Mołdawia z Naddniestrzem   z Matyldą i Klementyną VIII  2016

                            

                                        Pełny album zdjęć:


pod tym linkiem:     https://goo.gl/photos/ZdW5MuyuaXfrtRRx5    

      




        W połowie sierpnia zrobiła się nieciekawa pogoda w kraju, więc żeby załapać się jeszcze na letnie upały wybraliśmy się samochodem na południowy wschód Europy nad Morze Czarne . Najpierw przez Węgry gdzie zrobiliśmy sobie przystanek w Debreczynie. Ponieważ pole namiotowe w mieście było zamykane wieczorem na cztery spusty i nie można się było nań późnym wieczorem dostać, spaliśmy na parkingu pod campingiem. Tak nam to spasowało że następnego dnia po całodziennej wizycie w kompleksie aquaparku połączonym z wodami termalnymi Aquaticum znowu wróciliśmy późnym wieczorem w to samo miejsce i również spaliśmy pod wejściem na camping.

        Nazajutrz po porannych oblucjach w lokalnym Tesco skierowaliśmy się na granice z Rumunią. Niestety stan dróg w Rumuni mocno odbiegał od tych węgierskich - są cały czas remontowane i dla tego też dojazd do Transylwanii w okolice Braszowa a konkretnie do Bran pod słynny zamek w którym podobno zamieszkiwał Vlad Dracula zajął nam cały dzień. Tym razem spaliśmy już na campingu oczywiście o nazwie Dracula. Wizytę w zamku potraktowaliśmy jako reminiscencję po 18 latach. Otoczenie zamku zmieniło się dramatycznie. W tej chwili jest to jeden wielki jarmark i komercja wlewa się wszędzie, żeby kupić bilet na zwiedzenie zamku czeka się w kilkudziesięciu minutowej kolejce. Ceny też oczywiście zgoła inne, wtedy Rumunia wyglądała jak dzisiejsza Albania albo i gorzej a piwo można było wypić w knajpie za 1,5 złotego, teraz ceny jak u nas. Dziewczynom zamek bardzo się podobał i teraz już tylko chcą oglądać bajkę „Hotel Transylwania”.

            Z Branu przecięliśmy przez cały kraj na wybrzeże w stronę Konstancji. Najpierw skierowaliśmy się na oddalone od tłumów plaże nad morzem Czarnym już przy granicy z Bułgarią gdzie zadokowaliśmy się na dzikim polu namiotowym w Vama Veche. Było to skarpa nad samym morzem zamieszkiwana przez hipisów i naturystów, a nie którzy rozbijali się bezpośredni na plaży gdyż nie jest to zabronione. Plaża nie był może przepiękna ale atmosfera był bardzo fajna a lokale na plaży przypominały nam trochę Seszelski luz. Następnego dnia pojechaliśmy pod Konstancję . Tam infrastruktura campingów potrafi być bardzo skomercjalizowana i czasami na wysokim poziomie. Zatrzymaliśmy się na jednym z nich - z własną plażą , placem zabaw, stołówką i sklepami . Ceny w porównaniu do zachodniej Europy za taki model wypoczynku są jednak dużo niższe. Pogoda była wspaniała, cały czas około 32 stopni i spędziliśmy tu trzy dni gdyż dziewczyny nie chciały wychodzić z wody.

        

            Z Rumuni pojechaliśmy na północ na granice z Mołdawią. Tu oczywiście kolejki i papierologia jak za starych czasów ( aczkolwiek większa była jeszcze przed nami). Ponieważ granice przekroczyliśmy nocą zaraz za granicą zatrzymaliśmy się w hotelu w miasteczku o wybuchowej nazwie Vulcanesti. Następnego dnia na drodze po wyjedzie z miasteczka skończył się asfalt a jeśli był to z wyrwami jak po czołgach, prędkość jazdy spadła do kilku km/h. Byliśmy załamani bo w tym tempie musielibyśmy jeździć chyba z miesiąc po tym kraju, ale po jakiś dwóch godzinach zaczęła się bardzo fajna szeroka, nowa droga więc bez przeszkód mogliśmy dojechać do stolicy.

        Kiszyniów jest całkiem przyjemny w typowo radzieckim wielkomiejskim stylu a najciekawsze miejsca można zwiedzić w jedno popołudnie. Można podejść pod budynek rządowy i parlament, zobaczyć zrujnowane kino w stylu radzieckim, odpocząć na wielkim Bulwarze Stefana Wielkiego i parku imieniem tegoż samego patrona. Wieczorem udaliśmy się do Orhei - regionu będącego Mołdawią w pigułce: ze skalnymi monastyrami, cerkwiami, meandrującą rzeka pomiędzy wiejskimi pastwiskami oraz podziemnymi największymi na świecie winnymi miastami – piwnicami. We wiosce odnaleźliśmy wyszukaną wcześniej w sieci malutką agroturystykę gdzie mogliśmy rozbić nas z namiot. Dziewczyny były wniebowzięte bo Pani gospodarz miała dwa koty i psa więc główne atrakcje mieliśmy na miejscu. Obejście było bardzo zadbane i gospodarze bardzo się starają żeby wywieźć od nich miłe wspomnienia. Zresztą zbyt wielu innych miejsc noclegowych nie napotkaliśmy, do zwiedzania zaś cerkwi i monastyru na wypiętrzonym cyplu rzeki Raut mieliśmy parę minut drogi. We wiosce Branesti  nieopodal zwiedziliśmy piwnice   będąc jednymi gośćmi i nie omieszkaliśmy popróbować i zakupić kilku lokalnych win.


Będąc w Mołdawii nie mogliśmy się oprzeć pokusie odwiedzenia istnego skansenu komunistycznego czy też „Małej Rosji”, nieuznawanego prawie nigdzie kraju czyli Republiki Naddniestrza.


        Oczywiście jak na osobne państwo przystało była granica z wozem pancernym oraz z piętrzącymi się formalnościami i papierkami ( na jednym z nich dostaliśmy osiem pieczątek) oraz opłatami do uiszczenia (wszystko związane z samochodem). Zostaliśmy też od razu przyhaczeni na punkcie policyjnym- typowym do wymuszania opłat i mandatów od nowo przyjezdnych. Traktując to jednak jako przygodę poddaliśmy się powszechnej tutaj korupcji. Jadąc przez mieścinę Bendery do stolicy do Tyraspola złamaliśmy już przepisy ruchy drogowego ewidentnie – jednak tym razem nie chcieliśmy już przekupywać lokalnych stróżów porządku którzy mnożą się tu w bardzo dużych ilościach. Przystaliśmy więc na mandat który jednak nie został nami wypisany i zostaliśmy puszczeni. Oglądnęliśmy po drodze główny zabytek całego Naddniestrza - kompleks monastyr Noul Neamt z katedrą i cerkwią. Na dzwonnice można wejść po bardzo stromych schodach i podziwiać widoki na Besarabię.

W stolicy trzeba było wymienić Mołdawskie Leje na naddniestrzańskie ruble które schodziły bardzo szybko bo jest wyraźnie drożej niż w Mołdawii. Miasto jest brzydkie a olbrzymie skrzyżowanie i place w centrum urozmaicone są pomnikami Lenina i czołgiem w sąsiedztwie cerkwi.

    Pora było wracać-  z Naddniestrza wjechaliśmy znów do Mołdawii i kierując się na północ wjechaliśmy do Ukrainy. Pod Lwowem zaliczyliśmy nocleg przy drodze i następnego dnia przekraczaliśmy już granicę w Medyce, a tu już autostrada do Katowic i po około 3700 km byliśmy z powrotem.

      


               powrót  do  menu   podróże