Zimbabwe, Mozambik, RPA, Suazi - 2005

                                        Pełny album zdjęć:

Zimbabwe, Mozambik,Suazi, Zambia (VII 2005)

                                                                           

Johannesburg, RPA

30 czerwca przylecieliśmy do J'burga z Paryża, do którego udaliśmy się stopem. Stop szedł świetnie, po niecałych dwóch dobach od Katowic byliśmy w Paryżu, w którym zatrzymaliśmy sie na kilka dni u naszej znajomej. Mieliśmy więc chwilę żeby zapoznać się z przewodnikiem LP, gdyż znowu bilety kupiliśmy w ostatniej chwili. Promocję na rynek francuski miały linie południowo afrykańskie i po pewnych przejściach jeszcze w kraju udało nam sie kupić bilety w bardzo dobrych cenach.

Z J'burga od razu udaliśmy sie do Pretorii, do polskiej ambasady by zdeponować bilety powrotne gdyż mieliśmy trochę obaw co do tego regionu Afryki. Wróciliśmy z powrotem z Pretorii na dworzec autobusowy gdzie praktycznie w ogóle nie wystawiając nosa z niego (jest w centrum „czarnego” miasta i nawet wyjście do ubikacji jest niezłym stresem) i pożywiając sie w barze „Warszawa” tanią russian sousage czekaliśmy na odjazd autobusu bezpośrednio do Harrare w Zimbabwe.


Harrare; Zimbabwe


Po dość długiej podróży i odczekaniu swojego na granicy dojechaliśmy do stolicy Zimbabwe. Pogoda była kiepska tzn. środek ichnich zimy czyli taka nasza wczesna wiosna i w nocy trochę piździ.

Ogólnie spoko, jak na Afrykę wszystko dziwnie czyste i poukładane, po chwili czujemy sie jak czarni; nikt nie zwraca uwagi na nasz inny kolor skóry (nie ma prawie żadnych białych) nie są też jakość przesadnie mili, raczej obojętność i straszne problemy z wymianą gotówki, wszystkie kantory Mugabe pozamykał parę lat wcześniej - jest tylko czarny rynek ale ludzie boją się wymieniać gdyż są spore za to kary więc kurs jest dość nieciekawy. Z żarciem oprócz lokalnej „sadzy” problemy ; monotonne i brudne; trzeba gotować samemu więc robię to prawie codziennie jak jest tylko sposobność czyli kuchnia w hostelach. W stolicy długo nie zabawiamy i jedziemy pociągiem do Bulawayo.

W Zimbabwe hołdujemy zasadzie „po zmroku nie wychodź z hotelu”. W związku z tym niestety od 17,00 siedzimy razem z innymi plecakowiczami po hostelach. Po zmroku zwłaszcza w większych miastach robi sie niebezpiecznie i lepiej nie ryzykować!


Bulawayo; Zimbabwe


Jechaliśmy drugą klasą, dość nieszczególnie, pijani przetaczają sie przez wagon, kaznodzieja coś wrzeszczy i nawraca, spać się nie da. W mieście zamieszkaliśmy w byłym szpitaliku który prowadzi teraz jako hostel wiekowa biała ANN bardzo uprzejma i miła. Pożyczyliśmy od niej rowery i oglądaliśmy miasto, całkiem ciekawa zabudowa kolonialna, kilometrowe kolejki po paliwo i super, podobno jedno z ciekawszych w tej części Afryki Muzeum Narodowe; bardzo wypasione jak na możliwości Zimbabwiańskie. Spędziliśmy tam chyba z pół dnia.



Great Zimbabwe


Z Bulawayo pojechaliśmy do Masvingo, żeby udać się do ruin Great Zimbabwe. Były problemy z transportem z racji braku paliwa a także z noclegiem, nic taniego nie było a drogie i owszem ! Hotele rodem z epoki Gierka. Wymiana kasy to niemałe przeżycie; na tylnym siedzeniu samochodu handlarza przy ciągłej czujnej obserwacji gdyż w każdej chwili można być przyłapany a za to sie idzie tu siedzieć ( tzn. takie same kary dla białego jak i czarnego, dlatego każda wymiana pieniędzy to nie mała przygoda a podchody przypominają szpiegowskie gry z amerykańskich filmów, do tego trzeba jeszcze uważać żeby nie dać sie oszukać handlarzowi, który może nas wykołować na tysiąc sposobów).

Same ruiny bardzo ładne choć troszkę ich mało i bez mocno wytężonej wyobraźni ciężko zobaczyć tu Miasto Wielkich Głazów, które przed wiekami tutaj królowało. Wydostać się zaś to nie lada sztuka, oczekiwanie z coraz większym tłumem kilka godzin na autobus a wreszcie korzystanie z usług „wpychaczy” gdyż gdyby nie oni dalej byśmy pewnie tam stali. Warto opisać tą sytuację gdyż nie spotykamy sie z takim stylem podróży na każdej wyprawie. Na autobus czekaliśmy 5 godzin. Oczywiście nikogo to nie dziwiło tylko nas! Problem paliwowy utrudnia turyście maksymalnie życie, ale dlatego że jesteśmy biali i wyglądamy jak chodząca skarbonka zawsze znajdzie się jakiś „ uczynny, który za małą kwotę nam pomoże” . Tak sie stało i tym razem. Czekaliśmy na autobus kiedy podeszło do nas dwóch rosłych chłopaków i spytali czy pomóc nam wsiąść do autobusu,. Rozejrzeliśmy się dookoła i zobaczyliśmy że z nami czeka chyba z 200 osób a autobus na pewno nie jest taki pojemny. Więc uzgodniliśmy że za 1 dolara amerykańskiego od łebka skorzystamy z usługi. I dobrze zrobiliśmy. Kiedy nadjechał autobus cały tłum ruszył w kierunki drzwi. Wszyscy sie pchali i gnietli, a my z tymi strasznymi plecakami .

Widok był nieziemski kierowca razem z bileterem stali u wejścia na schodach i nogami odpychali szturmujący tłum. Nasi pomagierzy dokonali cudu, znaleźli nam miejsca i wepchali do środka.. Agusia w pewnym momencie o mało nie została zadeptana przez tłum bo nie dała rady i sie przewróciła z całym dobytkiem na plecach, ale dzięki temu że miała osobistego anioła stróża za 1 dolca wyszła z tego żywa.


Victoria Falls, Zimbabwe



Wspaniałym pociągiem tzn. w super dwuosobowym przedziale sypialnym który nieco wcześniej oglądaliśmy w muzeum kolei w Harrare pamiętającym czasy Cecila Rodeza pojechaliśmy do Vic Falls. Podróż całą noc i pół dnia, opóźnienie kilka godzin ale w takich warunkach to nie problem – cały przedział w hebanie, umywalka z wodą, wszystko sprawne i działające.

Same miasto najbardziej turystyczne ze wszystkich w kraju, ale nie ma sie c dziwić; wodospady są imponujące i oprócz oglądania z ziemi kupiliśmy także przelot helikopterem nad nim, niezła sprawa. Agusia oczywiście musiał sobie też skoczyć na bungee z mostu nad Zambezi; najdłuższy na świecie skok z obiektu nie przygotowanego specjalnie pod bungee. Z miasteczka zrobiliśmy też wypad do Zambii do Livingstoon na jeden dzień ale nic ciekawego, dodatkowo drogę przechodzą stada słoni do wodopoju i trzeba się mieć na baczności.

W Victora można tez zobaczyć jeden z największych na świecie Baobabów i farmę krokodyli, gdzie kręcono jedną z części Bonda.


Hwange; Zimbabwe


Postanowiliśmy pojechać do jednego z tutejszych parków narodowych by pooglądać trochę zwierzęta. Wybraliśmy największy park Hwange, nie było łatwo sie tu dostać ale już do tego przywykliśmy. Z racji że w Vic Falls zeszło nam mnóstwo kasy wzięliśmy tutaj trochę tańszą wersję safari tzn. piesze z przewodnikiem. Mało było czasu, przewodnik oczywiście się spóźnił i zbyt wielu zwierząt nie obejrzeliśmy ale było i tak całkiem przyjemnie. W domkach przy parku było strasznie drogo postanowiliśmy wiec wracać do Harrare bo akurat miał przejeżdżać pociąg. Załapaliśmy się na niego w wioskowej stacyjce i rano byliśmy znów w stolicy by załatwić wizy do Mozambiku.



Kariba; Zimbabwe


Ze stolicy pojechaliśmy też na północ nad jezioro Kariba, wielki sztuczny zbiornik powstały dzięki olbrzymiej tamie zbudowanej prze towarzyszy radzieckich w ramach przyjaźni między dwoma bratnimi narodami. Tereny bardzo ładne ale wyludnione z dużą niszczejącą bazą turystyczną ponieważ od kilku lat sytuacja zaczęła się pogarszać, Mugabe skutecznie zniechęcił turystów do odwiedzania swojego kraju. Oprócz nas na olbrzymim polu kempingowym była tylko jakaś niemiecka podstarzała parka. I znów duże problemy z wydostaniem się stąd z racji braku paliwa. Próbowaliśmy tu piwa robionego jakimiś dziwnymi metodami, obrzydlistwo nie dało sie tego pić oddaliśmy więc małpkom.



Beira; Mozambik


Po otrzymaniu wiz do Mozambiku udaliśmy się busikami w stronę granicy do Mutare. Tam tylko przejście graniczne nawet całkiem niemęczące jak na Afrykę, niewielka ilość naciągaczy na cokolwiek i już jedziemy busikiem by zaraz sie przesiąść na autobus do Beiry, drugiego co do wielkości miasta w Mozambiku. Miasto średnio ładne, widać wiele zniszczeń po wojnie domowej, nocować musimy w burdelu bo wokół tylko kila drogich a i tak obskurnych hoteli. W nocy słychać strzelaninę a nad ranem policjanci czyszczą broń na ulicy. Ciężko się tu dogadać bez portugalskiego. Z racji problemów żołądkowych zostaliśmy tu trochę dłużej i chodziliśmy na pobliską brudna plażę miejską oraz zajadaliśmy matapę, lokalną potrawę na szpinaku bardzo dobrą.


Vilankulo; Mozambik


Z Beiry poruszaliśmy się na południe wychodząc na autobusy bardzo wcześnie gdyż z reguły odjeżdżają jeszcze przed 4 rano, dlatego że podróż nimi ciągną się niemiłosiernie 250 km w 10 godzin to już tu standard. Vilankulo okazało sie super miasteczkiem nad oceanem z białym piaskiem na plaży, i w ogóle fajnym klimatem. Tu spotykamy pierwszych plecakowiczów w ilościach większych niż pojedyncze osobniki. Ale nie ma co sie dziwić- jest naprawdę uroczo. Tu też chyba t czekaliśmy najdłużej na posiłek zamówiony w knajpie czyli na Lule (ośmiornicę) ponad godzinę a babka w cale o tym nie zapomniała tylko tutaj raczej sie nie spieszą.



Tofo; Mozambik


Podążyliśmy dalej na południe do Inhabane. Stamtąd do malutkiego Tofo. Było jeszcze ładniej i czyściej niż w Vilankulo; istny raj nad oceanem. Hosteliki, kampy i inne bungalowy prowadza tu głównie biali którzy przyjechali tu kiedyś, zakochali się w tym miejscu i postanowili pozostać tu rozkręcając małe turystyczne biznesy. Agusia posnurkelingowała sobie z wielorybim rekinem i miło nam mijał tu czas również na gotowaniu bo o jakieś rozsądne posiłki w normalnych cenach to tutaj i w całym Mozambiku krucho.



Maputo; Mozambik


Po paru dniach pojechaliśmy do stolicy Maputo. Wieczorem zabukowaliśmy się w jednym z dwóch schronisk młodzieżowych, które było nabite do granic możliwości ledwie znalazły sie miejsca w zbiorowej dormitorni. Miasto bardzo ciekawe nie takie sztywne jak Harrare ale za to większy syf. Koszmarne blokowiska a momentami super zabudowa po portugalska, oraz imponujący dworzec na który przyjeżdża tylko raz dziennie pociąg towarowy z Zimbabwe. Trafiliśmy przypadkowo na kurs tańca czy tym podobnych dziwnych ruchów – całkiem fajnie sie ruszają. Bardzo ładnie nazywają się ulice w stolicy: Marksa, Lenina , Mao zaraz obok Olafa Palmego itp. Chcieliśmy na koniec pobytu w Mozambiku posilić się jeszcze owocami morza ale sprzedają je tu i owszem w dużych ilościach ale surowe na targu w knajpach prawie w ogóle sie nie pojawiają.

Suazi


Z Maputo wzięliśmy busika na południe i pojechaliśmy do Suazi na troszkę pooglądać to dziwne państewko. Okazało się znów innym światem w tej części Afryki. Wszystko ładne czyściutkie banki jak w Europie zachodniej, auta sprawne i nie psujące sie co chwilę jak w Mozambiku. W Suazi odwiedziliśmy jeden z rezerwatów królewskich (wszystkie są prywatne i należą do króla). Był bardzo schludny, zadbany ze świetną infrastrukturą (znów kuchnia w której można było gotować !)i sporą grupa turystów juz nie plecakowiczów gdyż wygody, które były tu serwowane, zaspokoiły by niejednego „gwiazdkowego” turystę. Pooglądaliśmy tu troszkę przestraszonych wypalaniem traw zwierząt. W dużej ilości zebry i inne kopytne. Dodatkowa atrakcja jes kąpiel w naturalnych źródełkach. Agusia jako wodne zwierze pierwsza rozebrała sie i chciała wskakiwać ja natomiast jako zwierze lądowe przeczytałem znaki, które informowały że przed wejściem do wody należy sprawdzić czy nie leży tam krokodyl. Zrezygnowaliśmy z kąpieli w drodze powrotnej spotkaliśmy krokodylka który właśnie szedł do źródełka.. Wieczorem zostaliśmy zaproszenie na lokalne tańce wykonywane przez malowniczy tłumek odziany w szmatki z podobiznami króla. Szczególnie interesująca była roznegliżowana płeć piękna. Ciekawostka jest fakt , że corocznie młode kobiety zbiera się w Suazi na olbrzymim stadionie w celu wybrania z mas nowej małżonki królewskiej. W Suazi ogromnym problemem jest Aids juz na granicy można sobie z kartonika bezpłatnie wziąć prezerwatywy, a każda rozmowa z miejscowym kończy albo zaczyna się właśnie tym tematem.



Pretoria; RPA


Ostatnie dni na czarnym lądzie spędziliśmy w stolicy RPA monnetami wyglądającej jak Stany tzn. w stanach nigdy nie byliśmy ale tak to sobie wyobrażam, ulice jak na zachodzie i prawie sami czarni. Miasto całkiem ładne, jest co oglądać, wielkie zoo gdzie nadrobiliśmy braki z safari z Zimbabwe i całej podróży, odebraliśmy zdane w ambasadzie bilety lotnicze i uważając żeby nie chodzić po zmroku bo bywa całkiem nieciekawie spędziliśmy tu ostatnie dni przed wylotem z Johanesburga do Paryża. Porobiliśmy trochę zapasów żywnościowych na najbliższe dni stopem z Francji m. in. wino w strefie wolnocłowej, które okazało sie później zbawienne gdyż stop nie chciał iść za bardzo i podróż w deszczu do Polski się nieco przedłużała. Właściwie to przedłużyła sie dwukrotnie od jazdy stopem do Paryża ale w końcu zajechaliśmy do Czech a stąd juz tylko rzut beretem do naszych ulubionych Katowic.


                                                             powrót  do  menu   podróże