Afryka z Azją w jednej podróży (RPA, Lesoto, Tajlandia, Etiopia)  z Matyldą i  Klementyną -  styczeń / luty 2017

                      

             

           

 Pełny album zdjęć:



https://goo.gl/photos/8pQrcv82mMgRL1B36

        

        Latem  ubiegłego roku znów pojawił się w sieci błąd taryfowy Etiopian Airlines ( fajnie coraz fajniej bo  to już kolejny :)  Pewnego niedzielnego popołudnia wyskoczyły podejrzanie tanie połączenia na dwa kontynenty podczas jednej podróży. Było to dość skomplikowane połączenie: z Rzymu przez Addis Abebę do Johannesburga, następnie z Durbanu przez Dubaj do Bangkoku. Powrót z Bangkoku przez Addis Ababe z dość konkretnie długim stopoverem w stolicy Etiopii i powrót  do miejsca początkowego - do  Rzymu. To wszytko w cenie 1250 złotych. Całość można było zamknąć równo w trzech tygodniach, a wylot zupełnie przypadkowo zaczynał się na początku ferii zimowych.


        Bardzo nam się to spodobało bo jeszcze na czymś takim nie byliśmy tzn żeby w jednej podróż zahaczyć o dwa kontynenty. Niewiele zastanawiając się kupiłem bilety i pozostało tylko modlić się żeby płatność przeszła i nie została odrzucona przez przewoźnika. System szybko wrócił „do normy” i ceny pokazywały się już normalne, kilka razy większe. Płatność na szczęście nie została odrzucona i zeszła po około tygodniu oczekiwania a po jakimś czasie przyszły e-tickety.

Na ferie zimowe szykowaliśmy się więc znów w ciepłe regiony, uruchamiając Couchsurfing i nawiązując kilka znajomości które później umożliwiły nam spędzenie kilku dni i nocy z mieszkańcami obcych kontynentów i nie tylko.

            Najpierw musieliśmy wybrać się do Włoch samochodem wypakowanym po brzegi bo wieźliśmy namiot żeby korzystać z niego w RPA. Tak więc pierwszą sobotę ferii mocno już po południu wyruszyliśmy, ale wzięliśmy sobie całą trasę na luzie i pierwszego dnia dojechaliśmy w śnieżycy tylko do Wiednia. Tutaj za punkty programu Miles and More zabukowaliśmy hotel pod miastem by następnego dnia wyruszyć do Włoch. Na wieczór byliśmy na granicy austriacko-włoskiej, w tym regionie mieliśmy umówionego pierwszego hosta - Michaelę w małym pięknym miasteczku Friuli pod Wenecją. Michaela była bardzo przyjemną i wyluzowaną osobą – miała już dorosłe dzieci które studiowały za granicą i często przyjmowała innych ludzi. Sama również sporo podróżowała i była zakręcona na punkcie Tybetu oraz mis tybetańskich z których wyczarowywała przeróżne dźwięki. Upiekła wspaniałą pizzę, nad ranem jednak trzeba było się żegnać bo mieliśmy jeszcze szmat drogi do Rzymu. Po południu dotarliśmy na zabukowany wcześniej parking nieopodal lotniska i po długich przepakunkach na lotnisko   Fiumicino. Bez problemu udało nam się namierzyć kilka osób z Polski i Czech które również upolowały w ten sam sposób bilety na tą kombinowaną trasę.

            Dreamlinerem polecieliśmy do Addis Abeby by stamtąd po bardzo krótkim czasie spędzonym na znanym nam już zatłoczonym i brzydkim lotnisku Bole siedzieć w samolocie do Johannesburga. Łącznie oba loty trwały prawie całą noc więc w Joburgu wylądowaliśmy nad ranem. Nic już nie pamiętaliśmy z lotniska Tambo sprzed 12 lat, nie byliśmy nawet pewni czy to to samo lotnisko. Pamiętałem tylko to,  że bardzo się wtedy baliśmy i że był tam mały bar „Warszawa” gdzie można było zjeść kiełbaskę „po rosyjsku”:)

RPA


      Johannesburg, dzielnica Maboneng przy Fox Street 

  Wyszukaliśmy naszą wypożyczalnie samochodów i z zadowoleniem stwierdziłem że do naszej zabukowanej wcześniej Toyoty zmieściło się wszystko bez problemu, razem z materacami, namiotem i innym camping-stuffem. Tylko chwilę trwało zanim przyzwyczaiłem się do lewostronnego ruchu. Jeszcze w Polsce wgrałem w GPS mapy Południowej Afryki, więc bez większego problemu przejechawszy bardzo rozległe dzielnice Joburga dotarliśmy do naszego kolejnego Hosta – Leona. Po drodze zaopatrzyłem nas w spożywczaku w jakiejś slamsowej dzielnicy w parę niezbędnych rzeczy i szybko wróciły wspomnienia z Afryki. Zahaczyliśmy na obiad o centralną część Johannesburga, czyli dzielnice Braamfontein. Na mieście było trochę dziwnie – wszyscy czarni oprócz nas, jakieś podpite panny robiące gwiazdy na ulicy, wszędzie uzbrojeni ochroniarze przy knajpach, parkingach, bankach itp.

        Trochę pospacerowaliśmy i z powrotem  do auta żeby uniknąć szwendania się po zmroku. W końcu dotarliśmy to strzeżonego osiedla apartamentowców gdzie mieszkał Leon. Byliśmy trochę zdezorientowani bo Leona nie było ale mieszkanie zostawił nam otwarte. Weszliśmy dopiero po interwencji u bodyguardów którzy potwierdzili kim jesteśmy i że możemy spokojnie śmiało wchodzić a Loen dojedzie wieczorem. Leon mieszkał sam, jego żona budowała dom w dżungli – bliżej przyrody on zaś spełniał się intelektualnie, wolał być w mieście gdzie miał ciągły kontakt z kulturą i sztuką. Jego apartament głównie wypełniały książki  i płyty z muzyką i filmami. Złapaliśmy kontakt gdyż nasze gusta zwłaszcza jeśli chodzi o filmy irańskie pokrywały się , miał też wnuki w podobnym wieku co nasze dzieci więc miło spędzaliśmy wspólnie czas.

        Przez trzy dni spędzone u Leona nie nudziliśmy się, oglądaliśmy miasto, wybraliśmy się też do oddalonego kilkadziesiąt km Rhino and Lion Nature Reserve w Krugersdorp. Była to atrakcja typowo dla dzieci. Wszystko super  zorganizowane, czyli takie zoo ale na obszarze kilkunastu  hektarów po którym można poruszać się swoim samochodem. Zebry, antylopy, Impale, Oryxy, surokatki, węże wszelkiej maści,   był też wybieg z nosorożcem i małym hipopotamem który jadł Matyldzie prawie z ręki. Nie obyło się bez wchodzenia do klatek za dodatkową opłatą żeby pogłaskać i pobawić się z małymi leopardami oraz tygrysami .

Było też podglądanie z auta karmienia lwów no i oczywiście małe safari - do bardziej niebezpiecznych zwierzat .
Z punktu widzenia dzieci było to bardzo fajne bo wszystkie co „groźniejsze” zwierzęta jak lwy, gepardy, można było zobaczyć - cały obszar jest ogrodzony i chcąc nie chcąc zawsze się do jakiegoś podjedzie. Tak czy owak my czekaliśmy na bardziej „prawdziwe” safari które mieliśmy wykupione w pobliżu granicy z Botswaną za kilka dni w Pilanesberg National Park.


        Tam też wybraliśmy się z Johannesburga żegnając się z Leonem. Po kilku godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w centrum handlowym – zupełnie „odwrotnym” niż w Johannesburgu do którego zabrał nas Leon. Było tu zupełnie „czarno”. Na zewnątrz z lokalnych rodzin robiących zakupy  prawie zawsze ktoś zostawał w zaparkowanym samochodzie , wszędzie napisy ostrzegające przed kradzieżą samochodów. Tak swoją drogą Leonowi zaraz przed naszymi odwiedzinami  właśnie skradziono już piąty samochód w życiu:)

Pod centrum handlowym a także w środku nie było żadnego białego pracownika czy klienta. Na pasażu przeważały wielkie markety z chińszczyzną. Zrobiwszy zakupy podjechałem na nasze pole namiotowe które było zlokalizowane  przy jednym z gaete'ów do Parku Narodowego.

na safari w Pilanensberg N.P.

        Pilanesberg obok Madikwe jest jednym z niewielu Parków Narodowych w RPA który jest poza terenem malarycznym więc dla tego zdecydowaliśmy się na niego. Gości było bardzo niewielu, nie licząc wałęsających się małp które głównie o piątej rano robiły „porządki” przy śmietnikach nie pozwalając spać:) W ciągu dnia zjechało kilku grup miejscowych białych, niektórzy z nich chyba jednak rzadko tak spędzają czas bo zawsze czarna obsługa wyjmowała im wszystko z aut, rozbijała namioty a oni tylko stali i patrzyli jak czarni się krzątają. Na terenie ośrodka był duży basen a że pogoda dopisywała i było 30 stopni dziewczyny prawie cały dzień nie wychodziły z wody. Próbowałem nawet usmażyć jajko na kamieniach bo tak grzało ale nic z tego nie wyszło:) 

   Na kempingu  były również bardzo małe i niesympatyczne zwierzęta: dziewczyny bardzo bały się dzikich karczanów które co róż znajdowałem pod podłogą namiotu i pod drzewami. W  końcu, następnego dnia  po południu przyszła pora na nasze zabukowane jeszcze w Polsce safari. Załadowali nas z innymi do dużego otwartego busa i przez klika godzin wozili po parku. Na tak rozległym terenie szansa zobaczenia wszystkich dzikich zwierząt była mniejsza niż w poprzednim „Zoo” ale i tak dużo większa niż w wielkich naturalnych rezerwatach jak Park Krugera czy innych w Botswanie.

Nasz przewodnik dawał radę i wypatrzył nam prawie całą "Wielką Piątkę" ( za wyjątkiem lamparta) a także wiele innych zwierząt. Dziewczyny czasami nie były kontent bo trwało to dużo dłużej niż parę dni wcześniej i na koniec posnęły w busie;)


        Następnego dnia obraliśmy kierunek południowo - wschodni, i po całym dniu podróży zajechaliśmy do Bethlehem czyli afrykańskiego Betlejem, stolicy farmerskiego wschodniego regionu Free State w pobliżu z granicy z Lesotho.

Tutaj mieliśmy umówionych następnych hostów. Theo i Annelie - Afrykanerzy, potomkowie Burów mieszkali w olbrzymim domu, mieli dorosłą córkę a sami trudnili się zaopatrzeniem dla farmerów. Byli bardzo przejęci naszą wizytą - byliśmy ich pierwszymi gośćmi z Couchsurfing. Dzięki nim mogliśmy poznać trochę życia w RPA od „kuchni” a także tej właściwej kuchni:), dowiedzieć się o panujących zwyczajach i stosunkach miedzy czarnymi i białymi. Raczyli nas kuchnią południowo-afrykańską czyli mięso, mięso, mięso na różne sposoby łącznie z rodzimym przysmakiem czyli nerkami ze Springboka oraz Biltongiem czyli wyschniętymi wiórami mięsnymi , bardzo słonymi i pożywnymi.

        Dostaliśmy salon na parterze domu i mieszkało nam się jak w hotelu pięciogwiazdkowym. Nasi gospodarze mieli dwa psy więc dziewczyny cały czas były zajęte. Z Bethelhem robiliśmy rożne wypady: do malowniczego słynnego z rękodzieła Clarens, na teren Golden Gate Highlands Natural Park znajdującego się na pograniczu gór Maluti i Drakensberg skąd można było  podziwiać jego skalne formacje. Niedaleko stamtąd jeździliśmy  do skansenu ludu Basotho zamieszkującego te tereny a także do Lesotho żeby wybadać jak tam jest zanim wjedziemy tam na dłużej.

        Mieliśmy niezłego farta bo trzeba było mieć wizy wyrobione jeszcze przed wyjazdem czego nawet nie sprawdziliśmy w Polsce:) Na szczęście górskie przejście graniczne Caledonspoort było bardzo małe, była niedziela, nie było nadzoru i babka najpierw nam wbiła pieczątki wjazdowe a potem dopiero zobaczyła że nie mamy wiz. Jako że nie było ludzi ani kogo się spytać co z nami zrobić to machnęła ręką i mogliśmy wjechać. W Lesotho już całkiem odmienny klimat, nie tylko to że cały kraj to praktycznie góry, ale też całkiem inny prowincjonalny i afrykański luz i chaos, dużo niższy poziom życia , tu już czuć było tą prawdziwą Afrykę za którą tak tęskniliśmy;)


chyba jakaś impreza w górach w okolicach Malibamatso,  Lesoto

        U Theo i Annelie spędziliśmy trzy dni  i wjechaliśmy na dobre do Lesotho już bez problemu pokazując tylko poprzednie pieczątki wjazdowe. Najpierw skierowaliśmy się w stronę Butha-Buthe, potem w kierunku Hlotse gdzie można zobaczyć w formacjach skalnych ślady dinozaurów. Po kilku próbach ich odnalezienia ktoś z miejscowych wskazał nam miejsce i zostawiwszy auto przy korycie wyschniętej rzeki poszliśmy na poszukiwania. Okazało się że przedsiębiorcza miejscowa młodzież i dzieci postawili niedaleko tego miejsca szałas, służą jako przewodnicy i oczywiście inkasują za to opłaty. Byliśmy bardzo zadowoleni bo inicjatywna jak najbardziej na miejscu umożliwiająca uczciwie dorobić im parę groszy. Bez nich nie bylibyśmy w stanie odnaleźć kilku odciśniętych stóp na skałach w korycie rzeki ciągnącej się po horyzont.

ślady dinozaura z mezozoiku  odciśnięte w skale, rejon Leriba - Butha Buthe, Lesoto

Po zbrataniu się z kilkoma miejscowymi czas było jechać dalej . Postanowiliśmy wyruszyć przez górskie przełęcze Mafika-Lisiu na wys. 3090 m.n.p.m. w stronę wysoko położonej tamy Katse.

        Z trudem nasza toyota wjeżdżała na te wysokości a zlatujące kamienie z góry nie napawały nas optymistycznie. Pogoda jak to w górach zmieniała się i kilkakrotnie uciekaliśmy przed burzą. Na przełęczach widoki na pasma Maluti i Drakensbergu były fantastyczne. W mijanych po drodze wioskach co jakiś czas można było zobaczyć ludzi z plemion Basotho ubranych tradycyjnie w koce i dziwne kapelusze, wypasających bydło oraz ich okragłe chaty. Na wieczór zjechaliśmy do Hlotse gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg. W przydrożnych sklepach nabyliśmy typową afrykańską papkę czyli mało zjadliwe mięso z kośćmi z czymś a la grysik, tą samą  którą jedliśmy już ponad dziesięć lat temu w Zimbabwe.

        Następnego dnia pojechaliśmy odwiedzić położoną na uboczu osadę Ha Kome ulokowaną pod klifem skalnym. Są to chaty z błota wciśnięte pod skałę i mimo że jest to spora atrakcja na skalę krajową , nie było żadnych innych gości a nasza toyota omal nie straciła zawieszenia na szutrowej drodze. Oprowadzała nas bardzo miła dziewczyna o imieniu Agnes więc było bardzo wesoło. Kilka osób dalej żyje ( być może tylko na pokaz) w odpicowanych chatkach pod pomarańczową skałą ale i tak miejsce jest bardzo malowniczo położone i warte odwiedzenia. W ostatnim momencie zdążyliśmy przed oberwaniem chmury – inaczej nasza toyota musiały by tak już zostać na dłużej:).


          Ha Kome, chaty z gliny pod klifem , Lesoto   

            Stamtąd pojechaliśmy w stronę stolicy Maseru gdzie przekroczyliśmy granice na moście o tej samej nazwie i wjechaliśmy do RPA. Objeżdżając całe Lesotho wzdłuż pasm górskich przez prowincje Free State i KwaZulu-Natal kierowaliśmy się w stronę wybrzeża do Durbanu. Po drodze zatrzymaliśmy się na noc w okolicach Lady Smith i stamtąd już prosto do Durbanu a właściwie na lotnisko znajdujące się za miastem.

Tu zdaliśmy nasz wóz i po kilu godzinach zostaliśmy zapakowani do największego samolotu pasażerskiego na świecie do dwupokładowego Airbusa A -380 lecącego do Bangkoku. Tym razem Emirates więc wiedzieliśmy że będzie bardzo na poziomie a do tego jeszcze w takiej fajnej maszynie. Startu nie czuć było w ogóle, moc silników tego kolosa jest powalająca a do tego wspaniałe wyciszenie i brak turbulencji przez całą drogę. Miejsca na nogi więcej i ogólnie jakoś przestronniej i fajniej. Internet na pokładzie, telefony działają, a centrum rozrywki jest dużo bardziej rozbudowane w porównaniu z dreamlinerami.

Dziewczyny zadomowiły się na dobre podczas długiego lotu, jedna ze stewardes była Polką więc mieliśmy je praktycznie z głowy i przez cały lot zwiedzały samolot i zapoznawały się z obsługą:)



TAJLANDIA

palce lizać!!!  małże i eskalopki po tajsku

                Późnym wieczorem wylądowaliśmy w Bangkokuna lotnisku Suvarnabhumi. Tu też za punkty Miles and More mieliśmy zabukowany pierwszy nocleg nieopodal lotniska. Podczas śniadania zmęczenie po podróży całkiem minęło widząc te wszystkie pyszności dostępne na ulicy którymi mogliśmy teraz przez najbliższe dni się delektować. Podjechaliśmy na stacje kolejki naziemnej Skytrain którą zajechaliśmy do miasta , stamtąd metrem na jeden z dworców autobusowych Mo Chit. Po posileniu się w przydworcowej knajpie mega ostrym Pad Thai i czyms w rodzaju rosołu (jednak nie dla naszych dziewczyn które już ryczały nas sam ostry zapach potraw:)  kupiliśmy na popołudnie bilet na wschód. Postanowiliśmy pobyt w Tajlandi przeznaczyć na wypoczyn wyspiarski jako że będąc tu piętnaście lat temu zjeżdżaliśmy cały kraj wzdłuż i wszerz ale nie byliśmy na żadnej z dużych wysp. Wybrałem Ko – Czang na wschodzie nie daleko od granicy z Kambodżą.

        Najpierw więc z Bangkoku busikiem pojechaliśmy do Trat czyli miasteczka bazy skąd można było się przedostać na wyspę. Zamelinowaliśmy się w typowo beckpakerskim hostelu gdzie mieszkał przekrój tego co przyjeżdża do Tajlandii. Byli zakręceni emeryci z Europy i Stanów, młodzi gniewni z Hiszpanii, liczne rodziny z małymi dziećmi z Francji, rosyjskie osiłki i sporo innych nacji:)  Młodzi Hiszpanie zresztą zostali wydaleni następnego dnia bo w nocy spożyli chyba zbyt duże ilości alkoholu i strasznie rozrabiali wydalając się z siebie co tylko się dało i śpiewając oraz awanturując się do samego rana.


          Bangkok

          Zostaliśmy tu na parę dni bo nie bardzo dało się zabukować nocleg na wyspie. Był to szczyt sezonu i wszytko w rozsądnych cenach było pełne, pomimo olbrzymiej bazy noclegowej na wyspie. Póki co robiliśmy sobie wypady z Trat. Jednego dnia pojechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów na plaże Hat Mai Rut w stronę Kambodży. Jest ona bardzo fajnie zlokalizowana pośród wiosek rybackich. Nie ma tam zbyt licznego transportu więc sorng-taa-ou czyli typowym tajskim  środkiem transportu -  otwartym pickupem z dwoma rzędami ławek dostaliśmy się do jednej z takich wiosek i stamtąd z buta parę kilometrów na plaże. Była ona może nie za wielka ale całkowicie pusta co jak się później okazało było zupełnym przeciwieństwem do tego co mieliśmy zobaczyć na wyspie. W drodze powrotnej można było przyjrzeć się sennemu życiu rybaków i miejscowych we wiosce zbudowanej prawie w całości na palach.

         

rybacka wioska Hat Mai Rut

   Na główną drogę wyszliśmy zaraz  przed zapadnięciem  zmroku licząc na jakiś transport od granicy kambodżańskiej. Taki jednak nie nadjechał i od miejscowych dowiedzieliśmy się że nic już dzisiaj nie pojedzie w naszym kierunku. Zaczęliśmy wiec łapać stopa ale szło nam kiepsko. W końcu zatrzymali się jacyś Tajowie dużym jeepem do którego wszyscy się załadowaliśmy. Na późny  wieczór dotarliśmy do Trat.  Prowincja w Tajlandii ma to do siebie że ceny są bardzo przystępne – jeszcze nie wyspiarskie, jak co wieczór więc  poszliśmy do olbrzymiej knajpy na powietrzu z której to kosztowaliśmy wszystkie przysmaki po kolei zapijając wspaniale schłodzonym piwem Chang.

Któregoś z wieczorów wybraliśmy się na tajski masaż – tutaj w Trat typowo dla miejscowych nie robiony pod turystów. Na małej uliczce były zlokalizowane same salony masażu – właściwie to nie my skorzystaliśmy tylko nasze dziewczyny:) Kolejnego dnia wybraliśmy się do Kanczaburi , małej mieściny zupełnie nieturystycznej słynącej z handlu złotem w regionie. Mogliśmy się tam poprzyglądać popularnej aktywności w Tajlandii czyli ćwiczeniom na powietrzu wieczorową pora na które to przychodzą całe rodziny.


w miasteczku Kanczaburi

            W końcu udało nam się załatwić noclegi na wymarzonym  Ko-Chang w namiotach na końcu wyspy w bardzo przyjemnym miejscu przy zatoczce. Czwartego dnia rano zapakowaliśmy się do sorng-taa-ou i opuścilismy Trat  by potem busem dostać się na przystań skąd promem popłynęliśmy na wyspę. Tu kolejny sorng-taa-ou który przez godzinę wiózł nas na kraniec wyspy.



            Tego się spodziewaliśmy chociaż może nie w tak intensywnym wydaniu, ale Ko – Chang przygniótł nas masą ludzi i potwornym chaosem swej infrastruktury turystycznej. Było to fajnym i ciekawym doświadczeniem po ciągle pustych plażach i urokliwych samotnych miejscach Seszeli i Palau z ubiegłego roku. Tłum ludzi jak w Łebie za najlepszych czasów, totalny przekrój wszystkiego co przyjeżdża do Tajlandii jak w Trat tyle że dużo bardziej zintensyfikowany. Byli ludzie w białych koszulach pod krawatem  z walizkami, byli dredziarze grający na rożnych instrumentach w kolorach rasta za którymi ciągnął się zapach trawy, były punki z irokezami i w glanach po kolana na 30 stopni, byli ruscy z dużymi karkami w dresach z butelką wódki w ręce. Do tego zupełny chaos i nieład architektoniczny,  hostel za hotelem,  od kilku gwiazdkowych ( gwiazdki w  wydaniu azjatyckim)   molochów imitujących luksus po rozwalające się bungalowy malowane na wszystkie kolory tęczy. Do tego zatrzęsienie straganów ze street foodem, chińszczyzną , lokalnym specjałami  i czym popadnie. Wszędzie tłok, na plażach  "tematycznych" albo restauracje drogich obiektów, albo drink bary z transową muzą,  bez kilku metrów wolnego kawałka piachu. Miało to swój urok i na kilka dni można było się do tego przyzwyczaić. Nasze pole bungalowowo- namiotowe było położone na krańcu wyspy gdzie zgiełk już nie docierał ale też nie najłatwiej można było się stamtąd wydostać. Było ono nad małą zatoczką gdzie można było sobie wziąć kajak i popływać, co też uczyniłem z Matyldą. Każdego dnia byliśmy na innej plaży żeby poczuć klimat każdej z nich z osobna: na długiej Hat Sai Khao, na Ban Bang Bao przy starej wiosce, na młodzieżowej Lonely Beach. Wieczorami obżeraliśmy się w knajpach i garkuchniach na powietrzu a ilość soków świeżo wyciśniętych, krabów i krewetek pod rożną postacią (głównie w  Pad -Thaj) zjedzonych przez nas dołożyła nam razem kilka kilogramów :)


            Któregoś dnia wybraliśmy się do rezerwatu słoni który jak sądziliśmy wg  przewodnika jest jedyny na wyspie i w którym to zwierzęta miały być traktowane godziwie i nawet leczone przez miejscowych. Przewodnik okazał się być już niekatulany, pseudo rezerwatów jest już kilka na wyspie, nie wygląda żeby słonie miały się tam jak wczasowicze. Zawieźli nas do całkiem innego niż chcieliśmy. Oczywiście obowiązkowa przejażdżka i nieodzowne wciskanie rożnych produktów i usług po drodze. Na koniec karmienie słoni przez dzieci. 

    Szybko nam zleciał czas na Ko-Chang i pora było jechać w powrotną drogę do Bangkoku. Przeprawiwszy się z powrotem i dojechawszy do głównej drogi w okolicach Chanthaburi spędziliśmy w oczekiwaniu na autobus  kilka godzin  u pani bileterki  która sprzedawała je  bezpośrednio ze swojego mieszkania . Do stolicy dotarliśmy  już głęboko w nocy po zamknięciu metra,  wzięliśmy więc  taryfę do wcześniej zabukowanego hostelu. Trwało to bardzo długo, gdyż nawet przemierzanie nocą Bangkoku to pokonywanie niezliczonych dzielnic i kilometrów obwodnic w tym momentami  ultranowoczesnym mieście.

            W końcu dotarliśmy, po czym na miejscu okazało się że czeka na nas kartka  informujaca że nie ma dla nas miejsca ale możemy w hostelu nieopodal ewentualnie spędzić resztę nocy w oczywiście w dużo wyższej cenie. Trochę nas to rozwaliło bo bylismy już mocno wymęczeni i po małej awanturce dogadaliśmy się że rano wrócimy do tego hostelu a oni nam wyrównają różnice w cenie za tą jedną noc. Zależało nam, bo był to mały i przytulny hostel w niezbyt turystycznej dzielnicy z małym basenem na dachu. Następnego dnia tak zrobiliśmy i w ostatni dzień na kilka godzin przed wylotem całe popołudnie spędziliśmy opalając się i podziwiając panoramę Bangkoku a dziewczyny nie chciały wyjść z wody. Te kilka dni w stolicy spędziliśmy odwiedzając miejsca w których wcześniej nie byliśmy jak Sao Ching-Cha czyli pod wielką huśtawka – kiedyś miejsce wedyjskiej ceremonii ku czci Siwy , oraz świątynie Wat Suthat. Ale nie tylko, byliśmy też w miejscach do których przywiódł nas sentyment czyli na beckpackerską kultową ulicę Khao San road na której spędziliśmy nasze pierwsze dni w Tajlandii piętnaście lat temu .Wtedy nie odważyliśmy się jeść smażonych skorpionów, teraz wcinałem je z Klemenytną :) . Byliśmy także w chińskiej dzielnicy gdzie trwały obchody nowego chińskiego roku. Tu próbowaliśmy makaron ryżowy z lodem z podejrzanymi słodkimi żelkami oraz fasolą. Płynęliśmy też znów tramwajem wodnym po Chao Phraya z której to roztaczał się piękny widok przy zachodzącym słońcu na nowoczesne budowle na drugim brzegu.

przysmaki na Kho San Road w Bangkoku


przysmaki w ChinaTown w Bangkoku

Trzeciego popołudnia czas było wracać, zapakowaliśmy się w metro, w Skytrain i  po paru godzinach na ekstremalnie zatłoczonym lotnisku odebrawszy nasz namiot i inne bagaże z przechowali czekaliśmy na nasz samolot. Dziewczyny posnęły nam na fotelach i tak je wnieśliśmy znów do dreamlinera Etiopian Airlines by po wielu godzianch lotu obudzić się w Addis Abebie na znaym nam już lotnisku Bole.. 


        Tu mieliśmy całodzienny stop-over. Etiopian mająca się za jedną z porządniejszych i najbardziej dynamicznie rozwijających się linii afrykańskich daje w przypadku takiego przestoju voucher na hotel z wyżywieniem do którego też nas zawozi i odwozi. W hotelu oczywiście nie zamierzaliśmy spać ale skwapliwie skorzystaliśmy z bogatej kuchni pięciogwiazdkowego - oczywiście jak na warunki afrykańskie hotelu (SIC!) - oraz wanny z jakuzzi w pokoju.

Tak więc odświeżywszy się, rano ruszyliśmy na podbój miasta. Nie dałem  się skusić na taryfę i przewodnika hotelowego którzy to oferowali swe usługi za astronomiczne pieniądze. Wyszliśmy na ulice i na mieście złapaliśmy lokalną taryfę którą kazaliśmy się wieźć do głównej stołecznej atrakcji i czyli do muzem narodowego w którym to leżą szkielety pierwszego pra -człowieka na świecie, pieszczotliwie nazwanego „Lucy” znalezionego na terenie Etiopii. W knajpie przy muzeum jedliśmy oczywiście tradycyjną indżerę czyli placki robione na zakwasie chlebowym, z wołowiną o dziwacznej nazwie wymawianej po etiopsku „Bożena”:).

stanowiska pucybutów przy głownym rondzie przy King George VI Street, Addis Abeba

   przy Algeria Street        

    Nawet w stolicy tego kraju widać skrajne ubóstwo jakie dotyka ich mieszkańców, kilku letnie dzieci pracujące na ulicy sprzedające papierosy, pucybuci w długich szeregach przy głównych arteriach czy wypożyczalnie gazet gdzie na chodniku można je wypożyczyć i poczytać na miejscu. Inną sprawą jest przywiązanie do tradycyjnego wiejskiego trybu życia więc co jakiś czas mijaliśmy poganiane kozy czy kobiety z naręczem chrustu albo słomą na plecach.

Ponieważ była to niedziela natrafiliśmy na ślub w   katedrze Św. Trójcy drugim najważniejszym miejscu kultu w kraju . Był to całkiem fajny spektakl, cały orszak obchodził kościół śpiewając i waląc w bębny, wszyscy ubrani na biało po czym Pan młody przy skandowaniu i śpiewach tłumu usiłował dostać się do auta gdzie była już Panna młoda.


       ślub w Katedrze Św.Trójcy, Addis Abeba  

           Po zwiedzeniu pałacu cesarza Haile Selasie ( dzisiejszego budynku uniwersyteckiego ) do którego zrobiliśmy sobie dłuższy spacer, wytargowałem  kolejną taryfę, gościa w starej ładzie. Zawiózł nas jeszcze na  wzgórze za miastem  mount Entoto gdzie temperatura już wyraźnie spadła ( Addis położona jest dość wysoko jak na stolice afrykańską na 2350 mnpm). Rozpościerają się z stamtąd widoki na aglomerację i można poobserwować życie mieszkańców . Po powrocie  zobaczyliśmy jeszcze główny meczet i pełną życia Piazza i porobiliśmy zapasy słynnej etiopskiej kawy. Ostatnie kąpiele w jakuzzi i  wieczorem na lotnisko skąd już za parę godzin byliśmy w Rzymie.

I tak to bardzo szybko minęły trzy tygodni ferii:)




filmik :)


    


                                                             powrót  do  menu   podróże