Sahara Zachodnia, Mauretania, Mali, Senegal, Gwinea - Bissau;   marzec-maj 2007

                                        Pełny album zdjęć:


Sahara Zachodnia, Mauretania, Mali, Senegal (III - V 2007)

CITROENEM DO TIMBUKTU



TERMIN:

24 Marzec do11 Maj 2007


TRASA:

Polska, Francja: Paryż Hiszpania: Walencja, Algeciras . Maroko: Tanger, Marakesz. Sahara Zachodnia: Tan-Tan, Laayoune, Dakla . Mauretania: Nawakszut, Chingueti . Mali: Nioro, Bamako, Segu, San, Djene, Mopti, Bandiagara, Douentza, Timbuktu.

Łącznie 13 200 km.


PRZEJAZD:

Wymienioną trase pokonaliśmy w dwójkę Citroenem BX rocznik 1991 diesel.

Wyeksploatowaliśmy samochód do końca i sprzedaliśmy go w Bamako.

Od 27 kwietnie podróżowaliśmy lokalnymi środkami transportu zwiedzając jeszcze Gwineę Bissau i Senegal, z którego wylecieliśmy do Frankfurtu. Bilet na trasie Dakar Frankfurt kosztował 315 E –liniami Royal Air Maroc.




PRZYGOTOWANIE SAMOCHODU:

Przed wyjazdem dokonaliśmy wnikliwego przeglądu technicznego auta, szczególnie hydrozawieszenia. Zamontowaliśmy dodatkowy wentylator chłodnicy, znaleziony na szrocie, sterowany manualnie; dolne halogeny 30 zł , które bardzo się przydały, ponieważ na pustyni światło z powodu braku punktu oparcia rozprasza się i każde dodatkowe oświetlenie jest przydatne. Zakupiliśmy podstawowe części zamienne jak np. pasek alternatora, zestaw żarówek i bezpieczników ok 150 zł.

Żadnych innych zmian technicznych nie dokonaliśmy. Do kabiny z powodu braku klimatyzacji zamontowaliśmy dwa wiatraczki 10 zł sztuka oraz zaopatrzyliśmy się w lodówkę samochodową 60zł z allegro, która niejednokrotnie uratowała nam życie i 4 plastykowe 10 litrowe kanistry 3,50 zł za sztukę.

Dodatkowo nabyliśmy chińską linkę holowniczą 15 zł . Pękła przy pierwszej próbie wyciągania samochodu z piachu., a także zaopatrzyliśmy się w młotek, 5 metrów drutu i przebijak. Mieliśmy szatański plan: gdyby samochód zepsuł sie już w Europie, zbilibyśmy numery na karoserii, pozbylibyśmy się rejestracji i zepchnęli auto do rowu :)).


KOSZTY TRANSPORTU:


-Paliwo

W paliwo zaopatrzyliśmy się w Polsce , dzięki temu pierwsze tankowanie nastąpiło w Maroku. Ceny ropy w Maroku, 7,3 dirhama, są bardzo podobne do cen w Polsce. W Saharze Zachodniej, która jest specjalna strefą ekonomiczną ceny paliwa spadają , tam warto zatankować do pełna plus kanistry 4,2 MAD za litr. W Mauretanii 230 UM i Mali od 490 do 550 CFA .

Generalnie z zaopatrywaniem się w rope nie było żadnych problemów, nie licząc odległości pomiędzy miastami, która czasami wynosiła ponad 600 km bez jakichkolwiek możliwości natrafienia na stację paliwową.

W sumie citroen spalił 700 litrów ropy, średnie spalanie 5,3 l.


Autostrady:

Do kosztów transportu trzeba doliczyć ceny autostrad w Europie, we Francji i Hiszpanii staraliśmy sie jeździć drogami krajowymi . W Maroku zdarzyły nam się dwie płatne autostrady; od połowy drogi między Tangerem a Rabatem i od Rabatu trochę za Casablance. Ceny tych autostrad są znikome w porównaniu do cen europejskich, a na drodze spotyka się bardzo mało samochodów.


Podróżując samochodem trzba się liczyć z opłatami dodatkowymi :


Ubezpieczenie samochodu:

Europa, Maroko, Sachara Zachodnia obowiązuje zielona karta

W Mauretanii wykupuje się ubezpieczenia na określony czas wielokrotność tygodnia

ok 10e za tydzień, natomiast w Mali wykupiliśmy ubezpieczenie na miesiąc . Obejmuje ono większość państw strefy CFA i kosztowało około 35e.

Ubezpieczenie jest sprawdzane przy każdej rutynowej kontroli i jest najważniejszym dokumentem samochodu w tej części Afryki.



WALUTA:

1E = 10 MAD

1E = 650 CFE

1E = 320 UM


WIZY:

Mauretania: wiza 3 dniowa kupiona na na granicy 10 E przedłużaliśmy ją w Nawakszut na posterunku policji 20E czeka się na nia 24 godziny.

Mali: wiza miesięczna 10 E dostaje się ją od ręki w ambasadzie Mali w Nawakszut


INNE DOKUMENTY:

Międzynarodowe prawo jazdy, żółta książeczka, której nigdzie nam nie sprawdzano.


SZCZEPIENIA I LEKARSTWA:

Żółta febra, meningokokowe zapalenie opon mózgowych, żółtaczka typu A i B,

tężec , dur brzuszny, błonnica. Z antymalaryków zażywaliśmy Lariam.


POGODA:

Z premedytacją wybraliśmy apogeum pory suchej ze względu na możliwość pokonywania dróg szutrowych samochodem . W porze deszczowej drogi bywają nieprzejezdne dla osobówek. Temperatura wahała się od 27C np. W Mauretanii do 45C Timbuktu- Mali.


NOCLEGI:

W Maroku do 10E i Saharze Zachodniej duża baza niedrogich hosteli, z tym że ceny w Saharze o połowę taniej.

Mauretania Nawakszut: Oberża Sahara ulokowana zaraz przy głównej drodze prowadzącej do centrum miasta; dormitornia w cenach 6,5 E . Bardzo sympatyczne i czyste miejsce. Kuchnia w pełni wyposażona, w cenie parking.

Chingueti Oberża Karawana hostel dla offrroadowców :)) miejsce na dachu lub w otwartym namiocie, który do nocy spełnia funkcję knajpki 4,5 E

Ayoun el Atrous, camping + oberża Ayoun , miejsce w otwartym namiocie 5 E

Mali:Nioro hostel

Bamako Misja Chrześcijańska, nie można mieszkać dłużej niż 5 dni. Cena za łóżko

6 E + 2E za samochód. W pełni wyposażona kuchnia i zbawczy czysty prysznic. Jest to oaza spokoju w tym zadymionym i zakurzonym mieście labiryncie.

Segu:wiele małych hostelików i kilka dużych drogich hoteli, w tym dwa z basenem

udostępnianym nie tylko gościom hotelowym cena za cały dzień na basenie 3 E. My wybraliśmy małą oberżę bez nazwy u lokalnych młodych cwaniaczków 5 E .

DjeneOberża Kita Kouraou , nocleg na dachu 3E.

Mopti:spaliśmy na tarasie taniego hotelu dla miejscowych, znajdował się on przy końcu ulicy z targiem owocowy wyglądał na opuszczony był bez nazwy 5E.

Duentza:oberża Gourma nocleg na dachu 4E schludna z miłą obsługą, uwaga na skorpiony.

Timbuktu: hotel Timbuktu, nocleg na dachu 6E. Jedyny hotel do którego można dojechać samochodem choć i tak zakopaliśmy się w piachu. Wygląda jak PRL-owski dom wczasowy.

Bandiagara: oberża prowadzona przez tzw Szefa Wioski nocleg na dachu, woda do mycia z wiaderka, brak elektryczności 1,5 E.

Tam wykupiliśmy dwudniową wycieczkę po Kraju Dogonów z przewodnikiem i pełnym wyżywieniem, noclegami i wszystkimi opłatami. Po wielogodzinnych targach przy pędzonym domowym sposobem piwie udało nam się stargować cenę do 45 E za dwie osoby.



JEDZENIE:

Zazwyczaj gotowaliśmy sobie sami posiłki ponieważ jedzenie w tej części Afryki jest monotonne a w resaturacjach bardzo drogie.

Mauretania:

obiad w restauracji składający się z owoców morza i frytek 10E,

Butelka wody 1,5 E,

zakupy w mini markecie wychodziły cenowo podobnie jak w Polsce.


Mali:

zdecydowanie taniej niż w Mauretanii, oprócz Timbuktu gdzie wszystko mnożymy co najmniej razy dwa,

butelka wody 1E,

śniadanie kontynentalne 1E,

piwo 0,65 1E,

obiad: ceny zróżnicowane w zależności od regionu i tak w garkuchni 0,5 E a w hotelowej restauracji –10E.

Podstawowy owoc to mango w wielu odmianach. Ceny w zależności od tego czy sprzedawca mówi po francusku czy też korzysta z tłumacza, który zawsze dolicza sobie prowizję. Opracowaliśmy zatem następujący schemat zakupów. Zawsze mieliśmy przy sobie mnóstwo monet i w momencie pytania o cene pokazywaliśmy te monety sprzedawcy. Generalnie przy tej metodzie okazało się że wszystko na targu jest bardzo tanie ponieważ w momencie kiedy sprzedawca wybierał nasze monety obserwowało go całe mnóstwo osób i chyba było mu wstyd brać więcej niż wart był towar.


PRZEWODNIK:

Lonely Planet West Africa.


JĘZYK:

Oprócz wielu dialektów którymi mówią miejscowi np. Fula , Malinke i Wolof

urzędowym językiem w tej częsci Afryki jest francuski. Bardzo mało osób mówi po angielsku.



24 marzec 2007 r.

Wyruszyliśmy z Katowic naszą Cytrynką w jej ostatnią podróż. Już pod Wrocławiem musieliśmy drutowac nadkole, gdyż chciało odfrunąć.


25 marzec 2007r.

Po nocy spędzonej na parkingu w Niemczech pomknęliśmy 120km/h autobanami na zachód .


26 marzec 2007r.

Szczęśliwie dojechaliśmy do Paryża gdzie zatrzymaliśmy się na dwa dni u znajomych. Cytrynka chyba poczuła hajmat bo nie chciała odpalić ale w końcu ruszyła i pojechaliśmy dalej.


27 marzec 2007r.

Po kolejnej nocy w samochodzie przekroczyliśmy granicę francusko hiszpańską tunelem pod Pirenejami . Tunel jest bezpłatny choć nam sie wydawało inaczej i próbowaliśmy przekroczyć granicę wysoko w górach, ale okazało się że po za czynnymi wyciągami narciarskimi niczego innego tam nie znajdziemy. Dzięki takiemu forsowaniu samochodu odkręciło nam sie przednie koło i zdarliśmy klocki hamulcowe, a także zagotowaliśmy parokrotnie wodę w chłodnicy.


28 marzec 2007r,

Następną noc spędziliśmy u znajomych w Walencji i późnym popołudniem ruszyliśmy do Algeciras.


29 marzec 2007r.

Ponieważ omijaliśmy płatne autostrady przyszło nam i tę noc spędzić w naszym bolidzie. Z samochodem zaczęlo się dziać coś niedobrego przy prędkości 80km/h dziwnie wibrował.

Tego samego dnia wieczorem przedostaliśy sie promem do Tangeru. Warto spędzić troche czasu w porcie i poszukać biletów w promocyjnej cenie. Nam udało sie znaleźć taką ofertę, która nie obejmowała opłaty za samochód. U niektórych przewoźników funkcjonuje bilet last minute jest to zazwyczaj kilka biletów, które nie sprzedały sie wcześniej.

Wieczorem przypłynęliśmy do Tangeru. W marcu pogoda jest tutaj podobna jak w Polce, w związku z tym warto poszukac hotelu z gorącym prysznicem i dodatkowymi kocami.


30 marzec 2007r.

Ponieważ Maroko zwiedziliśmy trzy lata temu nie zatrzymywaliśmy sie nigdzie na dłużej. Wieczorem dotarliśmy do Marakeszu.


31 marzec 2007r.

Po całodziennej podróży dojechalismy do Tan Tan w Saharze Zachodniej.


01 kwiecień 2007r.

Udało nam sie wstać dość wcześnie i juz o 10.00 rano byliśmy na śniadaniu w Loyoune. Widoki za oknem samochodu były już zupełnie inne. Trasa wiodła wzdłuż oceanu a przy drodze pasły sie wielbłądy. Miasta są tu oddalone od siebie o kilkaset km, po drodze nie mija się żadnych osad.

Przy każdym wjeździe do miasta znajdują się posterunki policji. Musimy się spowiadać dokąd jedziemy i gdzie pracujemy, zaczyna mnie korcić żeby wymyślać jakieś zakręcone zawody.

Dojechaliśmy do Dakli czyli zrobiliśmy 800 km.

Dakla to dziwne miejsce, czyste i dość nowoczesne miasto na końcu świata.

Rząd Maroka pragnie aby na Saharze Zachodniej osiedlali sie ludzie w związku z tym życie tutaj jest bardzo tanie. Podatki niskie a standard wygląda na całkiem niezły.


02 kwiecień 2007r.

Przekroczyliśmy granice między Saharą Zachodnią a Mauretanią. Odbyło się bez większej przeprawy. Na wszelki wypadek zaopatrzyliśmy sie w papierosy i widokówki, oczywiście widokówki z Katowic ŚLICZNOŚCI i inne gadżety, które wpychaliśmy żądnym prezentów policjantom.

Na granicy dorośli mężczyźni byli wniebowzięci kiedy otrzymali plastikowe odblaskowe kotki zawieszane na szyje, kilka saszetek kawy neski i instrukcję pierwszej pomocy po polsku !

Najciekawszy był odcinek 3 km ziemi niczyjej między Sahara a Mauretanią, gdzie drogi całkowicie brak i nie wiadomo w która stronę jechać. Z samochodu wysiadać nie wolno, bo teren jest mocno zaminowany. Gdyby nie informacja od znajomego że mamy kierować sie w lewo nie wiedzielibyśmy w którą stronę pojechać. Oczywiście i tak do końca nie byliśmy pewni czy dobrze jedziemy i Paweł wyszedł z samochody żeby poszukać drogi. Z nikąd zjawił się samochód i jakiś pan go upomniał że tutaj się nie spaceruje bo teren jest zaminowany.

Grzecznie posłuchał bo widok zalegających dookoła wraków samochodów był mocno sugestywny.

Na granicy kupiliśmy trzydniową wizę i ubezpieczenie samochodu. Wieczorem dotarliśmy do Nawakszut stolicy Mauretanii. Kolejne 800 km za nami.

Drogi w Mauretanii są bardzo dobrej jakości. Na szosach królują mercedesy beczki. Od Mauretanii począwszy każdy chciał od nas odkupić Cytrynę. Oferowano nam za nia 1000E, a warta była moze 1000 zł.

Mauretania


03 kwiecień 2007r.

Rano załatwiliśmy wymianę pieniędzy, wizę do Mali, która dostaliśmy od ręki i złożyliśmy wniosek o przedłużenie wizy Mauretańskiej. Samochód nam w tym znacznie pomógł , poniewż obiecaliśmy panu urzędnikowi, że jak nam sie autko znudzi to mu je sprzedamy. Dzięki temu dostaliśmy wizę na miesiąc w cenie wizy tygodniowej. Jak dają to bierzemy !

Nawakszut nie jest zbyt ciekawym miejscem. Wszędzie fruwają plastykowe torby. Zwiedziliśmy port, jest to jedna z nielicznych atrakcji. Ciekawszym sposobem spędzania czasu może być lot balonem nad pustynia. My nie skorzystaliśmy niestety.


04 kwiecień 2007r.

Po odebraniu wizy malijskiej udaliśmy sie w dalszą drogę. Zaczęło się robić coraz cieplej. Samochód zaczął sie permanentnie przegrzewać w związku z tym trzeba było włączyć ogrzewanie żeby mu pomóc. Droga zrobiła sie przez to koszmarna. Słońce zaczęło się opierać na naszym czarnym samochodzie. Otworzyliśmy szyberdach i wyłożyliśmy tylne i boczne okna srebrną karimatą . Na nie zbyt wiele się to zdało

późnym popołudniem Paweł zaczął mieć objawy udaru słonecznego. Musieliśmy się zatrzymać i przeczekać upał.

Mauretania


05 kwiecień 2007r.

Naszym celem jest Chingueti najbardziej wysunięta w głąb Sahary, osada w Mauretanii. Onegdaj jeden z większych ośrodków edukacyjnych do dzisiaj zostało tam wiele bibliotek, które za drobna opłata można zwiedzać. Miasto jest bardzo klimatyczne. Docieraja tu główmnie offroadowcy toteż my z naszym środkiem komunikacji wzbudzamy ogromne zainteresowanie, głownie wśród turystów, którzy ta samą trase pokonali w samochodach 4WD. Droga do Chinguati nie jest łatwa.

Jest to droga szutrowa tzw tarka pokonać ją można na dwa sposoby albo jedziemy bardzo szybko i wtedy wibracje są mniejsze ale sterowność samochody także , albo 20do 30 km/h , wtedy mamy kontrole nad kierownicą ale nie nad szczękającymi zębami. Najpierw jeździliśmy pierwszą metoda ale po tym jak wyrzuciło nas z drogi w piach na zakręcie i wyhamowaliśmy w sekundzie ze 100km do zera zaczynamy jeździć druga, bardziej męczącą metodą.



06 kwiecień 2008 r.

Zwiedziliśmy Chingueti i udalismy sie zpowrotem do Nawakszut. Temperatura znowu była nie do zniesienia wymysiłam sobie że będe jeździć z pół otwartymi drzwiami bo tego włączonego ogrzewania nie dało sie wytrzymać. No i stało sie zobaczył to policjant i nas zatrzymał. Jakiesz było moje zdziwinie, kiedy okazało się że tylko chce mnie spytać czy jest mi gorąco.

Podróż po drogach szutrowych to nie tylko wstrząsy ale przede wszystkim wszędobylski pył. Zapylone było wszystko. Samochód wyglądał jakby ktoś rozsypał w środku wiaderko czerwonego kurzu , nie mówiąc już o tym jak my wyglądaliśmy i przede wszystkim jak się czuliśmy. Nie ma to jak samochód bez klimatyzacji w porze gorącej na drodze szutrowej!


07 kwiecień 2007r.

Z Nawakszut udaliśmy się w stronę granicy z Mali. Po drodze zatrzymaliśmy sie w Alug, tutaj restauracje wyglądają już zupełnie inaczej niż w stolicy. W ogromnym namiocie klient leży na poduchach i z dużej miski wyjada rękami ryż z kozą .

Dzieci nie odrywają od nas wzroku, ponieważ sa to same dziewczynki rozdaję im spinki do włosów. Jedna odważniejsza zainteresowała się przewodnikiem, niestety nie możemy jej go podarować dostaje od nas widokówkę. Nie bawi się nia zbyt długo bo po chwili widzimy jak widokówka jest zjadana przez koze.

Późnym popołudniem docieramy do granicy. Tutaj niestety przy wyjeździe z Mauretanii wbijają Pawłowi samochód do paszportu. Mogą być w związku z tym problemy po sprzedaży samochodu w Mali. Nie martwimy sie tym na zapas.

W Nioro, pierwszym mieście po stronie Mali akurat są wiece przedwyborcze. Za kilka tygodni wybory prezydenckie. Na ulicach tłum ludzi, tańczą , śpiewają i ogólnie tamują ruch. Po kilku minutach mały chłopczyk pyta czy nam nie pomóc. Wsiada z nami do samochodu znajduje tani hostel a następnie jedzie z nami wykupić ubezpieczenie samochodowe i dopełnić kilku spraw urzędowych związanych z wjazdem do Mali. Dajemy mu za to witaminy i ostatniego odblaskowego kotka , chyba jest zadowolony bo nie chce nas opuścić na krok.


08 kwiecień 2007r.

Niedziela Wielkanocna. Zjedliśmy świąteczne śniadanko , może nie było to jajko na twardo ale omlet tez sie chyba liczy? Ja poszłam sie spakować a Pawełek wykombinował, że chyba za dużo zapłacilismy. I tak mu dobrze poszło że musieliśmy zapłacić jeszcze 200 CFA.

Nasz prywatny mały murzynek juz na nas czekł od rana. Koniecznie chciał sie z nami przejechać jeszcze raz samochodem. Spakowaliśmy bagaże i w droge. Mały pokazał nam wylot na drogę do Bamako i okazało się że nie chce wysiąść z samochodu. Wymyślił sobie, że będzie jeździł razem z nami. No niestety nie mogliśmy go zabrać. W połowie drogi okazało się że nie mamy telefonu komórkowego. Taka to wielkanocna niedziela nie dość że zajączek nie przyniósł prezentu to jeszcze zabrał...

W nocy dotarliśmy do Bamako. Miasto wygląda jak jeden wielki labirynt. Gdyby nie miejscowi nigdy nie znaleźlibyśmy misji chrześcijańskiej.

Spędziliśmy w niej 5 kolejnych dni. W misji warto kupić kartki pocztowe. Po pierwsze są przepiękne a po drugie bardzo tanie

Ponieważ w Bamako było ponad 40 stopni nasze życie zaczęło toczyć się o wiele wolniej. Każde przejście 100 metrów sprawiało problem. Byliśmy wiecznie zmęczeni i rozdrażnieni. Jak sie później okazało nie tylko my. Miejscowa ludność w tym okresie przechodzi dokładnie to samo. Stale dochodzi do kłótni.

W Bamako warto zwiedzić muzeum narodowe. Koniecznie trzeba odwiedzić targ i znaleźć stoiska z fetyszami. Magia w tym rejonie Afryki przeplata się z trywialnością dnia codziennego, . Dostępne są tam różnego rodzaju magiczne przedmioty pochodzenia zwierzęcego , roślinnego i inne. Nie są to miejsca turystyczne i wielokrotnie trzeba się nieźle naszukać aby trafić na targ fetyszy czy też miejsce animistycznego kultu.

Dwoma podstawowymi religiami w tej części Afryki sa animizm i muzłumanizm.

Warto też przejść sie brzegiem życiodajnego Nigru i poobserwować toczące się nad nim codzienne życie Malijczyków. A kiedy już ma sie wszystkiego dość można udać sie na jeden z hotelowych basenów i odpocząć.


13 kwiecień 2007r.

W misji chrześcijańskiej poznaliśmy pare Szwedów. Wyrazili chęć zabrania sie z nami samochodem w dalszą droge. Teraz podróżujemy w czwórkę. Po całodniowej podróży samochodem zatrzymaliśmy sie na nocleg w Segu. Miasto nie jest bardzo ciekawe. Większa część życia skupia sie tu nad rzeką.

Bez problemu znajdujemy internet. Podczas tej podróży raczej nie ma problemu z netem , czasami tylko łączyć sie trzeba za pomocą modemu i wszystko wolno chodzi albo zrywa połączenie ale da sie wytrzymać.


14 kwiecień 2007r.

Po południu dotarliśmy do Djene . Największej atrakcji Mali. Olbrzymi Gliniany Meczet robi duże wrażenie. Od paru lat jest on niedostępny dla turystów, ale za około 20E można wejść do środka z samozwańczym przewodnikiem. My uszanowaliśmy zakaz. Wszystko jest wybudowane z gliny cała wioska. Po za tym nie maja tu zbyt dużo wygód cywilizacyjnych. Zamiast kanalizacji rynsztoki. Miejscowi dorabiają wpuszczając turystów na dachy domów stojących przy meczecie. Jest to bardzo dobre miejsce do fotografowania meczetu a po za tym można podglądać jak żyją ludzie w Djene. Za wejcie na dach płaci sie około 1, 2 E. Wieczorem miejscowa ludność wynosi na dwór telewizory i masowo ogladają jakiś indyjski serial o lekarzach. Śmiesznie to wygląda jak 40 chłopa siedzi z zapartym tchem i ogląda telenowele.

Mali


15 kwiecień 2007r.

Po okrążeniu mieścinki w szerz i wzdłóż, wysłuchaniu koncertu wszędobylskiej malijskiej muzyki udajemy sie do Mopti.


16 kwiecień 2007r,

Razem z naszymi przyjaciółmi dotarliśmy do legendarnego kraju Dogonów , jest to niewątpliwie najbardziej fascynująca grupa plemienno religijna Afryki. Znać ją powinni wszyscy, którzy interesują się paleoastronautyką, UFO, etc. Religia Dogonów łączy w sobie wątki monoteizmu, animizmu wraz z kultem przodków oraz wiarę w magię.

Po długich targach ustalamy cenę dwudniowej wycieczki po okolicznych wioskach.

Przed przybyciem do Dogonów warto zaopatrzyć się w podstawowe produkty żywnościowe i wodę, która jest tutaj bardzo droga . Dogoni używają wody ze studni , bywa że jest ona niedogotowana i wtedy mogą nastąpić komplikacje żołądkowe. My mieliśmy ze soba tabletki do uzdatniania wody, które tutaj bardzo sie przydały.

Co poniedziałek można natrafić na mały wioskowy targ, ale ceny dla turystów są raczej wysokie a oferta nie jest zbyt szeroka.

Mali


17 kwiecień 2007r.

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy z naszym przewodnikiem do Djiguibombo. Droga wiodła przez sklane urwiska, nie sposób by było pokonać ją bez przewodnika.

Po obiedzie w Djiguibombo i przeczekaniu najostrzejszego słońca udaliśmy się do pobliskich wiosek. Noc spędziliśmy w Keni Kambole, oczywiście na dachach domów miejscowych, które były przystosowane tzn. leżały tam materace.



18 kwiecień 2007r.

Następnego dnia zwiedziliśmy jeszczeTeli i Ende i wracaliśmy tą sama drogą.

W Bandiagarze trafiliśmy na mały targ. Nasz przewodnik wziął nas też do swojego rodzinnego domu, gdzie mieliśmy okazje przyjrzeć sie obejściu z bliska i zajrzeć do małych kwadratowych domków, które okazały się być spiżarniami.


Mali


19 kwiecień 2007r.

W naszym składzie następiła zmiana. Szwedzi pojechali do Burkina Faso, która znajduje się już stosunkowo niedaleko od kraju Dogonów a z nami zabrała sie para Szwajcarów. Jeszcze tego samego dnia wracamy do Mopti.


20 kwiecień 2007r.

W Mopti zaopatrujemy sie w wodę i owoce. Wysyłamy maile ze sklepu z odzieżą znajdującego sie w centralnym miejscu przy głównym rondzie przy wjeździe do miasta, który jest również prowizoryczną cyber caffe. Wieczorem docieramy do Douentzy. Zastanawiamy sie co dalej . Troche korci nas pomysł by pojechać do Nigru, bo to już bardzo niedaleko i bardzo po drodze. Ale Timbuktu działa o wiele mocniej na naszą wyobraźnię.


21 kwiecień 2007r.

Wystartowaliśmy pełni animuszu szutrowa droga do Timbuktu. Odcinek liczył zaledwie 195 km, pokonywaliśmy go 14 godzin.

Droga z każdym kilometrem robiła sie gorsza. Praktycznie minęliśmy tylko jedna karawanę z sola i dwa dżipy,tzn. one nas minęły.

W połowie drogi znajduje sie mała wioska, gdzie można uzupełnić zapasy ale ceny są tu podobnie jak widoki kosmiczne. Na drodze zaczęły pojawiać się łachy piachu.

Bardzo baliśmy się, że zakopiemy się i trzeba będzie czekać całą noc na pomoc.

Dzięki wcześniejszym doświadczeniom z piachem i radom tubylców stosowaliśmy następująca technike. Najpierw dokładnie oglądaliśmy taką piaszczystą przeszkodę następnie podnosiliśmy zawieszenie cytrynki na maxa , cofaliśmy i rozpędzaliśmy się do około 100km/h . Metoda skutkowała w 100%, oczywiście przy takich brawurowych akcjach piach dostawał sie praktycznie wszędzie, łącznie z silnikiem, który potem jeszcze długo pluł piachem. Udało nam sie tez zerwać trzy poduszki pod silnikiem i doprowadzić do wyrwania tylnych siedzeń dzięki czemu wszystkie bagaże wpadły nam do środka samochodu. Ale po około 12 godzinach zobaczyliśmy malutki słupek z napisem Timbuktu 5 km.

Było już ciemno i mieliśmy naprawdę dość a jednocześnie byliśmy przeszczęśliwi, że udało sie dojechać. Ale niestety okazało się że to nie koniec naszych przygód.

Po optymistycznie wyglądającym znaku Timbuktu 5 km piaszczysto szutrowa droga rozlała się na wszystkie strony i już nie mieliśmy pojęcia w którą pojechać. Do tego co pare metrów niebezpiecznie zakopywaliśmy się w piachu. Nikt nie mówił po francusku a i miejscowych było bardzo niewielu. W końcu udalo nam sie znaleźć kogoś kto za 1E pokazał nam drogę do promu. Oczywiście okazało się że jest już za późno i prom nie kursuje. Po długich negocjacjach udało nam sie jednak przepłynąć na drugą stronę. Oczywiście dla tego, że prom musiał przybyć specjalnie po nas zapłaciliśmy dwa razy więcej ale jak sie pózniej okazał była to państwowa taryfa.

Po drugiej stronie rzeki kupiliśmy sobie po herbatce ugotowanej na wodzie z Nigru z piachem, ale było nam już wszystko jedno. Jakiś policjant na motorze wyprowadził nas na asfaltową drogę, której sami nocą nigdy byśmy nie znaleźli. I po kilkunastu kilometrach dotarliśmy do Timbuktu. Zatrzymaliśmy sie przy pierwszej oberży i dobrze zrobiliśmy ponieważ im dalej w miasto tym więcej piachu. Ale i tak zakopaliśmy sie pod tą oberża dokładnie do połowy kół, gdyby nie rajdowe umiejętności miejscowych i ich sprawdzone sposoby stalibyśmy tam do dziś. Zamiast odkopywać koła kilu mężczyzn podnosi samochód raz z jednej raz z drugiej strony a jeden już siedzi w środku i startuje na pełnym gazie jak tylko koła zostają uwolnione. Bardzo malownicza akcja.


22 kwiecień 2007r.

Timbuktu żyje swoim rytmem. Nie bez kozery nazywane jest przez miejscowych Końcem Świata. Spędzilismy tam dwa bardzo gorące dni, snując sie wśród tuareskich sklepików, najstarszych w tym rejonie Afryki meczetów i przyglądając się przybywającym i wyruszającym karawanom. Ceny żywności i wody są tu praktycznie dwa razy większe niz np. w Bamako. Tuaregowie liczą sobie kosmiczne kwoty za swoje wyroby. Chciałam kupić sobie naszyjnik ale jak usłyszałam kwotę 40E i ani centa mniej wymieniliśmy tylko z panem Tuaregiem uwagi na temat wypalanie mózgu przez słonce.


24 kwiecień 2007r.

Wracaliśmy tą samą drogą. Tym razem 15 godzin morderczej jazdy przez piach. Ponieważ akurat w tym dniu wzięłam Lariam mam jakieś schizy, że auto sie popsuje i już nigdy nie wrócimy do cywilizacji. Na wertepach ciemną nocą nagle odblokowuje nam się adtwarzacz CD , który cała drogę odmawiał posłuszeństwa i włącza sie Dezert Rose Stinga, juzż się nie boje!

Jeżeli nie jest się zmotoryzowanym można dostać sie do Timbuktu 4WD. Kosztuje to ok 25 E za miejsce do 95E jeżeli chcemy mieć samochód tylko dla siebie. Taka podróż trwa 8 godzin. Tańszą i ciekawszą opcja jest podróż łodzią, oczywiście wydłuża się ona do kilku dni ale widoki i obcowanie z miejscową ludności na pewno są tego warte.

Ceny łodzi wahają sie w zależności czy jest to transport publiczny, czy lepsza przystosowana do przewozu turystów 10 osobowa piroga, od kilkunastu do kilkudziesięciu Euro.

Ciemną noca wracamy do Duenzy. W przydrożnej garkuchni zjadamy obadokolację za 1E wypijamy po trzy herbaty zwyczajowo nazywane tutaj lipton, bez względu na to jakiej marki jest to produkt Mijamy udającego się w nieznanym nam kierunku skorpiona i zasypiamy na dachu oberży.

Bardzo ważnym elementem tej podrózy była moskitiera. Dzięki temu mogliśmy spać na dachach a nie przepłacać pokoi z wiatrakami, które i tak nie dawały ulgi podczas dusznych nocy.


25 kwiecień 2007r.

Wracamy do stolicy noc zastaje nas w Segu.


26 kwiecień 2007r.

Połowę dnia spędziliśmy na basenie w Segu. Trzeba było odreagować offroadowe przygody ze starą Cytrynką. Wieczorem już jesteśmy w naszej ulubionej Misji Chrześcijańskiej w Bamako.


27kwiecien 2007r.

Zastanawialiśmy sie czy już sprzedać samochód . Cały czas oferowali nam za niego 1000E. Nasza przygoda w Mali powoli dobiegła końca. Postanawiamy dojechać jeszcze tylko do Keys a stamtąd do Senegalu. Wizy załatwiliśmy sobie przy pierwszym pobycie w Bamako. Uwaga LP z 2006r. nie uwzględnia zmiany adresy ambasady Senegalu. Ambasada znajduje się teraz w dzielnicy willowej po drugiej stronie Nigru przekraczając most niedaleko hotelu Kempinski musimy jechać jeszcze jakieś 3 km i po prawej stronie natrafiamy na piękna willowa dzielnice.

Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów pękała nam uszczelka pod głowicą. Niewiele sie zastanawiając bierzemy plecaki i cały nasz dobytek , łapiemy stopa i wracamy na misje. Paweł po 5 minutach znalazł chetnych na pomoc w sprzedaży niejeżdżącego samochodu. Ja zostałam w mieście, natomiast Paweł z jakimiś mechanikami pojechał po samochód. Podczas holowania powpadały do środka drzwi przednie szyby a zawieszenie zostało totalnie zorane . Panowie skasowali nas za holowanie i za naprawe samochodu.


28 kwiecień 2007r.

Rano okazało się że samochód nie jest naprawiony i przyszło nam przeprowadzać rozmowy handlowe. Co jakiś czas handlarze przyprowadzali nam nowego chętnego na nasze stare autko targi trwały cały dzień.


30 kwiecień 2007r.

Sprzedaliśmy Citroena z 350 E wytargowaliśmy jeszcze figurkę z lokalnej cepelii.

Pan, który zakupił samochód, tak sie cieszył ze myślałam że udusi Pawła tak go ściskał i przytulał.

Przez przypadek przechodziliśmy tego dnia koło stacji kolejowej i okazało się że stoi tam pociąg widmo do Dakaru. Nie był to bynajmniej dzień odjazdu tego pociągu ani godzina odjazdu, na tabliczce kredą napisano 9,30 a była już 12,00. Wskoczyliśmy do taksówki i już po 20 minutach siedzieliśmy w pociągu do Senegalu.

Ponieważ intratnie sprzedaliśmy grata doszliśmy do wniosku że należy nam sie odrobina luksusu i wykupiliśmy bilety na pierwszą klasę. Równie dobrze moglibyśmy jechać klasą druga, zbytniej różnicy mie było. Tak zdewastowanego pociągu to dawno nie widziałam, ale za to w warsie było ciepłe dobre jedzenie a na każdym postoju od miejscowycjh kobiet można było kupić praktycznie wszystko.

W pociągu przypomnieliśmy sobie że mamy przecież do paszportu wbity samochód. Wymyśliliśmy, że skleimy te kartki guma do żucia , ponieważ paszport był już cały wypełniony wizami trudno było by sie zorientować, że coś tu kombinowaliśmy, ale zanim wyżuliśmy gumę pogranicznicy już stali przy nas. Trzeba się było szeroko uśmiechać i pomagać znaleźć wizę Malijską. Tak panu pomagałam, że podbił nam wszystko jak trzeba i poszedła dalej

Oczywiście podróż przeciągnęła się o kilkanaście godzin bo mieliśmy kilka przydługich postojów ale w końcu dotarliśmy do Senegalu.


Dalsza podróż po Senegalu i Gwineii Bissau kontynuowaliśmy lokalnymi środkami transportu...


Dobre rady:

- pomimo zażywania antymalaryków można złapać malarię warto wiedzieć że malaria u białego człowieka objawią sie czasami bardzo niestandardowo.

W razie jakichkolwiek dolegliwości należy udać sie do najbliższego szpitala i zrobić sobie test z krwi, oczywiście warto mieć swoje igły. Test kosztuje około 3E i już po 10 minutach wiadomo co nam jest.

Jadąc samochodem praktycznie przed i po każdym mieście w Mauretanii i Mali byliśmy kontrolowani co najmniej raz co wiązało się z tym że trzeba było coś podarować panu mundurowemu. My mięliśmy papierosy ale okazało się że Marlboro się nie sprawdza, bo w Mauretanii nie lubią produktów z USA. Jeżeli kupować papierosy to w Saharze Zachodniej ichnich podróbę Marlboro za śmieszne pieniądze.O dziwo sprawdzały sie widokówki z Katowic.


                                                             powrót  do  menu   podróże