koniec końców przemiły Pan z obsługi autobusu odpuścił sobie. Wróciliśmy na jeden dzień do Luxoru, gdyż jak się wcześniej połapaliśmy nie zobaczyliśmy Karnaku, czyli jednej z najważniejszych atrakcji Egiptu. To temperatura dawał się we znaki i trochę nam mózgi zaczęły pracować na wolniejszych obrotach. W Luxorze wzięliśmy tym razem inny hostel dla plecakowiczów, pokoje były bez okien i żadnej wentylacji tak więc w nocy co półgodziny trzeba było chodzić moczyć ręczniki i kłaść je na sobie, wysychały na wiór momentalnie. W ciągu dnia oprócz wody wypijaliśmy też duże ilości soków przyrządzanych w straganikach na ulicy. Najbardziej orzeźwiający był chyba solony sok z wyciskanych limonek. Tak więc na koniec pobytu zwiedziliśmy jeszcze Karnak, czyli olbrzymi kompleks świątynny, z zapierającym dech w piersiach pawilonem Faraona Taharqa z dziesięcioma potężnymi pilarami, każdy po 21 m wysokości oraz wspaniałą salą kolumnadową o powierzchni większej niż rzymska Katedra św. Piotra i Londyńska św. Pawła razem wzięte, w której wyrastają z podłogi 134 kolumny pokryte hieroglifami. Po Karnaku można chodzić pół dnia i tak wszystkiego dokładnie nie zobaczyć.


Karnak; Luksor

Teraz pozostawało nam już tylko skierować sie w stronę powrotną nad Morze Czerwone w stronę Hurgady. Tam jeszcze udając klientów hoteli pięciogwiazdkowych dostaliśmy się na hotelową plażę by się poopalać w spokoju i zażyć ostatnich kąpieli.

Nasz właściciel hosteliku od którego zaczęliśmy nasze spotkanie z Egiptem bardzo nas zaskoczył wyrażając chęć odkupienia od nas jednego śpiwora (takiego z Macro Cashu). Stwierdził że przyda mu się w Europie, o której bardzo marzył i wybierał się tam niedługo w poszukiwaniu lepszego życia. Tak więc na koniec jeszcze trochę potargowaliśmy się tym razem to my coś sprzedając:)

                                                                           


                                                             powrót  do  menu   podróże