Azja Centralna, Syberia   (SILK  ROAD' 2009)

Litwa, Łotwa, Estonia, Rosja, Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan, Kirgizja;    lipiec-październik 2009

                                                       
patronat medialny wyprawy:

           


pełny album zdjęć:                                   

Azja Centralna, Syberia (VII-X 2009)
                  

pod tym adresem kilka fotek z Azji Centralnej z muzą w tle:)

a w tym miejscu  kilka zdjęć z Rosji z podkładem:)

Mapa trasy:

   


WYJAZD  


    No i wreszcie uffffff!!!!! Udało sie zapakować Vitarę! Jest wszystko co potrzeba (tak nam sie wydaje) i wszystko co niepotrzebne – kilka części w razie gdyby auto miało odmawiać posłuszeństwa, osiem plastikowych kanistrów prosto z allegro 3 zl za sztukę, weszły nawet rozkładane krzesła turystyczne... Na felgach mamy dość zużyte AT'ki o bieżniku typowym na szutry, kamienie i tym podobne suche rejony. Żadnego dodatkowego motania w aucie, może poza zamontowaniem halogenów które i tak zresztą szybko padły.

Żegnamy się z naszymi kochanymi Katowicami nieprzypuszczając nawet, że aż na tak długo. Już po pierwszych kilkudziesięciu kilometrach wspaniałe odkrycie!! Nasz licznik jest w milach a nie kilometrach czyli to nieprawda, że auto pali jak smok!! To znaczy trzeba mu i tak mnóstwo paliwa podać ale nie jest to już 15 litrów na 100 km a tylko niecałe 10! Jesteśmy jednak optymistami, wiemy że ceny paliwa na wschodzie są o połowę niższe niż u nas, a poza tym jeśli tylko będzie gaz...:) Przecież po to zamontowaliśmy instalacje gazową na kilka dni przed wyjazdem a teraz przez butlę mamy o tyle mniej miejsca w aucie! Musi się przydać!


Pierwszy nocleg przy drodze jeszcze w Polsce, następne już w trasie na Litwie. Tutaj postój na kilka dłuższych chwil w Wilnie, zwiedzanie “Ostrej Bramy”, następnie Łotwa i Estonia gdzie próbujemy odnaleźć widmo panoszącego się kryzysu – ale patrząc na drogi jak na zachodzie, tłumy rosyjskich turystów w Tallinie jakoś nie możemy go dostrzec. Trochę mieszają się nam pory dnia, stolicę zwiedzamy o drugiej w nocy przy dziennym świetle – to dzięki “białym nocom” na które mamy okazje trafić. Po kilku dniach wreszcie forsujemy „żelazną kurtynę”, 21 godzin na granicy daje nam do zrozumienia że zaraz wyjedziemy z przyjemnej i łatwej Europy a znajdziemy sie w świecie już nie tak banalnym i prostym.


ROSJA


300 metrów za granicą pierwszy post milicyjny, pierwsze zatrzymanie, oho, zaczyna się...

             - U was niet strachowki (ubezpieczenia) a wasza zielonaja karta nie rabotajet w Rosiji! Nu szto,                         budut sztrafa!

                 -  Towariszcz oficer! My nie znali, my toże słowianie, możet pogawarim?

Wyjmuje wtedy moją tajną broń na takie okazje, zdjęcie które przygotowaliśmy specjalnie na tą wyprawę. Przed wyjazdem pożyczyłem od znajomego który ma znajomego w straży pożarnej mundur ze wszystkimi dystynkcjami i zrobiliśmy małą sesje zdjęciową. Pokazując się na fotce w takim mundurze jestem w stanie bardziej sobie zjednać innych mundurowych, zawsze to inna rozmowa;

- kak u was rabota?
- skolka diengów ty połuczajet?

-  nu, u nas toże płocho!

Oficyjer” trochę po tym zmiękł ale był dalej bardzo oficjalny, nie chciał się zgodzić na prezent w postaci długopisu z zapalniczką, ale przystał na 300 rubli (około 30 zł). Miny nam trochę zrzedły, jeśli tak będzie tu co chwilę to nie nastarczymy z gotówką i prezentami których mamy cały worek jako “zestaw korupcyjny”. Cóż, pożyjemy, przejedziemy, zobaczymy...


    Jeszcze tego samego dnia docieramy do Petersburga który od razu powala nas swoim ogromem i pięknem. Szybko rewidujemy naszą hierarchię w kategorii „najwspanialsza europejska metropolia”, od razu na czoło wysuwa się “Miasto Piotrowe”. Spędzamy tu kilka dni (w tym jeden w Ermitażu), nocując u Anny i Georga z Couchsurfing w blokowisku w sypialnej dzielnicy miasta, w której wielka płyta ciągnie się kilometrami aż po horyzont.

    Stare miasto jest olbrzymie i robi niesamowite „wielkomiejskie” wrażenie. Nie ma tu małych, wąziutkich uliczek, są za to szerokie ulice, prospekty po pięć pasów w jedną stronę. Cała zabudowa ze względu na to, że pochodzi głównie z jednego okresu robi wrażenie bardzo harmonijnej, nie jest też tak „wymuskana” jak w niejednym Europejskim mieście. Wrażenie jak byśmy byli na planie historycznego filmu. Cerkiew Zbawiciela na Krwi, Sobór Kazański, Pałac zimowy - są piękne i majestatyczne. Na obrzeżach miasta widać że radzieccy architekci też chyba byli pod ich wrażeniem bo pobudowali jakieś olbrzymie koszmarne molochy, betonowe kloce i łuki podobnych rozmiarów ale tylko kubaturą pasują one do reszty zabudowy miasta. Podczas krótkiego rejsu po Newie obserwujemy Petersburg czując się trochę jak w przerośniętym Amsterdamie. Wieczorami spacerujemy po Newskim Prospekcie a nocą oglądamy wraz z tłumami jedną z atrakcji miasta – podnoszenie olbrzymich zwodzonych mostów.

     

    Po obejrzeniu Aurory która jest naszym ostatnim obowiązkowym punktem, kierujemy sie na południe. Na razie drogi są w całkiem dobrym stanie, ale różnica w porównaniu z drogami sprzed paru dni jest już wyraźnie zauważalna. Nie sądzimy, że za parę tygodni zatęsknimy za naszymi polskimi “czarnymi”.

    Aga wsiada za kółko i pruje ile wlezie, zjeżdżamy na chwilę z głównej drogi i jedziemy jakąś lokalną. Masakra, asfalt z jakimiś koszmarnymi wybrzuszeniami, co chwilę progi w dół, w górę jakby to były jakieś schody, chyba stare betonowe płyty zalali byle jak jakimś podłym asfaltem. Panel z radia wyskakuje co chwilę, nawet przyczepienie go taśmą nic nie daje, trzeba go cały czas trzymać. Walimy głowami w sufit a wnętrzności zaraz będą na wierzchu. Tak sie nie da, trzeba zwolnic i wbić na główną drogę, bo daleko nie ujedziemy. Jadąc tak sobie na południe w pewnym momencie słyszę gdzieś spod maski jakiś dziwny dodatkowy dźwięk. Szybko na pobocze, krótka lustracja – i o w mordę kopany - wyjmuję z okolic wspomagania jakąś metalową część, która wala się luzem pod maską i właśnie zaczęła ścierać nam paski. Po krótkim szoku, zbieram się w sobie i montuje z powrotem element naprężający tym razem już nie na śrubach które popękały tylko na taśmie i ściągach elektrycznych, których mam trochę w zapasie. Mam nadzieje że ta prowizorka na trochę starczy. Krótki odpoczynek w Moskwie u znajomej, obowiązkowe odwiedziny u “wiecznie żywego” Lenina oraz zwiedzanie Soboru Wasyla i w drogę na południowy wschód!! Śpimy na “autostajankach” czyli parkingach strzeżonych, głównie w samochodzie i przy samochodzie, bardzo przydaje się duża miska kupiona w ruskim markecie która służy nam za wannę. Coś rzeczywiście jest na rzeczy jeśli chodzi o włamy do samochodów bo w europejskiej części Rosji nie widzimy żadnych aut parkujących gdzieś na poboczach. Autostajanki otoczone są głównie wysokim murem, drutami kolczastymi, często wewnątrz biegają psy tak że w ogóle strach wyjść z auta. Szybko docieramy do Samary, gdzie obżeramy się w lokalnej sieci fastfoodów “Pan Kartofel”, którego specjałem jest duży ziemniak zapieczony w folii, z różnymi dodatkami w środku - pycha. Jeszcze tego samego dnia na wieczór meldujemy się na granicy z Kazachstanem.





KAZACHSTAN



Na granicy mordercza biurokracja, oprócz tego wyciąganie wszystkich rzeczy z auta, robienie policyjnych zdjęć naszych fizjonomii no i oczywiście odpowiadanie na przedziwne pytania w stylu do Kazachstanu? Turystycznie? Ale po co? Pomimo że nie było prawie żadnej kolejki cztery godziny załatwiania murowane i tak już będzie prawie na wszystkich następnych granicach. W Kazachstanie odczuwamy od razu wzrost temperatury choć skwarów tu jeszcze nie ma. Mijamy Uralsk i kierujemy sie na południe w stronę Atyrau. Kazachstan chcemy przejechać jak najszybciej, żeby móc niedługo wjechać do Uzbekistanu gdyż nasze wizy do kraju “Jedwabnego Szlaku” już się właśnie rozpoczęły a wiemy, że atrakcji jest tam co niemiara. „Krainę Borata” zostawiamy sobie więc na “drogę powrotną”. Robi się coraz bardziej gorąco. Co chwilę zatrzymujemy sie na miskę zsiadłego wielbłądziego mleka, a zwierzęta te podziwiamy szwendające się jak bezpańskie psy pośród bloków w miasteczkach jakże przypominających nasze betonowe Jastrzębie Zdrój:)

                                                 

                                                                                     
             
 

                

    Drogi jak na razie w świetnym stanie, mnóstwo nowego asfaltu, wszędzie praca wre, wielu Gastarbeiterów z całej Azji i Kaukazu. Jakoś Kazachstan nie chce za grosz pasować do wizerunku z “Borata”. Nie mamy też żadnych problemów z milicją, są bardzo grzeczni, nie wyciągają od nas kasy, nawet jak ewidentnie przekraczamy prędkość, to pokazując moje zdjęcie w mundurze zawsze wymigujemy się a to odblaskową koszulką a to kolorowym breloczkiem. Zdarza się że milicjanci jakoś nie mogą dać wiary mojej brodzie i jej braku na zdjęciu w paszporcie, sprawdzają wtedy namacalnie czy nie mam sztucznej:)

Docieramy do stolicy regionu zachodniego miasta Atyrau, gdzie dokonujemy obowiązkowej rejestracji w centrali byłej KGB podając za miejsce przebywania pierwszy przyuważony hotel czterogwiazdkowy w centrum miasta – nie możemy do kwestionariusza przecież wpisać prawdziwego adresu: Vitara kolor niebieski, namiot kolor khaki.

    W mieście przejeżdżamy most na rzece Ural, na którym znajduje sie symboliczna granica Europa- Azja. Wreszcie jesteśmy więc w Azji i mamy już tylko kilkaset kilometrów przez step żeby wjechać na właściwy Jedwabny Szlak. Drogi dalej są w dobrym stanie, ale pojawiają się coraz częściej fragmenty wyciętego asfaltu na idealnie płaskich trasach. Prędkość musimy mocno redukować żeby nie wpaść do takich niepoznakowanych wyrw. Tymczasem spotykamy coraz więcej “Bruców Lee”, gdyż każdy młody chłopak nie dość, że wygląda jak legendarny mistrz kung – fu, to jeszcze się tak nosi: wielkie okulary słoneczne rodem z lat siedemdziesiątych i podkoszulek wciśnięty do dżinsów. Jadąc tak wiele godzin na całkowicie pustej drodze w pewnym momencie zauważam na środku szosy siedzącego takiego jednego starego „Bruca”. Rozebrany do połowy i kompletnie pijany. Aga kierując ledwo go zauważa, w ostatniej chwili wymijamy delikwenta. Jesteśmy trochę jakby wyrwani ze snu – co to było? Skąd się wziął na tym pustkowiu, nie ma tu żadnych zwierząt ani zbudowań. Trzeba będzie unikać jazdy w nocy bo takie spotkania mogły by sie źle skończyć. Następnego dnia docieramy do granicy z Uzbekistanem – tu następuje zderzenie prawie cywilizacyjne, tu zaczyna sie prawdziwa Azja.


UZBEKISTAN


    Niestety granica „rabotajet” tylko w określonych godzinach, przyjeżdżamy na 15 minut przed jej zamknięciem więc nikt nas nie chce już przepuścić. A tu jutro Agi urodziny! Miały być spędzone w jakimś urokliwym miejscu na Jedwabnym Szlaku w romantycznej scenerii „tysiąca i jednej nocy”, w przyjemnej orientalnej karawansjerze. Nic z tego! Aga ma już nadętą minę, więc od razu lecę do przydrożnych sklepików sprawdzić czy mają jakieś trunki. Spędzamy więc nockę przy szlabanie granicznym pośród piasków ale za to z lokalnym zimnym piwkiem w ręku;) Towarzyszą nam handlarze samochodów, którzy na zlecenie przywożą wypasione fury z Europy bogatym klientom a to z Tadżykistanu a to z Afganistanu. Tak więc koło nas kilka 30-letnich Ład oraz nowy VW Tuareg i nowa Toyota Hilux. Rano znowu cztery godziny na tym malutkim przejściu, mimo że za każdym razem po otwarciu paszportu Agi mnóstwo wesołości, życzenia urodzinowe i w ogóle „ocień charaszo”. Po stronie Uzbeckiej jeszcze opłata zdrowotna “one dolar” i już wjeżdżamy na „Jedwabny Szlak”. Jesteśmy w republice o dźwięcznej nazwie Karakalpakstan. Przez pierwsze trzysta kilometrów nie ma nic tylko piach i jedna nitka zrujnowanego albo zasypanego piachem asfaltu. Co chwila trzeba w niego wjeżdżać i pierwszy raz od wyjazdu doceniamy większy prześwit pod autem od normalnych “plaskaczy”i nasze założone AT'ki z bieżnikiem fajnie sprawdzającym sie na piachu.

                                                   
          
                                                                                                                                                                                                

    Tak, to już początek pustyni Kyzył Kum, więc po przyjeździe do Chiwy – pierwszego miasta na naszym szlaku karawan Vitara wygląda jak po „oesie” na Rajdzie Faraonów czego się nie dotkniemy jest w piachu i pyle. W starej Chiwie zakochujemy się z miejsca – urocze miasto muzeum na wolnym powietrzu, pełne meczetów, medres, mauzoleów. Czujemy się tu jak w scenografii do “Baśni tysiąca i jednej nocy” albo co najmniej o Ali-Babie i Aladynie. Można tu godzinami spacerować pośród wąskich uliczek, ciemnych zaułków, wczuwając sie w niepowtarzalny klimat tego miejsca.

Ponieważ pozostał mały niesmak po kiepsko spędzonych urodzinach Agi zabieram ją do całkiem wypaśnego jak na tutejsze warunki hotelu na starym mieście. Jest wszystko jak należy, klima w pokoju, i wspaniała obiado-kolacja w cenie. Wyłożyli na stoły tak dużo żarcia i tak pięknie je podali, że nie mogę sie oderwać przez długi czas. Na koniec jeszcze z kilo winogron i mnóstwo zimnych soków. Nazajutrz niewesoło. Opuszczamy hotel bo tani nie jest i idziemy oglądać miasto, ale wracamy się zaraz z betami z powrotem i prosimy o ten sam pokój, żołądek daje mi mocno w kość, Aga więc sama zwiedza. Następna nocka nie przespana, cały czas sensacje żołądkowe, do tego wysoka gorączka, dreszcze. Ale co tam, nazajutrz jedziemy na pustynie zwiedzać starożytne forty Qou Qyrylghan Qala, trzeba przecież racjonalnie wykorzystywać czas. Wymeldowujemy się znowu z hotelu, i w drogę. Jednak już po kilkunastu kilometrach mimo czterdziestu paru stopni w aucie zlewa mnie zimny pot, pojawiają się mroczki przed oczyma i zaczynam odpływać. Szybko Aga przejmuje kółko, i z powrotem do Chiwy. Obsługa hotelowa trochę dziwnie się nas patrzy, po raz trzeci bierzemy ten sam pokój. Dzień znów miałem cały wyjęty.

    W miasteczku, jak na taką ilość atrakcji nie ma prawie wcale turystów, jak się już jakiegoś spotka to ciągle sie potem widzimy w kolejnych miastach Uzbekistanu. Niesamowite wrażenie robi największy niedokończony minaret na świecie Kalta Minor cały pokryty fantastyczną mozaiką, mauzoleum Pahlavona Mohammeda wielkiego myśliciela poety a zarazem zapaśnika i patrona tegoż miasta, wspaniały pałac chana Toshovli udekorowany genialnie ceramiką oraz wiele innych meczetów i medres. Całe miasteczko otoczone jest historycznymi murami z czterema bramami na wszystkie strony świata. To co jest wewnątrz murów sprawia wrażenie czegoś nierealnego, poza nami zostaje szarzyzna dnia codziennego kraju, wieczny brud, wszędobylskie śmieci, odrapane sklepy, zdewastowane przystanki, ulice w stanie rozkładu. Wewnątrz starej Chiwy przenosimy się o całe tysiąclecie wstecz, nie ma tutaj przypadkowych socrealistycznych budynków, wszystko jest z czasów średniowiecznej świetności miasta, tworzy jeden spójny klimat łącznie z drobnymi szczegółami i detalami. Drzwi i wrota do meczetów, medres ale i także do zwykłych budynków są istnymi dziełami sztuki, tak jak i pozostałe drewniane ornamenty różnych budowli. Wiele domów jest zbudowanych z popularnej tu do dnia dzisiejszego cegły błotnej tak więc całe miasto jest w kolorach pustyni a zachody słońca są niesamowitym przeżyciem. Brakuje tylko nawoływań Muezzina, które są zakazane przez prezydenta (czytaj ex- sekretarza byłej partii) Karimowa – chyba ma meczet koło swojej rezydencji i nie mógł rano się wyspać.

Po kilku dniach opuszczamy Chiwę i jadąc Jedwabnym Szlakiem skrajem Pustyni Kyzył Kum na wschód docieramy do Buchary. Drogi są coraz gorsze, momentami brakuje asfaltu i pomimo że jedziemy główną “krajówką” E 40 to czasami jest tylko szutr no i oczywiście klasyczna tarka. Po drodze zatrzymuje nas kilkakrotnie milicja, zawsze są jednak nastawieni bardzo przyjaźnie, nie wyłudzają pieniędzy, czasami damy im jakiś suvenir z naszego zestawu np. kolorowy breloczek który w Uzbekistanie ma duże wzięcie;) i to wszystko. Wygląda na to, że bardziej chcą sobie pogadać i pochwalić się swoimi kolorowymi pałkami milicyjnymi którymi machają we wszystkie strony co powoduje że w nocy takie zatrzymanie przez czwórkę milicjantów wygląda bardziej na wygłupy trupy cyrkowej:)

W Bucharze melinujemy się w jednym z najtańszych z hosteli bo tu już turystów sporo. Ceny więc momentami kosmiczne a w naszym hostelu ukrytym w labiryncie wąskich uliczek po 6 dolców od łebka jesteśmy sami. Miejsce jest bardzo urokliwe z zabudową kilkuset letnią, z pięknym dziedzińcem i matami na podłodze. Ciągle narzekający właściciel usiłuje być bardzo miły twierdząc że lubi Polaków, podobno jego mama ukrywała w tym domu polska rodzinę andersowców podczas wojny. Temperatury dochodzą tu już do apogeum podczas naszej całej podróży, w dzień jest 43-45 stopni i ciężko cokolwiek oglądać nie polewając się co chwilę wodą z hydrantów. Po jednej z takich akcji lokalny sprzedawca badziewia zaczepia mnie pytając:

Ponieważ nasza wiza Uzbecka kończy się, z Samarkandy jedziemy prosto na granicę z Tadżykistanem – meldujemy się na niej w ostatni dzień trwania naszych wiz. Tu znowu standardowo cztery godzinki, tony papierów i oczom naszym ukazuje się momentalnie inny krajobraz.


TADŻYKISTAN



    To najprawdziwsza prawda – dziewięćdziesiąt pięć procent powierzchni Tadżykistanu to góry. Od razu po wjeździe do tego kraju ukazują nam sie w oddali szczyty, na razie niewysokie, niepozorne. Jedziemy jeszcze po w miarę równym asfalcie, jesteśmy zadowoleni i błogo nieświadomi tego co ma nas spotkać jeszcze tego samego dnia i dalej, w całym kraju.

W pierwszym miasteczku Pandżikient przy lokalnej knajpce usiłuję dokonać naprawy lekko padniętego mechanizmu podnoszenia szyby ale po paru chwilach okazuje się, że mechanizm całkiem „załatwiłem” i już nie działa. Z pomocą kilku panów oraz szefa knajpki na zasadzie pomożecie? - kanieszno, pomożemy! podnosimy zablokowaną szybę i mocujemy ją tak, że teraz już będzie cały czas zamknięta. Nie zrażamy się tym wcale bo klimę mamy cały czas sprawną i naprawdę pomaga nam przetrwać najgorętsze chwile na trasie. No cóż, pierwsze kilkadziesiąt kilometrów wygląda bardzo obiecująco, ale już po dwóch godzinach zaczyna się to co tygryski lubią najbardziej – brak asfaltu i dróg. I tak już będzie prawie cały czas w tym kraju. Poruszając sie główną „międzynarodową” drogą szybko weryfikujemy nasze plany, do stolicy dziś nie zajedziemy, jutro też nie, w sumie to przestajemy planować. Z każdym kilometrem nabieramy wysokości i coraz to większych obaw czy zdążymy przejechać i zobaczyć to co najciekawsze w Tadżykistanie. Chyba odpuścimy sobie najwyższą na świecie zaporę Rogun o wysokości 335m, do której dojazd też pewnie zajął by sporo czasu.

    Nazajutrz spotykamy kilku plecakowiczów – młodych francuzów i postanawiamy wspólnie, że pojedziemy nad górskie Jezioro Iskander Kul położone na 2195 m.n.p.m. Do naszej szczelnie upchanej Vitarki nawet mysz by sie wcisnęła, więc Francuzi prują ostro w górę wynajętym, zamęczonym Tico. Nad jeziorem widoki są cudowne - góry odbijające się w tafli jeziora, wzburzony wodospad. Nad jeziorem zajeżdżamy do „Tur Bazy” i jesteśmy przez administrację witani „chlebem i solą” tyle że zamiast chleba jest tadżycka wódka zamiast soli baranina i owoce. Najpierw podchodzimy do tego z pewną rezerwą – oho, zaraz nas tu ładnie podliczą, tylko wpierw trochę napoją. Francuzi mają podobne obawy, ale w mig wszystkie zostają rozwiane, po tym jak szef oferuje nam bezpłatne rozbicie się gdzie chcemy na teranie jego „ośrodka”. Później jeszcze nie raz będziemy sie spotykać z serdeczną gościnnością Tadżyków, bezinteresownym dzieleniem się wszystkim.

Wracamy w dół w stronę głównej „drogi” i kierujemy się w stronę stolicy.

    Przed wysoką przełęczą Anzab okazuję sie że Chińczycy całe dnie pracują przy budowie tunelu i jest on przejezdny tylko od późna wieczór do świtu. Nie udaje nam sie wstrzelić w te godziny. Jedziemy więc poprowadzonym objazdem czyli wspinamy się w pyle i kamieniach na 3370 m.n.p.m., gdzie po kilku godzinach jazdy oddychamy już zimnym powietrzem i myjemy się w górskim strumieniu w lodowatej wodzie. Ta kąpiel jest powodem lekkiego uszczerbku na naszym zdrowiu – ale co tam, jakoś trzeba sie zaaklimatyzować:)

W końcu dojeżdżamy do stolicy Duszanbe – co w lokalnym języku oznacza poniedziałek i znowu przeżywamy lekki szok. Na 20 km przed miastem zaczął sie nowy asfalt, na nim poruszają się głównie wypasione Lexusy, Audi Q6 i tym podobne wozy. Wydaje sie być pięknie. Droga wije się pośród gór i setek eleganckich restauracji, przez moment myślimy że to Szwajcaria- cóż, kontrastów w Azji Centralnej nie brakuje. Sama stolica to raczej ohydny zlepek molochów, śpimy więc w namiocie na przedmieściach a w centrum załatwiamy biurokratyczne sprawy. Nasycenie Duszanbe w milicje sięga chyba 10 funkcjonariuszy na 100 m2. Co chwilę zatrzymują nas patrole, a przejechanie głównego prospektu Rudaki może trwać nawet całe godziny. Trochę tym już znudzeni robimy sobie pamiątkowe zdjęcia w większości z miło nastawionymi milicjantami. Jeden jednak jest bardzo upierdliwy. Czepia się że auto jest brudne. Oni mają tu takie zboczenie narodowe żeby wszystkie auta myć przed wjazdem do miasta, jest mnóstwo myjni a milicja potem łapie niedomytych i wlepia im mandaty. Po zatrzymaniu nas oficer osobiście przejeżdża palcem po naszej karoserii;

- nu szto? brudny!!
- ależ Panie Ofycjer, my myli awtomaszine ale u was takije drogi i on znowu brudny!

- Nie charaszo, budut sztrafa! Pasmatrii – wot i Kamaz – czysty!, a eto Ził toże czysty!

Po takiej argumentacji nie mam już nic do powiedzenia sięgam więc po „jokera” – moje zdjęcie, Aga wyjmuje dwie odblaskowe kamizelki i po paru chwilach milicjanci poubierani w kamizelki z napisem „grupa szybkiego reagowania” machają nam na dowidzenia.

    W stolicy obieramy kierunek południowy – Afganistan. Mamy wizy, plan podróży po północy tego kraju z główną atrakcją kolorowym Mazar E-Sharif. Żadnych złych newsów odnośnie sytuacji w Afganistanie nie słyszeliśmy aczkolwiek dochodzą nas głosy że z racji zbliżających sie wyborów może robić sie „gorąco” w całym kraju. Na granice docieramy po całodziennej podróży. Jeszcze przed granicą wysoki rangą milicjant registrujący nas jowialnie upomina się o jakiś „podarok”. Szybki przegląd naszego zestawu do rozdawnictwa uświadamia nam, że bardzo niepotrzebna jest niewygodna poduszka samochodowa pod plecy, której nie stosujemy gdyż przynosi tylko odwrotny efekt. Gdy milicjant zobaczył co niosę w rekach dla niego, ucieszył sie z daleka jak dziecko – kakij balszoj podarok! Spasiba bolszoje, sciastliwa!

    Niestety na samej granicy nie było już zbytnio sciastliwa. Niczego nie podejrzewając odprawiamy się po stronie tadżyckiej. Zaniepokoiło nas tylko oficjalne pismo z poprzedniego dnia żeby odradzać wjazd do Afganistanu obywatelom z poza WNP z powodu wzmożonej aktywności talibów w tym rejonie. Wjechaliśmy już na stronę Afgańską, po czym spotykamy dwójkę Polaków, plecakowiczów Michała i Ewelinę, którzy po jednym dniu pobytu wyjeżdżają z tego kraju. Na świeżo opowiadają nam że w pierwszej przygranicznej wiosce w nocy była strzelanina, Talibowie zaatakowali posterunki policji i nie wolno żadnemu przyjezdnemu samemu poruszać się po wiosce i drogach. Pogranicznik Afgański dodaje do tego że droga do pierwszego miasta Kunduz jest od obiadu zamknięta. Wojsko i policja nie puszcza nikogo gdyż nie ma wystarczających sił na ochronę drogi - a do obiadu jazda odbywa się również na własne ryzyko. Po takich informacjach wystarcza nam tylko rzut oka na nasza Vitarę, która jakoś nie chce przypominać lokalnych wehikułów i wtapiać sie w afgański motoryzacyjny pejzaż. Decyzja jest jedna- zawracamy. Zajęło nam to prawie cały dzień bo akurat będąc pomiędzy posterunkami granicznymi zaczęła sie dłuuuuuga przerwa obiadowa ale jest nam wszystko jedno, wiemy że decyzji nie zmienimy. Tak więc zmiana planów, z powrotem wracamy się do Duszanbe skąd będziemy kontynuowali podróż dalej na wschód w stronę wytyczonych jeszcze przed wyjazdem celów – Doliny Wakhan i Pamir Highway.


Jadąc dalej na wschód docieramy do rzeki Panj – granicy z Afganistanem i od tej pory jedziemy w górę jej biegu w stronę miasta Khorog- wrót do doliny Wakhanu.

    Pomimo że poruszamy sie cały czas drogą międzynarodową M-41, dalej jest to szutr i kamienie, czasami bardzo spore, świeżo osunięte ze zboczy. Nie gnamy naszej Vitki w szaleńczym tempie, gdyż wiemy że dla niej off road dopiero sie zacznie i na razie ma się spokojnie przyzwyczajać. Niektóre przepaście i bliskie spotkania z Ziłami i Kamazami też studzą nasze zapały. Filtr powietrza to wymieniamy to wytrzepujemy – non stop jest zapylony. Z braku wymiennych filtrów paliwa benzynę wlewamy filtrując ją najpierw przez sitka malarskie – zbiera sie tam co chwile niezły syf.

Miasto okazuje się małą dziurą z obowiązkowym pomnikiem Lenina w centralnym miejscu i jeszcze jedną, ostatnią stacją paliw z prawdziwego zdarzenia – bo dalej juz tylko paliwo z butelek. Tankujemy więc wszystkie kanistry, gazu tu już „nieto” a i paliwo droższe, im dalej w odludzia tym bardziej jest towarem deficytowym. Z tego miejsca zaczyna się słynna Pamir Highway, na której jest stary asfalt i jedzie sie nią dosyć komfortowo. My wybieramy jednak podrzędną drogę przez dolinę Wakhan czyli podobno najciekawszy i najbardziej malowniczy kilkuset kilometrowy odcinek w Tadżykistanie.

    Miłymi przystankami okazują sie być odwiedziny w gorących źródłach których tu nie brakuje. Bardziej znane Bibi Fatima mają nawet całkiem niezłą infrastrukturę jak na tutejsze warunki, można się po gorących kąpielach schłodzić zimnymi trunkami:) Kąpać się można w specjalnie przygotowanych skalnych pomieszczeniach męskich, żeńskich ale po dorzuceniu paru somani można dostać prywatną bardzo „klimatyczna” komnatę z basenem z termalna wodą. Woda tu jest bardzo gorąca, ma około 60 stopni i ciężko dłuższą chwile tu wytrzymać.

Na ochłodę oprócz zimnego piwka na trasie wyłania się ośnieżony sześciotysięczny Pik Majakowskiego, pojawia się też ostatnia duża wioska Iszkaszim, gdzie robimy jeszcze zapasy prowiantu.

    Dolina Wakhan to chyba najpiękniejsza jaką udało nam się do tej pory zobaczyć, ale również chyba najbardziej posępna i księżycowa. Momentami jest bardzo szeroka a olbrzymie nagie góry wyrastające zarówno po stronie afgańskiej jak i tadżyckiej powodują skojarzenia z jakimś kosmicznym szlakiem olbrzymów. W Afganistanie, po drugiej stronie rzeki rozpościera sie pasmo Hindukusz, czyli dosłownie „Zabić Hindusa” a przed nami najwyższy jego szczyt oraz całego kraju, siedmio i pół tysięczny Nawszak.

    Zjeżdżamy z drogi w dolinie i wbijamy na ścieżkę by dostać się do ruin fortecy Abraszim Qala. Po zapięciu napędów oraz reduktora dajemy w górę i męczymy Vitarkę bez pardonu, ale po kilku kilometrach i tak nasza dróżka kończy się więc musimy, zostawiwszy wóz, dalej iść piechotą. Po paru dłuższych chwilach ukazuje się nam forteca Abraszim czyli „Jedwabna Forteca” wybudowana by bronić Jedwabnego Szlaku przed łupieżcami zarówno chińskimi jak i afgańskimi. Z fortecy roztacza sie wspaniała panorama na dolinę – stąd można godzinami oglądać cudne widoki. Zjeżdżamy w dół już w ciemnościach, nie pamiętamy w ogóle drogi którą tu wjechaliśmy! Z duszą na ramieniu ześlizgujemy sie po kamieniach, bruzdach przez jakieś pola, niekoniecznie uprawne, i wpadamy w koryto małej rzeki, której nie dostrzegliśmy. Auto zawisło niewesoło. Po kilku próbach rozkołysania wyślizgujemy sie jakoś ale oczywiście jeszcze zdążam przywalić przodem w skarpę efektem czego jest zerwany dolny halogen który od razu gdzieś odpłynął z nurtem. Ale co tam, mamy przecież drugi.

W dolinie ponownie doświadczamy gościny miejscowych. Zawsze jesteśmy witani czym „chata bogata” czyli głównie kartoflami. W wyniku zainteresowania pasterzy naszą Vitarką zachodzimy do wiejskiego pamirskiego domu, gdzie okazuje się, że gospodarz jak większość spotkanych tu mężczyzn w „dojrzałym” wieku służył na obrzeżach ZSRR lub w satelickim państwie Układu Warszawskiego, tym razem na północy ojczyzny przy granicy z Norwegią. Siadamy na matach koło zaszczytnego miejsca tzn. podestu na którym stoi telewizor, który jednak nie jest wykorzystywany bo trzeci stopień zasilania nie pozwala żeby funkcjonował. Dowiadujemy się że w zimie najczęściej prądu w ogóle nie ma. Konwersacje obyczajowo- polityczne trwają w najlepsze a gospodyni wnosi na stół kartofle z makaronem. Po tak miłej gościnie chcemy się jakoś zrewanżować. Pytamy o to gospodarza ale on drapiąc sie w głowę mówi żebyśmy spytali gospodyni. I to był nasz błąd. Kobieta czując że może sie teraz wykazać, wstydu nie mając, rzuca kwotę która ścina nas z nóg. Proponujemy połowę mniejszą która jednak i tak jest bardzo duża, ale cóż – mamy teraz nauczkę żeby takie kwestie omawiać zawsze wcześniej i to z mężczyznami. Tego dnia jesteśmy jeszcze w dwóch domostwach, tym razem bez żadnych zaskoczeń;)

    Jadąc dalej na wschód mijamy jeszcze kilka wiosek, oglądamy ruiny fortów oraz wiele miejscu kultu Ismailitów, niewielkiego odłamu Islamu, którego wyznawcy żyją w Indiach, USA i Tadżykistanie. Stawiają oni przy drogach i w górach pięknie udekorowane olbrzymimi rogami górskich kozłów ołtarze. Za punktem kontrolnym w Kargusz droga zaczyna się piąć mocno w górę, kamienie i dziury na szutrowej drodze stają się coraz większe, jedziemy przełęczą na wysokości 4340 m.n.p.m.. Nasza prędkość spada czasami do kilkunastu kilometrów na godzinę, zamiera praktycznie ruch kołowy, w ciągu całego dnia mijamy się tylko kilkakrotnie z jedną starą Ładą Nivą. Kierowca jej masakruję maszynę prując z zawrotną prędkością nad przepaściami ale co chwile zatrzymują się, cała rodzina wysiada z auta i robią mały „remontik”. Po czwartej takiej mijance raz oni nas, raz my ich wydaje się nam że jedziemy z nimi tak od Polski i że zaraz ktoś kogoś będzie pchał albo holował.

   

    Po Kilkudniowej trasie doliną Wakhanu dojeżdżamy do Pamir Highway ale od razu ją opuszczamy i jedziemy jeszcze na parodniowy off road nad słone jeziora JasziKul oraz BulunKul. Niestety brak jest jakiejkolwiek drogi, kluczymy po na wpół wyschniętych słonych jeziorach, momentami Vitarka wydaje się być na skraju możliwości mimo pozapinanych napędów i reduktora. I już już wydawało się że przejechaliśmy bezpiecznie usiane głazami białe solne nabrzeża, aż tu nagle zza skał wyłania się ktoś na osiołku szczelnie opatulony od stóp do głów, ma piękną chustę obszytą cekinami połyskującymi w słońcu, z daleka wygląda jak dyskotekowa kula, widać tylko oczy. Chwila zagapienia i najeżdżam na wielki głaz na którym Virtarka zawiesza się rozpaczliwie. Zrywamy szpilkę kolektora, uszczelka wysuwa się spod dwururki oprócz tego słychać że coś świszczy - przewód z klimy. Cholera jasna! Gaz uciekł z instalacji, wiec klimy już nie mamy. Mam za to nadzieję, że nic więcej nie poszło. Odludzie kompletne, słone jeziora i góry, podczas całego dnia spotkaliśmy tylko matkę z dziećmi w jakieś zrujnowanej osadzie, gdzieś pośrodku księżycowego krajobrazu oraz to dziewczę teraz na osiołku, przez które chyba tu zostaniemy. Stoimy tak z rozdziawionymi gębami, a to ono oddala się niczym zjawa na osiołku gdzieś donikąd. Cóż, podrapawszy sie po głowie przypominamy sobie że mamy jeszcze całe Russkoje – Igristoje z Petersburga, które nie poszło podczas urodzin Agi:) Dobywamy go z plecaka i rozlewamy do blaszanych kubków. Po takim rozładowaniu atmosfery zabieram sie za przykręceniu obwisłego wydechu, teraz przynajmniej będzie słychać nas z daleka w razie bliskich spotkań z pasterzami i osiołkami gwałtownie wyłaniającymi i się zza zakrętu.

    Jak tylko sie da, korzystamy w osadach z gar kuchni oraz wiejskich gospód, żeby poznać jak najwięcej lokalnych specjałów. Czasami mamy jednak dość. Nad jednym z jezior w strasznych podmuchach wiatru gotujemy sobie spagetti wygrzebane z zapasów z polski mając już troszkę dość baraniny pod wszelakimi postaciami. Tak nam zasmakowało że teraz nasze krajowe zapasy szybką będą topnieć – czasami stanowią fajną odskocznie od baranich wyrobów. Śniadań zaś, składających sie z lepioszki, mlecznej czakki oraz max słodkiej herbaty nie zastąpią nigdy.

Korzystając z kolejnych gorących źródeł tym razem w ogóle nie zagospodarowanych, spotykamy parę Izraelczyków którzy bardzo utyskują na trudne warunki poruszania sie po Tadżykistanie z powodu braku publicznego transportu w kraju. Rzeczywiście własne terenowe auto w tym rejonie Azji bardzo sprawdza się,. Jesteśmy niezależni, jedziemy gdzie chcemy;)


    Nasza wiza tadżycka kończy się dramatycznie szybko. Wjeżdżamy więc teraz już definitywnie na Pamir Highway i jedziemy nią na wschód w stronę Kirgizji. Robimy przystanek w ostatnim w Tadżykistanie miasteczku Murghab, gdzie można już zaobserwować żyjących wielu napływowych Kirgizów. Jesteśmy cali zapyleni i spoceni po ostatnich off roadach szukamy więc publicznej bani. Kluczymy trochę, pytamy milicjantów i w końcu jest! Tak ale zamknięta. Cóż nasza nieśmiertelna miska posłuży nam jako wanna również dzisiaj. Opuszczamy więc szybko miasteczko, i jedziemy dalej „Pamirską Szosą” by po kilku godzinach osiągnąć najwyższy punkt na całej trasie – przełęcz Akbajtal. Na 4650 m.n.p.m. Vitarka troszkę sapie i jest coraz głośniejsza. Jest już wyraźnie chłodniej a nasz GPS nie wiedzieć czemu wskazuje jeszcze większą wysokość niż napisy na oznaczeniach przy drodze. Na przełęczy robiąc sobie pamiątkowe zdjęcie, podbiegają dzieciaki z pobliskiej chaty, dzielimy więc resztkę polskich cukierków i z podziwem patrzymy na ich harce w tym lekko rozrzedzonym powietrzu.

Na noc docieramy do osady nad pięknym jeziorem Karakol jednym z najwyżej położonych słodkich jezior w Pamirze ( 3915 m.n.p.m.) O kąpieli nie może być jednak mowy, temperatury są niezbyt sprzyjające. Postanawiamy że jednak tym razem umyjemy się porządnie w bani – a co tam musi gdzieś być!

    Noc spędzamy w domu Kirgizów gdzie gospodarz dumnie trzyma na honorowym miejscu swoje zdjęcie z wojska z 1974 ze służby na terenie dzisiejszej Ukrainy i z rozrzewnieniem wspomina stare dobre czasy. Pełny sukces - jest bania! Co prawda czekamy sporo aż się woda zagrzeje, ale w końcu idziemy do szopy w której zlokalizowana jest cała”aparatura” tzn beczka z gorącą woda, beczka z zimna wodą oraz naczynia do polewania. Aga nie może juz wytrzymać i idzie pierwsza, ale w bani napotyka gospodarza. Wszystko na szczęście kończy sie tylko na całusach w policzki od napalonego gospodarza, po chwili więcej już nam nie przeszkadza w myciu się.

W osadzie zatrzymuje się też wielu rowerzystów, których często spotykamy w Pamirze; Ze Szwajcarii, z Francji, z Niemiec. Jadą na dwóch kółkach z Europy przez Azję Centralną i nie raz dalej do Chin czy Mongolii. Szacun!

    Następnego dnia po paru godzinach meldujemy sie na granicy z Kirgizją na pięknie położonej przełęczy Torugart (4280m.n.p.m.) Samo przejście to kilka baraków, ale za to w przepięknej scenerii. Celnicy Tadżyccy to wyluzowane młode chłopaki w ciemnych okularach i zajefajnych lotniczych kożuchach, sprawiają miłe wrażenie. Okazuje się jednak że to tylko wrażenie. Po wyjściu z jednego z baraków z paszportami i stertą innych papierków oczom moim ukazuje się taki widok: trzech chłopa grzebie w aucie, Aga stoi na zewnątrz i nie potrafi zbytnio nad tym zapanować. Grzebią we wszystkich torbach i w każdym zakamarku auta, są jednak bardzo mili, trochę stępia nam to czujność. Dostajemy od jednego na pamiątkę piękny wielki róg kozła, którego nie ośmielibyśmy się samemu wziąć, wiedząc że lokalni wykorzystują je tu do budowy swoich górskich ołtarzy i kapliczek. Celnik twierdzi jednak że mamy go brać, nie będzie z tym żadnego problemu. Weseli odjeżdżamy w dół przez strefę ziemi niczyjej do Kirgizji, ale po pewnym czasie coś nam sie nie zgadza. Cholera, okradli nas! Podwędzili nasz wyprawowy scyzoryk oraz plastikowy pierścionek który Aga dostała w Uzbekistanie od jednej miejscowej młodej piękności z gar- kuchni. A niech ich!Już mieliśmy o nich takie dobre zdanie. Cieszymy sie jednak że nie zrobili akcji z porzuceniem czegoś i potem niefortunnym „odnalezieniem” - mogło by sie to dużo gorzej dla nas skończyć. Mamy teraz za to nauczkę żeby nigdzie nie zostawiać „bez opieki” samotnie dokonujących swoich czynności celników.




KIRGIZJA


    W pierwszym Kirgiskim mieście Sary-Tasz uzupełniamy zapasy paliwa, już tańszego niż w Tadżykistanie i podziwiamy piękną panoramę Piku Lenina najwyższego szczytu Pamiru. Znów spotykamy Michała i Ewelinę poznanych na granicy afgańskiej, od teraz nasza podróż często będzie się przecinać z ich szlakami. Podobnie jak w Tadżykistanie cały kraj to góry ale jednak inne; krajobrazy alpejskie, mnóstwo zieleni no i Kirgizi mieszkający w swych jurtach, poruszający sie głównie konno. Pogoda również się zmienia, dopadają nas pierwsze ulewy które rozmywają dopiero co utwardzane przez Chińczyków drogi. Obozy rozbijamy na pastwiskach, dzisiejszy przed miastem Osz nad krystalicznie czystą rzeczką. Pomimo niezbyt wysokich temperatur rano nabrawszy do miski wody z górskiej rzeki po godzinie na słońcu jest ona prawie gorąca, możemy się więc dokładnie wraz autem umyć ze skalnego tadżyckiego pyłu, który jest wszędzie.

    Rano Vitarka nie chce odpalić a próby przepchnięcia jej przez pastwisko spełzają na niczym. Dopiero z pomocą gromady dzieci wychodzi odpalenie na pych, co bardzo raduje zarówno młodych pastuszków jak i nas. Akumulator jednak rozładowuje się coraz bardziej i co chwilę mamy problemy z odpalaniem. Dojechawszy do miast Osz postanawiamy poszukać jakiegoś elektryka żeby sprawdził o co chodzi. Zostawiamy samochód na głównej ulicy i udajemy się w poszukiwania warsztatów. Szybko okazuje się że „niet problema” – jest duży warsztat, który będzie mógł nam pomóc. Wypychamy więc Vitarę na ulice z pomocą kilku przechodniów i próbujemy ją odpalić. Nic z tego – ciągle mi gaśnie, po chwili widzę w lusterku że Aga sama pcha auto, tamci panowie już sobie odpuścili. Pchamy go tak na zmianę główna ulicą powodując małe zamieszanie, w końcu za kółko wskakuje jakieś dziecko i kieruje auto w odpowiednią bramę na warsztaty samochodowe. Zziajani i wymęczeni docieramy w końcu do elektryka, który od razu bierze sie do roboty. Korzystając z „taniej siły roboczej” naprawiamy też kolektor wydechowy którego nie zdążyliśmy na dobra sprawę naprawić przed wyjazdem w Polsce. Płacimy kilkakrotnie mniej niż u nas. W Osz spędzamy miłe chwile z Eweliną i Michałem, którzy podróżują podobnym tempem i razem z nimi śpimy u naszego mechanika który widząc że nie bardzo mamy gdzie się podziać, po jego fajrancie zaprosił nas do swojego domu. Nazajutrz poznaję jeszcze rodzinę drugiego mechanika z warsztatu a Aga jak to Aga zna już wszystkich pracujących na placu.

    Osz to bardzo miłe miasteczko ale nie ma w nim za dużo do zwiedzania oprócz kolorowego targu w typowo azjatyckim stylu. Gdy auto jest już ponaprawiane wyjeżdżamy w stronę stolicy. Po drodze pokonujemy kilka przełęczy już nie tak wysokich jak w Tadżykistanie, gdzieś na wysokościach 3000-3300 m.n.p.m. z pięknymi widokami na zielone połoniny i ośnieżone szczyty. Krajobrazy jak z bajki do tego jest asfalt na drodze!! Znów przez chwilę czujemy się jak w Austrii czy Szwajcarii. No może nie tak do końca, bo w Europie nie dostaniemy przy drodze kumysu i innych „smacznych inaczej” specjałów z mleka zarówno kobylego jaki owczego. Przyglądamy sie procesowi powstawania kumysu czyli jego pierwszej części: dojenie kobyły, później po dodaniu zjełczałego masła fermentuje to na słońcu w owczej skórze przez parę tygodni. Aga po pierwszym łyku kumysu chce go zwracać, dla mnie w ostateczności „możiet byt” dziwne uczucie tych paru procent alkoholu w lekko śmierdzącym „koktajlu”. Pani która się wygramoliła z jurty z butelkami tego świeżego lokalnego przysmaku mówimy że jest wspaniały.

Za to ajran – czyli nasze zwykłe zsiadłe mleko bez żadnych dziwnych zjełczałych dodatków jest bardzo dobre. Do tego kosztujemy wyśmienitego miodu górskiego i dżemów od wioskowych gospodyń. Po drodze oglądamy jedenastowieczną wieżę Burana, ale jest mocno przereklamowana. Z braku wielu historycznych obiektów na terenie Kirgistanu każdy obiekt niekoniecznie z wielka historią urasta tu do atrakcji. Na naszej trasie znajdują sie również termalne źródła w Dżalalabad gdzie oczywiście zdążamy ale na miejscu okazuje się że nie doczytaliśmy zbytnio, owszem źródła są ale woda jest tylko do picia nie do kąpieli.

Stolica nie wydaje sie być dość interesująca, może poza wielkim śmiesznym muzeum w stylu soc- real, w którym całe piętro jest poświęcone rewolucji i jej wodzowi. Wieczorem w centrum miasta gromadzą sie tłumy miejscowych żeby podziwiać wspaniale podświetlone fontanny – odrobina kiczu wśród wielkich post radzieckich prospektów. Przynajmniej w mieście jest duża publiczna bania, z której to często korzystamy, noclegi zaś podobne jak zawsze spędzamy na poboczach dróg pod miastem.

Z Biszkeku obieramy kierunek dalej na wschód nad jedną z głównych atrakcji Kirgizji – nad olbrzymie jezioro Issyk Kul. Słyszeliśmy, że jest ono bardzo malownicze zarówno od północy jak i od południa. Zapuszczamy się więc na obydwa przeciwległe brzegi. Północny okazuje się być okupowany przez nielicznych turystów z Rosji i Kazachstanu za to z ładnymi plażami, południowy zaś bez jakiejkolwiek infrastruktury turystycznej bardzo przyjemny i spokojny. Widoki nad jeziorem jak z pocztówek wzięte – z nad tafli jeziora w oddali wyrastają całe masywy ośnieżonych szczytów. Znak ze zbliżamy sie do kolejnego azjatyckiego pasma Tien Szan.

Jeżdżąc tak sobie po Kirgizji co jakiś czas jesteśmy zatrzymywani do kontroli, do rejestracji na czek-pointach oraz przez zwykła drogówkę. Jeden z patroli drogówki przyczepia się że nie mamy włączonych świateł, i milicjant zabiera sie do wypisywania mandatu. Na to Aga już nie wytrzymuje, wyskakuje z samochodu i pokazując inne auta wrzeszczy na oficyjera - Kak to ? Ten toże bez świateł! O i ten też ! O i tamten toże!! Milicjant jakiś zrobił się wystraszony, że mu tu kobita wymachuje przed oczami, oddaje dokumenty i pokazuje żebyśmy jechali. Teraz już wiemy że tu w miastach jeździ się bez świateł a poza nimi na włączonych.

Jako bazę na wypad w Tien Szan przyjmujemy miasteczko Karakol, gdzie liczymy na liczne atrakcje z racji zbliżającego się głównego święta państwowego - Dnia Niepodległości. W międzyczasie z Karakol udajemy sie na kolejną przygodę off roadową do położonej wysoko w górach osady Altyn Araszan. Zapytani lokalni jak duże widzą szanse że wjedziemy tam naszym autem odpowiadają – kakaja to maszyna – japońsjkaja? Pojedziesz, niet problema. Spotkany Austriak na quadzie ze swoja żona Kirgizką patrzy jednak krytycznie na nasze auto, nasze AT'ki i mały prześwit, twierdzi że będą problemy szczególnie jak spadnie deszcz. Nie martwimy sie tym zbytnio patrząc na bezchmurne niebo, nie myślimy jednak że gość będzie miał racje – przecież to góry i pogoda może zmienić sie w ciągu paru minut. Na razie jednak pełni „wiary w Vitary” pół dnia pokonujemy piętnastokilometrowy odcinek po głazach naszą ciągle grzejącą sie maszyną. Na górze uzupełniamy płyny chłodzące (tak w aucie jak i w nas samych:) i oddychamy z ulgą, uffff wjechać to się udało...

Jest już po sezonie więc o żadnych „tłumach” nie ma mowy. Kilku plecakowiczów szykujących się do wyjścia w góry, to wszystko. Zostajemy tu na parę dni, postanawiamy że Aga odpocznie w namiocie a ja udam się na treking do górskiego jeziora Ala-Kol. Pogoda jest piękna, widoki fantastyczne.


    Nic nie wskazuje na to, że wyjście zapamiętam na długo. Wychodząc z namiotu o piątej rano okazuje się że aura zaczyna się psuć, jest zero stopni i zaczyna padać. Nie wiem dokładnie gdzie leży to jezioro, mam tylko kilka orientacyjnych informacji od miejscowych. Idę doliną wzdłuż rzeki przed siebie, wszystko jest podmokłe, wpadam co chwilę po pół łydki w błotne grzęzawiska. Idę tak i idę kilka godzin aż wreszcie dolina rozdwaja się i trzeba wybrać drogę. Wybieram drogę na zachód, gdzieś tam w górze miało być jezioro. W tym celu musze przekroczyć górską rzekę Araszan, nie ma na niej żadnych kładek a jest cholernie rwąca i zimna. Jest tak wzburzona że głębokości nawet nie da się ocenić. Chodząc wzdłuż brzegu przyciągam kawał starego drzewa i z wielkim trudem jedną jego cześć wywracam na drugi brzeg, szczęśliwie konar blokuje sie miedzy głazami. Wchodzę do rzeki ale okazuje sie że jest tak rwąca że od razu mnie wywraca pomimo trzymania się konaru. Wychodzę i rozbieram się wiec, wszystko po kolei przerzucam na drugi brzeg nie dając już sobie w ten sposób możliwości zrezygnowania z przeprawy. Na sobie mam tylko mały plecaczek z prowiantem. Próbuje ponownie, woda jest lodowata, wrzeszczę z zimna czując że zaraz mi wszystko odmrozi. Już myślałem, że będzie w porządku, jak tu nagle okazuje się że na środku rzeczka jest dużo głębsza i narowista. Tracę grunt pod nogami a prąd wywraca mnie momentalnie na plecy. Dodatkowo widzę jak na przeciwległym brzegu nurt wyrywa z kamieni konar którego sie trzymam. Perspektywa nie wesoła, już w ogóle nie czuje zimna, rzucam się ostatkiem sił na kamienie i przywieram do nich. Nurt wyrywa konar, którego się kurczowo trzymałem i porywa go momentalnie. Gramolę sie na brzeg cały mokry ale zadowolony, że nie odpłynąłem z tym kawałem drewna w dół rzeki.

    O podeschnięciu jednak nie ma mowy bo co chwilę pada. Idę w górę, nie ma kompletnie nikogo, żadnych pasterzy i ich zwierząt, nie bardzo wiem w którą trzeba iść stronę. Przede mną wysoka góra, zaczynam więc na nią wchodzić . Jest bardzo ślisko i stromo, muszę iść na czworakach chwytając sie traw i później kosodrzewiny. Po kilku godzinach mam lekko dość, a szczytu nie widać. Na szczęście rozpogodziło się i miło grzeje słońce. Po południu stwierdzam wg GPS, że zrobiłem już z tysiąc siedemset metrów przewyższenia, a tu jeziora jak nie ma tak nie ma. Wokół mnie śnieg i skały. Na zdjęciach u ludzi widziałem jednak, że jezioro jest w podobnej scenerii, postanawiam przejść jeszcze kilka progów skalnych, mam nadzieje że za nimi ukaże sie tafla jeziora.. Tymczasem widoki na Pik Pałatkę i lodowce pod nią są genialne, jak z jakiegoś landszaftu, nitki rzeki Araszan wypływające wysoko spod lodowca i wpadające w dolinę. Wszystko mam jak na dłoni przed sobą. W dolę widzę polujące świstaki, w powietrzu krążą orły i myszołowy, które co chwilę pikują ostro w dół do doliny. Nie potrafię się wspinać, żeby przejść kolejne skały muszę w śliskich butach co chwilę ujeżdżając wdrapywać sie na kolejne kamienne formacje.

Po jakiś dwu godzinach odpuszczam. Jestem już na szczycie, jeziora jak nie ma tak niema. Mam jednak problem, w dół jest pionowa ściana, a nie potrafię stwierdzić przez którą skałę się tu dostałem bo wszystkie wyglądają identycznie. Do tego zaczyna padać deszcz ze śniegiem i grzmi. Wszystko momentalnie zasłania się czarnymi chmurami. Przerażony nie patrząc w dół, próbuję wspiąć się na cokolwiek żeby móc tą sama trasą wycofać się z wierzchołka. Plecak spada mi gdzieś w przepaść, nie da się postawić nigdzie nogi bo co chwile ześlizguję się, wczepiam sie w skałę ale palce mam zbyt zgrabiałe i nic z tego nie wychodzi. W panice po godzinie mocowania się ze skałami odnajduje te którymi tu się dostałem, i powoli cały poobdzierany wycofujęsię.

    Tymczasem burza rozpoczęła się już w najlepsze, koło mnie walą co chwile pioruny, hałas że ogłuchnąć można. Po przejściu skał stwierdzam, że będę schodził w dół na czworaka chyba całą noc a tu jeszcze te grzmoty. Ale wystarczyło, że piorun walnął w skałę powyżej mnie gdzie jeszcze przed chwila się czołgałem, nie zastanawiając sie siadam na tyłku i zaczynam zjeżdżać w dół. Masakra, po chwili mam już całą dupę pociętą, spodnie jeden strzęp, co chwilę zahaczam o coś, i muszę wyhamowywać. Jeden piorun walnie w góry, ja od razu dostaję przyśpieszenia i coraz szybciej zsuwam sie w dół. Odcinek, który wchodziłem pięć godzin, w dół zajmuje mi czterdzieści minut. Na dole cały przemoczony i podrapany wynajduje sobie gałęzie i przeklinając że nie mam kijków, z tyłkiem na który nie mogę teraz nawet usiąść pędzę w dół doliny. Uffff, w końcu dochodzę do osady, mam już nie źle dość, dobrze że Aga zrobiła mi herbaty do termosu, ściągam wszystkie ciuchy i padam spać jak zabity, ale oczywiście na brzuch;)

    W dzień temperatura zbliżyła się po raz kolejny do zera wiec znów raczymy się kąpielami w gorących źródłach które ostatni raz podczas tej podróży dane nam jest spotkać. W nocy przetaczają się burze, całą noc wiatr smaga niemiłosiernie namiot w strugach deszczu, parę razy myśleliśmy że odfruniemy wraz z nim. Nazajutrz cała droga tonie w błotnistych kałużach a wszystkie kamienie i głazy zrobiły sie wstrętnie śliskie. Z ledwością udaje sie nam pokonać drogę w dół, z napędami i reduktorem, Aga cały czas musi mnie pilotować przed wozem oraz sprawdzać kijem głębokość rozlewisk. Nie obyło się oczywiście bez gięcia blachy, tym razem drzwi nie będą sie już domykały:) Cóż, na te błotko przydałoby się inne ogumienie.

    Po wielogodzinnej przeprawie w dół jedziemy znów do Karakol na obchody Dnia Niepodległości.. Miejscowi bawią sie tłumnie w parku w centrum miasta, tzn. większość mężczyzn jest już mocno wstawiona a pozostała część gawiedzi oddaje się masowej konsumpcji wśród licznie rozstawionych gar- kuchni co również i my czynimy. Młodzież niemrawo podryguje pod scena dyskoteki na powietrzu, mamy okazję przyjrzeć się kirgiskim zalotom.




KAZACHSTAN


    Po opuszczeniu Karakol kierujemy się na granice z Kazachstanem gdyż nasza wiza kirgiska ważna jest tylko jeszcze jeden dzień. Tym razem przekroczenie idzie jak z płatka, nikomu nie chce się kopać w naszym aucie w deszcz i ziąb.

Cóż, jak dwa miesiące temu wjeżdżaliśmy do krainy Borata pogoda była nieco odmienna.

Nieopodal granicy znajduje się największa atrakcja kraju, słynny Kanion Czeryn. Po zjechaniu z głównej drogi i dziesięciu kilometrach tarki oczom naszym ukazuje się drugi co do wielkości na świecie kanion. Z góry robi niesamowite wrażenie, olbrzymiej wyrwy w płaskim kamienistym krajobrazie, z niezliczoną ilością fantastycznych formacji skalnych w najdziwniejszych kształtach. Robimy sobie piesze wycieczki w dół kanionu, z powodu porywistego wiatru gotujemy Spaghetti w aucie i troszkę przypalamy jeden z foteli:)

    Po całodziennym delektowaniu sie widokami oraz „menażki zawartościami”, obieramy kierunek na Alamaty, byłą stolice, malowniczo położoną pod pasmem Ałtaj. Miasto trochę nas przytłacza jest wielkie i nowoczesne – pozbawione jednak uroku, łatwe za to komunikacyjnie, szerokie ulice i prospekty tworzą dość symetryczną siatkę, po licznych odwiedzinach w urzędach i konsulatach łatwo poruszamy sie po tym socjalistycznym gigancie. Musimy tu niestety spędzić kilka dni gdyż kazachskiej biurokracji nie ma końca.

Cały dzień schodzi nam na dokonanie obowiązkowej rejestracji w urzędzie policji emigracyjnej, nie obywa się bez dawno nam zapomnianych kolejek oraz awantur pod okienkami. Najpierw trzeba odstać swoje z tłumem pod budynkiem, następnie drzwi się otwierają i wszyscy jak jeden rzucają się pod okienka, które oczywiście jeszcze są zamknięte. Po jakiejś godzinie zostają otwarte (czas pracy urzędu to dwie godziny przed południem na przyjmowanie wniosków i dwie po południu na wydawanie). Na początku była kolejka, teraz wszyscy pchają się bez pardonu, pani która przed chwilą wesoło plotkowała sobie z koleżanka teraz jak na zawołanie płacze pod okienkiem próbując wziąć na litość urzędnika. Druga babka za nami niepostrzeżenie przesuwa duża torbę po ladzie i w pewnym momencie wypycha nas tą torbą z kolejki. Patenty mają tu niezłe, do tego wrzask i przekleństwa. Nie dajemy się jednak tak łatwo wypchnąć, w końcu z odpowiednim formularzem biegniemy do innego okienka żeby zapłacić za registrację. Jest to nasz ostatni dzień w którym możemy jej dokonać wedle obowiązującego prawa – po tym terminie bylibyśmy już tu intruzami, co wiąże się z wielkimi karami pieniężnymi łącznie z aresztowaniem. Pod okienkiem znów nieprzebrany tłum ludzi. Dowiadujemy sie że komputer „nie rabotajet”.

Czas upływa, za chwilę koniec przyjmowania opłaconych wniosków, a tu tłum narasta i nikt nie wie jak naprawić komputer. Wpłaty oczywiście nie można dokonać nigdzie indziej tylko w tym okienku. Aga nie wytrzymuje i leci awanturować się do wyższych instancji;

- Chcę rozmawiać z dyrektorem!

- Nie ma dyrektora!

- Ale ja muszę!

- Nie ma i już!

- A kiedy będzie?

- Nie będzie, u nas jest naczelnik nie dyrektor!

Po tych słowach uprzejma pani zatrzaskuje drzwi tuż przed nosem Agi i kompletnie ją ignoruje oddając się miłej pogawędce z drugą urzędniczką. Na nic zdają się wymachiwanie rękami przed szybą oraz groźby i złorzeczenia. W końcu w ostatniej chwili komputer odpala i można zapłacić. Z kwitkiem lecimy z powrotem do pierwszego okienka, trochę walki na łokcie z upierdliwym Rosjaninem, który twierdził że myśmy tu nie stali, po chwili już przeklinamy po polsku na cały głos , reszta petentów po kazachsku a część po rosyjsku, po chwili wszyscy już na siebie wrzeszczą. Po dwóch godzinach cali wymiętoszeni wypadamy z budynku, ze świadomością że musimy teraz nabrać sił bo za parę godzin trzeba przyjść tu z powrotem walczyć o wydanie paszportu z registarcją...


    Mamy za to farta jeśli chodzi o noclegi. Jako jedyny z CF odpisał nam bardzo sympatyczny Sergiej, który udostępnia nam swoje mieszkanie w centrum miasta na cztery dni, sam się ewakuując do pobliskiej rodziny. Zagląda tylko do nas czasami na pogawędki i dopełnianie nam lodówki. Po tych kilku dniach rozleniwiamy się maksymalnie, codziennie ciepła woda, jedzonko europejskie, kablówka, internet... Już prawie zapomnieliśmy jakiego koloru jest nasz namiot.

W ostatni dzień okazuje się jednak że trzeba się zebrać w sobie i otrząsnąć z letargu. W urzędzie emigracyjnym nie przedłużają nam wiz i szybko w trybie expresowym musimy załatwić powrotną rosyjską wizę gdyż na opuszczenie Kazachstanu zostało na tylko dwa dni – tyle jest jeszcze ważna nasza kazachska wiza. Musimy odpuścić sobie zachodnie rubieże kraju, może innym razem, teraz mamy 48 godzin żeby najkrótszą drogą czyli tysiąc kilometrów na północ wydostać sie z kraju. Na początku wydaje się to dość łatwe, ale trochę kluczymy na stepie szukając rysunków na skalnych z VIII wieku - bardzo rzadkich przedstawień Buddy i Sziwy w tym rejonie Azji. Znajdują się one niedaleko olbrzymiego jeziora Balkash, które obumiera podobnie jak jezioro Aralskie - jego sąsiad z zachodu kraju. Ostatni stukilometrowy odcinek do Semipałatyńska niedaleko rosyjskiej granicy jest makabryczny. Zostało nam jeszcze tylko parę godzin a tu międzynarodowa droga głównej kategorii wygląda jakby testy nuklearne miały miejsce na drodze a nie na poligonie pod Semipałatyńskiem. W mieście wpadamy jeszcze na chwile do muzeum by poznać radioaktywną historię tego miejsca, jest to jednak dość przygnębiające więc czym prędzej podążamy w stronę granicy.

    Na rogatkach państwa jesteśmy pod wieczór, tempo przekraczania daje nam do myślenia czy wyrobimy się w naszym terminie do północy. Tu znów papierologia, każdy dokument celny auta trzeba ręcznie wypisać w trzech egzemplarzach, kamery do filmowania wjeżdżających są, ale ksera żeby usprawniło cokolwiek to już nie ma. Rosyjscy celnicy wybebeszają nam wszystko z auta i dokopując się do naszego rogu kozła (który dostaliśmy na pamiątkę dwie granice wcześniej) wpadają w lekką konsternacje. Nie wiedząc co z tym fantem począć idą zasięgnąć opinii u jakiegoś wyższej rangi oficera. Po chwili dyskusji oddają nam „podarok” i juz za chwilę jesteśmy w „Imperium”.




ROSJA



    Po krótkim przeglądzie naszej sytuacji pobytowo – wizowej dochodzimy do wniosku, że skoro wielki brat tyle zażądał od nas za wizę i dał nam całomiesięczną, spróbujemy ją w całości wykorzystać i pojedziemy jeszcze na miesiąc na Syberię. Pogoda nie jest najgorsza (o tym że zaraz drastycznie sie zmieni nie mieliśmy jeszcze pojęcia). Auto dalej się toczy, przetykamy instalacje gazową, która od pewnego czasu czymś się zapchała i znów możemy tankować rosyjski gaz w cenie złotówki za litr. Obieramy śmiały kierunek który jeszcze w Polsce jakiś czas temu chodził mi po głowie – autonomiczna Republika Tuwy we wschodniej Syberii. Dzieli nas od niej jednak szmat drogi, jeśli nie będziemy się już zapuszczać na większe off roady i auto się nam nie rozsypie to damy radę.

Na początek musimy dotrzeć do odległego o kilkaset kilometrów Nowo Sybirska, potem kierować się na północny wschód w stronę rzeki Jenisej, żeby później zmienić kierunek na południowy w stronę Tuwy. Nie ma z granicy kazachskiej drogi bezpośrednio na wschód i żeby tam dojechać musimy zrobić olbrzymi objazd rzędu dwu -trzech tysięcy kilometrów. Wiemy że nie będzie łatwo, a może nawet będzie bardzo ciężko. Temperatura coraz bardziej spada, i mimo że w dzień jest znośnie po kilkanaście stopni to nad ranem budzimy się w oszronionym namiocie. Najpierw jedziemy w góry Ałtaju w stronę granicy mongolskiej, przez Gornyj Ałtajsk w stone najwyższego pięciotysięcznego szczytu Biełuchy. Szybko jednak wracamy na obrany szlak czyli na północ na Nowosybirsk.


    Podczas którejś nocy rozbijamy namiot w lesie na polance mimo że staramy się unikać wjeżdżania głębiej w tajgę. Wszystko fajnie, nawet wieczorem nie ma mrozu, robimy na gazie jedną z ostatnich zupek chińskich i popijamy wyjątkowo dobrą kazachską herbatą. W nocy Aga wychodzi za potrzebą i wraca cała rozhisteryzowana. Zobaczyła jakieś błyszczące się w kniei oczy. Cholera, dużo nasłuchaliśmy się tu o niedźwiedziach blisko podchodzących do chałup, jednego widzieliśmy też – co prawda jako atrakcja przy wioskowej knajpce, ale widok jego ciągle rozdziawionej paszczy mamy cały czas przed oczami. Nie możemy zasnąć, co chwilę wystawiamy głowę z namiotu nasłuchując i sprawdzając czy ślepia dalej są- są i przemieszczają sie w różne miejsca. Podepta namiot z nami czy zajmie się Vitarka? Po dłuższej chwili cały rozdygotany –wygadam na zewnątrz i widzę już kilka par ślepi! Tego juz za wiele, zaplam latarkę i ufffffff, słyszę tętent spłoszonych koni. Rano okazuje się że rozbiliśmy namiot niedaleko rzeki do której schodzą się napoić niepilnowane przez nikogo konie.

    Po którejś nocy gdy rano było -4 stopnie i woda pozamarzała w kubkach, trochę nam miny zrzedły zwłaszcza że mamy tylko jeden pożyczony profesjonalny śpiwór (Dzięki Natalia i Arek) a reszta to straszne badziewia – i śpiąc nawet w trzech zwykłych śpiworach i pełnym ubraniu też jest kiepsko. Postanawiamy wiec wypróbować w tej części Azji jak się sprawdza CF i logujemy sie na nim w każdym mieście przez które przejeżdżamy załatwiając noclegi na dwa trzy dni naprzód. Okazuje się, że tu w Rosji to świetna sprawa, odzew mamy bardzo duży, ludzie są chłonni przybyszów zza „żelaznej” więc na początek w Krasnojarsku nad Jenisejem śpimy u Leny, ciągle sie budząc z nieprzyzwyczajenia do pokojowych temperatur:) Z miasta ruszamy na ostatni tysiąc kilometrowy odcinek przez Republikę Chakasji z całkiem ładną stolica Abakanem do Republiki Tuwy. Tu już prawdziwa Syberia, jak okiem sięgnąć tylko Tajga. Olbrzymie limby syberyjskie i pustka wokół. W Tuwie przy drogach jest mnóstwo kurhanów, dziwnych kamiennych kręgów; większych, mniejszych, szamanizm miesza się tu z buddyzmem. Przed samą stolica Tuwy Kyzyłem trzeba przejechać przez niewysokie przełęcze na około 2000 m.n.p.m. I tu już dopada nas prawdziwa zima. Najpierw wali deszcz ze śniegiem potem juz sam śnieg i wszystko jest w moment zasypane. Osobówki nie potrafią wjechać na małe wzniesienia a i tiry blokują oba pasy ślizgając sie w śniegu. Wnioskujemy po tym że to chyba pierwsze wrześniowe opady śniegu bo ludzie jeżdżą na letnich oponach ale z drugiej strony nie wiem czy tu ktoś specjalnie na zimę coś innego zakłada. Zapinamy napędy, sprzęgiełka i jakoś wjeżdżamy w górę, w dół jeszcze wrzucamy reduktor. I tak po dwóch tygodniach od wjazdu na Syberie docieramy do miejsca przeznaczenia – stolicy Autonomicznej Republiki Tuwy – symbolicznego centrum Azji – Kyzyłu.

    Tu jest już całkiem inny świat – niby Rosja – ale mało co już ma z nią wspólnego. Ruskich prawie w ogóle, Tuwińczycy to już prawie Mongołowie, język również całkiem inny i nie wszyscy po Rusku „gawariat”. Miasto jest dość zakręcone, jest tu m.in. dom szamana, w którym można wykupić usługę odstraszania złych duchów, odnajdywania zaginionych przedmiotów albo oczyszczania domu ze złych duchów po trefnych gościach. W centrum koło pomnika Lenina stoi wielki młyn modlitewny a buddyjska świątynia sąsiaduje z mini parkiem pamięci z czołgiem na piedestale i popiersiami zasłużonych „tankistów”.

W Kyzyle z powodu mroźnych temperatur i tylko jednej osoby w CF od której nie dostaliśmy odzewu, lokujemy sie w lekko obskurnym komunistycznym hotelu za ciężkie pieniądze ale za to bez ogrzewania i z ciepłą wodą tylko w określonych porach. Jak większość hoteli tak i ten posiada na każdym piętrze dyżurną, która kontroluje ład i porządek, wydaje klucz do prysznica itp. Nie można tak łatwo opuścić hotelu, dyżurna sprawdza stan pokoju czy zgadza sie ilość mebli i przedmiotów w komnacie ze spisem z natury itp. Było strasznie zimno, nie grzali więc dostając pokój trzyosobowy poprzykrywamy się kocami z trzeciego wolnego łóżka.

Aaaaaa to nie charaszo! Wam nada płatit za trzeciego czieławieka!

Ledwo dochodzimy do porozumienia z wszechwładna dyżurną, której wydaję się, że na piętrze jest panem życia i śmierci.

    Pod miastem bardzo malowniczo wyglądają buddyjskie stupy na tle olbrzymich blokowisk z wielkiej płyty. W centrum miasta nad rzeką jest obelisk potwierdzający, że znajdujesz sie w samym centrum Azji – ale podobno w innych miasteczkach rejonu te są takie same:) Jeździmy jeszcze po okolicznych wioskach przyglądając się życiu Tuwińców które wydaje się być nieco lepsze od życia ludzi w krajach niepodległych byłego ZSRR które podczas podróży zobaczyliśmy. Położenie wewnątrz Federacji Rosyjskiej powoduje chyba ciut mniejsze bezrobocie, lepsze szkolnictwo i od czasu do czasu zdarza się że ktoś połata dziurawą drogę, a to naprawi zerwane druty elektryczne. W porównaniu z całkowitą nieraz degrengoladą w państwach byłego sojuza w których nic nie buduje się i nie naprawia od upadku ZSRR w Tuwie a przynajmniej w Kyzyle jest chyba ciut lepiej. Może oprócz Kazachstanu który na tle innych wydaje sie rozwijać.


Dobra, czas wracać! Z naszej miesięcznej wizy rosyjskiej zostało jeszcze jakieś dziesięć dni a przed nami około 8000 km do Katowic. W drodze powrotnej śpimy już co chwilę u ludzi z CF, jest już cały czas bardzo zimno, staramy się nie patrzeć nawet w kierunku naszego zwiniętego namiotu. Korzystając z gościnności Leny spędzamy drugą noc u niej w domu w Krasnojarsku, gdzie chcąc niechcąc muszę z jej ojcem wypić połówkę rozgoworywając o życiu na wschodzie i na zachodzie. Żeby podróż nie była męcząca i monotonna, jedziemy na zachód wybierając co ciekawsze miejsca w Syberii wschodniej później w zachodniej no i w końcu w Rosji centralnej.

Zatrzymujemy się u znajomych Olgi z CS w Tomsku, mieście słynącym ze wspaniałej drewnianej architektury syberyjskiej. Olga musi gościć nas w mieszkaniu swoich znajomych, gdyż sama nie może nikogo przyjmować w domu – mieszka w zamkniętym mieście Sewiersk. Jej przepustka każdorazowo jest kontrolowana na rogatkach miasta, nikt niebędący zameldowanym w „gorodie” nie może do niego wjechać, tylko najbliższa rodzina może starać się o wydanie czasowej przepustki. Miasto jest otoczone drutami kolczastymi i murami, oficjalnie podaje sie że od przyszłego roku ma tam zostać uruchomiona elektrownia atomowa, nieoficjalnie są tam wojskowe zakłady jądrowe wzbogacające uran. Znajomi Olgi to rodzeństwo które przyjechało do „cywilizacji” na studia z odległej daleko na północy Dudinki gdzie można dostać sie tylko helikopterem lub Jenisejem w porze letniej gdy nie jest zamarznięty – zima trwa tam przez osiem miesięcy w roku. Znowu robi nam się trochę chłodno oglądając zdjęcia z codziennego życia ludzi w Dudince typu zaspy śnieżne na metr w środku autobusu albo olbrzymie bloki całe jak ze szkła od pokrytej lodem wielkiej płyty.

    Po zwiedzeniu Tomska jedziemy do Omska gdzie znowu po jednej zimnej nocy w namiocie korzystamy z zaproszenia ludzi z CS tym razem od Maxa i jego żony. Niestety jak to tu często bywa – ciepłej wody niet – właśnie odkluczyli. Cóż umyjemy się u następnych gospodarzy. Nie jest to jednak takie oczywiste bo już po opuszczeniu Syberii W Jaketynburgu, następnym mieście gdzie bukujemy sie u Olessi i Cedrica też ciepłej wody niet.

Olessia jest Rosjanką która na licznych wyjazdach służbowych do Francji poznała Cedrica- teraz swojego męża i ściągnęła go do Rosji. Chłopak trochę sie tu męczy i nie bardzo może sobie znaleźć miejsca, ma nawet kota z Francji. W Jaketynburgu odwiedzamy wspaniałe cerkwie wybudowane na miejscu egzekucji rodziny Romanowów. Przybywają tu tłumy wiernych, pielgrzymów i turystów zaś w pięknych podziemiach cerkwi można poznać całą historie ostatniego rodu cesarskiego i jego upadku.

    Z Jeketynburga jedziemy dalej na Zachód do Iżewska miasta w którym żyje bohater zarówno Związku Radzieckiego jak i obecnej Rosji - Kałasznikow. W centrum stoi olbrzymi kompleks muzealno-wystawienniczy im. Kałasznikowa, gość ma tam swój odlew z brązu ale jego słynne muzeum jest akurat zamknięte bo to poniedziałek. Trudno, nie odpuszczę, śpimy znów w namiocie pod miastem żeby rano stawić się punktualnie o godzinie otwarcia muzeum poświęconemu temu najbardziej rozpoznawalnemu radzieckiemu przedmiotowi „powszechnego użytku” Spędzamy tu całe godziny, Aga juz nie może i wyciąga mnie stamtąd siłą. Wewnątrz jest mnóstwo atrakcji typu: jak to towariszcz Kałasznikow miał trudne dzieciństwo, jak niezawodnym w każdych warunkach atmosferycznych jest jego „wynalazek” i jak różni się wersja bułgarska AK od Chińskiej. Za 10 rubli czyli za złotówkę można pod okiem wojskowego nauczyć się rozkładać i składać AK 47.

Z Iżewska jadąc w stronę ojczyzny wjeżdżamy do Tatarstanu, republiki gdzie muzułmanizm jest powszechnym wyznaniem co wydaję sie rzeczą dość dziwną jak na Rosję centralną. W stolicy Tatarstanu Kazaniu w centrum jest piękny Kreml, podobno drugi po Moskwie, ze wspaniałym meczetem z białego marmuru wybudowanym parę lat temu. Naprzeciwko meczetu jest stadion miejski na którym właśnie trwa mecz w rozgrywkach Ligi Mistrzów, Rubin Kazań podejmuje Inter Mediolan. Pierwszą połowę słyszymy zwiedzając Kreml na drugą jedziemy do naszych hostów z CF Mansura i jego żony Faridy i z nimi kibicujemy lokalnej drużynie podczas drugiej połowy.

    Mamy jeszcze do Polski jakieś dwa może trzy tysiące kilometrów, aut na drogach coraz więcej, nie jedzie się już tak przyjemnie jak w Syberii, gdzie mijaliśmy ich czasami po kilka dziennie. Przed i za każdym większym miastem zlokalizowane są wielkie punkty kontroli milicyjnej, trzeba zwalniać prawie do zera i ładnie się uśmiechać do licznie zgromadzonych tam milicjantów. Na co niektórych sprawdzają nam dokumenty, wypytują się o trasę podróży i oglądając nasze wizy przypominają wyraźnie że zostało nam jeszcze tylko kilka dni do opuszczenia Rosji. Na jednym z takich czek-pointów zatrzymują nas milicjanci z kałasznikowami i proszą o udanie się do budynku punktu kontrolnego w celu rejestracji. W środku jakiś wielki funkcjonariusz z kałachem na brzuchu bierze ode mnie papiery i podaje mi białą kartkę żebym w nią dmuchnął. Zdziwiony dmucham, on to wącha i mówi że piłem. Podaje mi alkomat i po dmuchnięciu pokazuje mi wynik 0.8. Jestem w szoku bo ostatniego browara piłem jakieś dwa tygodnie wcześniej. Milicjant na to że zabiera mi prawo jazdy i niedwuznacznie daje znaki że „możemy się dogadać”. Strasznie mnie to wkurzyło, mówię mu że jak chcą to niech mi pobiorą krew do zbadania, bo jestem trzeźwy a on gada bzdury. Po chwili namysłu oddaje mi bez słowa wszystkie dokumenty i grzecznie się żegna. Wyszedłszy z budynku jestem cały czas w szoku. Niezłe tu stosują przegięcia żeby tylko wyciągnąć pieniądze. Najwyraźniej jest to dla milicjantów spory dodatkowy zarobek gdyż nie raz widzieliśmy w „kafe” albo „stołwaja”przy drodze jak kierowcy tirów zamawiają wódkę na szklanki po czym jadą dalej. Służbom jednak nie zależy zbytnio żeby z tym walczyć ale żeby mieć z tego dodatkowy dochód.

Po opuszczeniu Tatarstanu, przemierzając kolejne tysiące kilometrów na zachód, zatrzymujemy sie jeszcze u Julii we Władymirze będąc już dwudziestymi piątymi jej gośćmi z CS w te wakacje, następnie nocujemy w mieście Orzeł u Aleny już niedaleko granicy Ukraińskiej.



UKRAINA i Powrót



Następnego dnia przekraczamy całkiem sprawnie granicę i obieramy kierunek na Kijów. Potem jeszcze tylko ostatnia noc w namiocie pod Lwowem – trochę nerwowa gdyż auto zaczyna wydawać dziwne dźwięki a tu już zostało tak niewiele do domu. Odpukać nic sie nie rozsypuje i jeszcze tego samego dnia zatankowawszy do pełna tańszym ukraińskim paliwem przekraczamy granicę nie mogąc sie nadziwić uprzejmości polskich celników, cóż widać że tu już szengen, bo standardy obsługi podróżnych jakby z innej planety w porównaniu z Azja Centralną. Jeszcze tylko parę godzin i już pełną piersią oddychamy, Katowice! Aż głupio sie przyznać, wkładam plecak żeby zanieść go do mieszkania – mam go pierwszy raz na plecach od... trzech miesięcy, ostatnio go miałem na sobie w tym samym miejscu jak schodziłem na dół żeby wepchać go do auta. Trochę samochód nas rozleniwił, ale jesteśmy szczęśliwi, że po trzech miesiącach, po przejechaniu 25147 kilometrów nasza Vitarka bezpiecznie wróciła z nami do domu.


   


 trochę statystyki oraz o  kosztach wyprawy

                                                                          powrót do poczatku strony

                                                             powrót  do  menu   podróże