Bałkany: Słowenia, Czarnogóra, Albania, Macedonia,  Kosowo, Serbia z Matyldą  i Klementyną  VII-VIII  2014

                            

                                        Pełny album zdjęć:

                 


Bałkany z Matyldą i Klementyną (VII-VIII 2014)

21.07.2014

        Wyjazd na Bałkany pod namiot planowaliśmy już w ubiegłym roku tzn. w 2013 ale coś nam się terminowo nie pozgrywało i summa summarum nie pojechaliśmy.


W tym roku udało nam się wyjechać na dłuższy czterotygodniowy wypad samochodem z naszymi dziewczynami ( 2 i 4 latką)

Obładowani po brzegi na dobry początek zwiedziliśmy z dzieciakami mocno rozkopane centrum Katowic, czyli latanie po mieście żeby zdjęć sim locka ze starego bluconnecta by móc bezpiecznie łączyć się z netem przez lokalne karty SIM na wyjeździe. ( okazał się jednak nie przydatny bo wszędzie było wi-fi)




SŁOWENIA


        Po zaliczeniu rodzimego miasta wyruszyliśmy w końcu i na wieczór wylądowaliśmy w Austrii za Wiedniem w okolicach Gracu. Pogoda zaczęła się psuć i walnęło deszczem. Stwierdziliśmy, że do Słowenii nie dojedziemy tego dnia albo będzie to dopiero nad ranem więc żeby nie walczyć całą noc za kółkiem postanowiliśmy, że coś musimy znaleźć – tzn jakiś kemping. Takowy znaleźliśmy w ładnych górskich okolicznościach przyrody gdzie to usiłowałem rozbić nasz duży namiot. Był jeszcze firmowo zapakowany, kupiony na dzień przed wyjazdem . Nie było jednak szansy w nocy po ciemku tego dokonać, więc rozbiliśmy nasza starą dwójkę ( spałem oczywiście poza nią bo dziewczyny są już za wielkie żeby wszyscy się tam upchali).

Następnego dnia pojechaliśmy dalej na południe w stronę Słowenii.

Na miejsce, tzn do górskiej miejscowości Bohinj dotarliśmy po południu a stamtąd do wioski Ukanz . Namierzyliśmy tam bardzo ładny kemping (podobno najładniej usytuowany w całym kraju) przy górskim jeziorze Bohinj – dziewczynki miały więc fun i mogły się trochę pokąpać i poplażować mimo że woda była bardzo zimna.


jezioro Bohinj


     

        Wszystko było fajnie ale znów zaczął padać deszcz ( okazało się że nie będzie nas odstępował podczas tego wyjazdu prawie cały czas). Nie zdążyłem więc znów rozbić dużego namiotu i do małego przerzuciliśmy wszystkie rzeczy a spaliśmy w aucie. W nocy było bardzo zimno i prawie się „ odmroziliśmy”) Rano rozbiłem w końcu duży namiot. Najpierw obejrzałem film instruktażowy na you- tubie bo była to operacja iście skomplikowana.


W okolicy widzieliśmy bardzo ładny wodospad Savica, do którego było podejście całkiem,całkiem ale Matylda dała radę przejść w obie strony, Klementynka trzeba było trochę nieść. Wieczorem znów padało. W nocy było 13 stopni i koc grzewczy pod naszymi tyłkami podpięty do akumulatora nie dał rady – nad ranem prąd się wyczerpał i zrobiło się zimno. Od tego momentu braliśmy już prąd na polach namiotowych żeby podpinać koc do 220 v bo aura nas na tym wyjeździe nie rozpieszczała.


Na miejscu zwiedziliśmy okoliczny kościółek Jana Chrzciciela z XIV – XV wieku i wybraliśmy się do miasta Bled, czyli wizytówki kurortu w Alpach Julijskich. Wynajęliśmy tam łódkę i trochę „powiosłowawszy” ( szło mi to dość opornie) popłynęliśmy do wyspy Blejski Otok na jeziorze, żeby zobaczyć najpiękniej usytuowaną w Słowenii świątynie (kościół Wniebowzięcia NMP) . W środku Matylda miała spory ubaw bo można było ciągnąć za sznur z „dzwonem pragnień”, który spełnia życzenia. Dzwon wykonano w Padwie w 1534 roku .

Z powrotem wiosłowanie szło mi jeszcze gorzej, cały czas myliłem kierunki i płynąłem raz dziobem raz rufą.


        Odległości w Słowenii są dość małe, tak więc mieszkając cały czas na polu namiotowym w górach wybraliśmy się do stolicy korzystając z w miarę ładnej pogody. Lublana okazał się być bardzo ładnym miastem, które spacerkiem można obejść w 2-3 godziny. Tak też zrobiliśmy. Dziewczynki zaopatrzone w fantazyjne balony od ulicznego kuglarza na centralnym Presernov Targ, w miarę łatwo zniosły spacer po starówce. Na koniec oczywiście obie już leżały ze zmęczenia na asfalcie głównego placu starego miasta na Mestnim Targu więc trzeba było się ewakuować.




Tym razem w nocy znów padało ale namiot nie przeciekł a my mieliśmy już porządne grzanie z koca więc spało się przyjemnie. Po kilku dniach spędzonych w Alpach Julijskich pojechaliśmy na południe w stronę morza czyli w stronę bardzo niewielkiego fragmentu wybrzeża, które ma Słowenia. Zajechaliśmy do perły słoweńskiego Adriatyku czyli do miasta Piran. Wielki Auto-Camp był już zamknięty o pierwszej w nocy, niewiele myśląc więc nabiliśmy materace przy aucie i poszliśmy na pole rozbijać się samopas gdzie popadnie nie pytając nikogo.


rynek w Piranie

        Pole okazało się strasznie drogie, a skrawek plaży które miało był mikroskopijny i usiany grubymi ciałami głównie austriackich turystów.
Sytuację ratował basen olimpijskich rozmiarów, na którym dziewczyny mogły się wyszaleć ale tylko chwilę bo znów dopadła nas bardzo gwałtowna burza.

Z powodu niesprzyjających coś warunków do plażowania szybko się stamtąd zmyliśmy. Wcześniej jeszcze cali mokrzy w strugach deszczu zwiedziliśmy pięknie położone na skalistym cyplu pamiętające czasy starożytnego Rzymu miasteczko Piran.
Jest rzeczywiście magiczne, całkowicie pozbawione ruchu samochodowego z mnóstwem małych krętych uliczek i wyludnionych zaułków.



        Znad zatoki Tristańskiej pojechaliśmy w głąb kraju do niedalekiej jaskini Postojnej czyli największej atrakcji Słowenii. Przygniotła mnie komercja, która całkowicie opanowała to miejsce i trochę zniesmaczony nią pojechałem do pobliskiego Predjamskiego Zamku, czyli bardzo ciekawie wybudowanej na skale warowni. Jest ona podobno najbardziej malowniczym zamkiem w całym kraju, pod którym znajdują się jaskinie położone na czterech poziomach.
Aga z dziewczynami została zwiedzać jaskinie Postojną – z dwójka małych dzieci było to dla niej spore wyzwanie ale wszystkim się podobało.



Predjamski Zamek



CZARNOGÓRA


        Chcąc uciekać przed ciągle dopadającym nasz deszczem opuściliśmy Słowenię i wjechaliśmy do Chorwacji jadąc w stronę wybrzeża i tylko na początku żeby podgonić, poruszaliśmy się autostradą , potem już całą Chorwację jechaliśmy wzdłuż wybrzeża.

Kolejny dzień okazał się bardzo piękny i słoneczny – pierwszy w którym nie spadła kropelka deszczu - skorzystaliśmy więc i zatrzymaliśmy się gdzieś na wiosce w okolicach Zadaru. Skorzystaliśmy z przydomowego kempingu którego właściciel ponoć bardzo lubił Polaków – miał zdjęcie papieża i można się było z nim targować. Tak więc mogliśmy się nacieszyć pogodą i jeden dzień poplażować. Dalej poruszając się wzdłuż wybrzeża wjechaliśmy do Czarnogóry nad Zatokę Kotorską.



        Nad zatoką Kotorska spędziliśmy kilka dni. Zatrzymaliśmy się na Auto - kempie pod Kotorem z bardzo nerwowym właścicielem. Ceny w Czarnogórze są w Euro, są owszem mniejsze niż w Słowenii ale nie jest to jednak tanizna, taka jak np. w Albanii. Samo miasteczko Kotor jest dość przyjemne ze sporą ilością turystów i dość duża ilością plastikowego kiczu. Urokiem nie dorównywało słoweńskiemu Piranowi ale było fajną baza wypadową do okolicznych atrakcji.

Jedną z nich jest miasto Budva z bardzo ładną Cytadelą niekoniecznie bezpieczną do zwiedzania dla małych dzieci. W Budvie dopadło nas kolejne oberwanie chmury. Tym razem tak gwałtowne, że auta się zatrzymywały na drodze i ciężko było gdziekolwiek się przemieścić. Z Budvy niedaleko jest do Sveti Stefan najbardziej fotogenicznego miejsca na czarnogórskim wybrzeżu, czyli małej wysepki połączonej z lądem kamienistą mierzeją. Niestety nic nie zobaczyliśmy ze względu na burze, dopiero za drugim podejściem było nam dane podziwiać widoki. Po drodze jest sporo starych monastyrów. My wybraliśmy Monastyr Praskvica , którego nazwa wywodzi się od brzoskwini oraz Monastyr Rezevici, którego początki sięgają XIII wieku ze wspaniałym ikonostasem i dwudziestometrową dzwonnicą.

W tym ostatnim mieliśmy pecha, bo zamieszkiwały go spore ilości kotów więc postój w nim okazał się bardzo długi. Klementyna wtórowała Matyldzie w zagłaskiwaniu , szczególnie upodobawszy sobie młodego czarnego kotka.

Jadąc dalej na południe w stronę Albanii zwiedziliśmy ruiny miasta Bar, które to od XVIII wieku p.n.e. zmieniało właścicieli; od Ilirów przez Rzymian, Bizancjum , Państwo Zeta, serbski ród Nemaniciów, w XV wieku Wenecjan, potem Turków do XiX wieku i wreszcie Czarnogórców. Jest bardzo malownicze – same ruiny, Aga miała ich serdecznie dość a to głównie ze względu na spore trudności z opanowaniem dzieci pośród ruin.


ruiny Stary Bar

ALBANIA

Powoli zmierzaliśmy w stronę Albanii.

        Przekraczanie granicy okazało się bardzo łatwe – jak wszystkie do tej pory, nigdzie nie czekaliśmy zbyt długo. Krajobraz zmienił się diametralnie – rozpoczął się lekki „bałagan” i „ nieporządek”. Czyli krajobrazy przypominające byłe republiki radzieckie. Zaczęły się też fajne nazwy różnych obiektów – np. hotel i restauracja VENERA V.I. P, albo sieć sklepów dla dzieci MENDA oraz hotel ZUPA.

Drogi były całkiem dobre ale dość dziwne – niby autostrady z ograniczeniami do 110 km a za chwilę ograniczenie do 10 km. Przy zjazdach na drogę główna z nowym asfaltem brak było pokryw do studzienek,do których mogło by wpaść pół auta itp.


Z kempingami był lekki problem, ponieważ w Albanii jest ich bardzo mało. Udało nam się takowy znaleźć w nadmorskiej miejscowości Golem. Opłaty były bardzo niewygórowane. Rzędu 10 euro. Na kempingu byli prawie samy Polacy. Zostaliśmy tam na kilka dni. W pewnym momencie gdy motocykliści i Trabanty z Polski odjechały byliśmy sami na polu namiotowym. Plaże mieliśmy parędziesiąt metrów dalej – bardzo fajna jak na warunki albańskie. Spacerowały po niej osiłki i konie objuczone ziemniakami i cebulą, która okazywała się być towarem bardzo chodliwym bo plażowicze kupowali sporo tych rzeczy. Zaśmiecenie plaży było oczywiście dość spore.

Zrobiliśmy też sobie wycieczkę do górskiego Kruje, w którym to znajduje się mauzoleum bohatera narodowego Albańczyków - Skanderberga który to kilkaset laty temu pogonił Turków. Mauzoleum jest całkiem okazałe. Zaprojektowane prze córkę dyktatora Envera Hodży i pięknie położone w górach. Na miejscu lokalne pary młode robią sobie zdjęcia . W drodze powrotnej nad morze doszukaliśmy się też szczątkowych ruin Albanopolis – starożytnego miasta, które jest wciśnięte pomiędzy wiejskie chaty bez jakichkolwiek oznakowań. W ruinach mieszkają żółwie, które stanowiły nie lada atrakcje dla naszych dziewczyn.



flagi narodowe w Albani są wszędzie - tu pod mauzoleum Skadenberga

        Kolejnego dnia wybraliśmy się do Tirany która okazała się być ciekawym miastem. Jest „piękna inaczej” z wielkimi socjalistycznymi arteriami, pałacem ludowym i XVIII wiecznym meczetem Etham Beja który jako jedyny przetrwał rewolucje ateistyczną lat 60 -ych.

W stolicy jak i w całej Albanii jest bardzo mało turystów spoza kraju, tak więc od razu przykolegowali się chłopcy z papierosami w ustach chcący sprzedać długopisy z flagą Albanii. Nagabywanie jest jednak bardzo słabe i nie natarczywe – nie może się równać do domorosłych handlarzy z Indii czy Egiptu.


Bardzo ciekawym obiektem jest szklana piramida w centrum miasta, czyli upiorne widmo ubiegłego systemu – budowla którą kazał wznieść Enver Hodża i w której to miał zamiar założyć muzeum poświęcone własnej osobie. Jest mocno zdewastowana i akurat miały miejsce w niej bardzo ciekawe instalacje sztuki nowoczesnej które idealnie korespondują z tym dziwnym, podupadłym miejscem.




MACEDONIA



        Po opuszczeniu stoicy obraliśmy kierunek południowo-wschodni czyli Jezioro Ochrydzkie, nad którym mieliśmy zamiar powypoczywać ale już od strony macedońskiej. Udało nam się nad nie dojechać już po kilku godzinach, summa summarum drogi w Albanii nie były takie najgorsze. Dotarliśmy już w nocy nad samo jezioro gdzie jest rozlokowanych kilka sporych kempingów. Doznaliśmy lekkiego szoku po rozbicu się na jednym z nich gdyż miało całkowicie inny klimat niż np. kemping pod Kotorem w Czarnogórze gdzie trzeba było być cicho żeby nie budzić i nie drażnić innych mieszkańców. Tutaj była zabawa na całego, imprezy i dyskoteki zaczynały się o dwunastej i pierwszej w nocy. Z każdego namiotu, bungalowa dolatywała max głośna muza a pijani chłopcy udawali się zażyć kąpieli pod gwiazdami. Dziewczynki mocno śpią więc nie budziło ich nic, gorzej z nami. Rano pole wyglądało na opuszczone – wszyscy odsypiali .


Jezioro jest przepiękne, dookoła góry, krystaliczna woda i dość ciepła jak na wysokie położenie a przejrzystość podobno dochodzi do 22 metrów.

Jako że dla Macedończyków jezioro jest tym czym dla innych mieszkańców Bałkanów Adriatyk tak więc w sezonie są nad nim tłumy. Ledwo można wygospodarować miejsce na ręcznik na kamienistej plaży ale jak już się takowe znajdzie to jest bajkowo.

Zwiedziliśmy też najładniejsze miasto Macedonii - Ochrydę fajnie położoną na wzgórzach wokół zatoki jeziora. Ma ciekawą zwartą zabudowę nie upiększoną socjalistyczną megalomanią. Przejście od Dolnej Bramy do Górnej Bramy czyli starych wejść do miasta pchając wózek i niosąc drugie dziecko na ramieniu jest nie lada wyzwaniem, a w pewnym momencie uliczki są tak strome że staje się to niemożliwe. Nagromadzenie cerkwi i soborów w miasteczku jest bardzo duże - a jak stare budowle sakralne to i dużo kotów. Matylda ma już Odruch Pawłowa – gdy słyszy że idziemy na stare miasto to od razu się cieszy na myśl o kotach które można wytarmosić. W Ochrydzie spotkaliśmy jeszcze inne zwierzęta – pod Cerkwią św. Dymitra znaleźliśmy żółwia któremu nie przepuściła Matylda zaś Klementyna bardzo się go bała.


        Nad jeziorem Ochrydzkim przy granicy z Albanią jest jeszcze pięknie położony olbrzymi monastyr Sveti Naum, panuje wokół niego dość fatalna jarmarczna atmosfera z niezliczoną ilością stoisk i knajp a po samym monastyrze przechadzają się dumne pawie, tabliczki ostrzygają że mogą podziobać dzieci więc tym razem Matylda z Klementyną nie pooglądały „starego miasta".



pawie pod monastyrem Sveti  Naum

        Znad jeziora podążyliśmy na północ do stolicy Skopie. Po drodze w Tetovie oglądnęliśmy jedną z najciekawszych islamskich świątyń na Bałkanach- Sarena Dżamija tzw. Pstry Meczet, który sprawia wrażenie jakby był udekorowany wielkimi kartami do gry. Meczety są dla nas dość niebezpieczne bo wyłożone dywanami i tym samym stają się obiektem do koziołkowania, biegów i wygłupów dla naszych dziewczyn. Nie raz musieliśmy je wynosić z nich pod pachę gdyż mocno zakłócały spokój modlących się osób. Tak było i tym razem.


Pod Skopie trochę mocno błądziliśmy bo było tylko jedno pole namiotowe usytuowane zresztą przy luksusowym hotelu – było bardzo ładne i czyste z cenami również „luksusowymi” kilkakrotnie wyższymi niż w Albanii. Było ono znów prawie całe puste z kilkoma kamperami i naszym jedynym namiotem.

W Skopie dopadły nas kolejne ulewy, namiot wytrzymywał je dzielnie a my jak zwykle grzaliśmy się na kocu grzewczym.

Stolica jest bardzo ciekawa – jedna część jest monumentalna z post socjalistycznymi budowlami i monstrualnymi fontannami a druga cześć - Carsija zupełnie inna - jest muzułmańska z małymi brukowanymi uliczkami i licznymi karawanserajami, łaźniami i meczetami. Obie części prawosławną i muzułmańską oddziela kamienny turecki most z XV wieku, który często jest uszkadzany podczas konfliktów narodowościowo – religijnych.

W centralnej części miasta stoi dom z tabliczka informująca, że urodziła się tu znana wszystkim albańska zakonnica św. Matka Teresa z Kalkuty.


KOSOWO


        Ze Skopie skierowaliśmy się na północ w stronę granicy z Serbią żeby zaraz potem skręcić na zachód w stronę Kosowa. Woleliśmy nie wjeżdżać do niego bezpośrednio z Macedonii żeby uniknąć potem kłopotów na granicy Serbskiej.

Na granicy macedońsko – serbskiej kolejka była już troszkę dłuższa, zaś sam wjazd do Kosowa odbył się bez większych formalności. Konieczne było jedynie wykupienie ubezpieczenia na samochód gdyż w Kosowie zielona karta „nie rabotajet”.


Kosowo postanowiliśmy objechać prawie całe – jest nieduże a liczne atrakcje są dość mocno porozrzucane. Na początek ruszyliśmy do Prizren, miasta pięknie położonego u stup wysokich gór Szar Planina z licznymi zabytkami osmańskimi.

Jest tez tu kilka średniowiecznych cerkwi serbskich ale są pozamykane i za drutami kolczastymi ponieważ były niszczone jeszcze parę lat temu przez tutejszych Albańczyków. Na centralnym zaś placu Shadervan stoi pomnik żołnierza Kombatanta - Gieroja z lat 90-tych jak dumnie głosi napis, coś a la Rambo.

Dziewczyny znów upodobały sobie meczety z racji rozwiniętych pięknie dywanów, po których można biegać i wariować. W meczecie Sinaa Paszy z XV wieku na chwilę nam się nawet schowały do Mihrabu co wprawiło mnie w lekkie przerażenie. Myślałem że gdzieś uciekły.

        W Kosowie nie ma pól namiotowych tak więc musieliśmy pomieszkiwać na kwaterach . Pierwszą udało mi się wynegocjować gdyż właściciel lubił „poliaków” i poklepawszy mnie po plecach przystał na 20 „ojro” za pokój.. Nieopodal hotelu był market żywcem wyjęty z naszych centr handlowych, w którym zaopatrywali się tylko żołnierze z KFORu. Ceny były w Euro ( jak zresztą wszystkie w Kosowie) i do tego wysokie jak na zachodzie.


Następnego dnia pojechaliśmy na północ w stronę miasta Peć żeby dotrzeć do monastyru Vysoki Decani wpisanego na Światową Listę Dziedzictwa Kulturalnego. UNESCO zaliczyło ten wspaniały zabytek do obiektów zagrożonych w związku z niszczeniem świątyń prawosławnych przez radykałów albańskich, sama też świątynia była kiedyś celem ostrzałów. Chyba teraz jest już spokojniej bo strzeżona przez siły KFOR tylko zasiekami i jednym wozem opancerzonym. Przy wejściu trzeba poczekać na zgodę dowódcy na wejście i zostawić dokument żołnierzom .

Monastyr jest bardzo okazały, jest świetnym przykładem przenikania się kultur bizantyjskiej i zachodnioeuropejskiej. Wygląda prawie jak nowy gdyż kilka lat temu ściany marmurowe były czyszczone. Mnisi są bardzo kontaktowi, prowadzą ożywione dysputy z żołnierzami a dziewczynkom pozwolili pozapalać świeczki w środku monastyru . Widać tez że UNESCO dofinansowuje obiekty „zagrożone” bo poczęstunek mieliśmy gratis:)



Następnym naszym przystankiem była stolica Prisztina.

        Zameldowaliśmy się tam w przyjemnym hostelu, aczkolwiek rano zawitał do nas bezzębny pan który nie wiedzieć czemu na czworakach wyciągał z pokoju moje spodenki twierdząc zaraz potem że „no problem”. Aga po tym się trochę wystraszyła. Opuściliśmy hostel żeby zwiedzać miasto. Była podobna sytuacja jak wcześniej w Kosowie: okazałe meczety, liczne piekarnie z muzułmańskimi „burkami” do jedzenia ( ciasto półfrancuskie z nadziewkami mięsnymi). Cerkwie otwierane na życzenie, place zabaw z huśtawkami z pomocy amerykańskiej.

Stolica nie jest zbyt piękna więc szybko z niej wyjechaliśmy i obraliśmy na koniec pobytu jeszcze jeden cel z listy UNESCO Monastyr Gracanica niedaleko stolicy.


pod Monastyrem Gracanica

W drodze na północ w stronę granicy z Serbią przejeżdżaliśmy przez Kosovską Mitrovicę gdzie chyba wzajemne antagonizmy są najsilniejsze gdyż nasycenie wojsk międzynarodowych było tam największe i pojawiały się wojskowe check pointy.




SERBIA


        Po trzech tygodniach podróżowania po Bałkanach został nam jeszcze jeden tydzień, który poświeciliśmy na poznanie Serbii i odwiedzenia najciekawszych jej rejonów. W Serbii turystów jest bardzo mało, głównie jej mieszkańcy, trochę Rosjan no i oczywiście spotykaliśmy sporo Polaków. Wjechawszy do kraju skierowaliśmy się na północny Zachód w stronę gór Zlatibor. Wiedzieliśmy że kraj niedawno przeżywał wielką tragedię czyli powodzie, które przeszły w maju gdy jedna czwarta kraju znalazła się pod wodą. Rzeczywiście – jak jechaliśmy wzdłuż rzek było widać że niosą olbrzymie ilości wszelkie rodzaju paskudztwa, które zabrały przewalając się przez miasta i wioski, były bardzo brudne a Dunaj miał bardzo wysoki stan i gdzieniegdzie rozlewał się prawie jak morze. Zajechawszy na wieczór na podgórze Zlatiboru znaleźliśmy auto-kemping ale niestety rzeka nad którą leżał zerwała most i mocno podmyła pole namiotowe, można było się do niego dostać tylko po długim spacerze po kładce dla pieszych tak więc musieliśmy go sobie odpuścić. Nocą dojechaliśmy do Zlatiboru w okolicach parku narodowego - pasma górskiego Tara i po drodze natknęliśmy się na kemping. Stał na nim jeden namiot a kemping był niedokończony – nie było jeszcze recepcji, trwała budowa ale część sanitariatów była otwarta. Rozbiliśmy się więc na nim, a następnego dnia nie było nawet kogo spytać czy można się rozbijać czy nie, i komu za to płacić. Dziwna sprawa. Niedaleko stamtąd wśród górskich wiosek był a Mokra Gora czyli miejsce skąd kursuje unikatowa kolejka wąskotorowa Sarganska Osmica. Podobno należy do arcydzieł budownictwa kolejowego w europie, trasa wiedzie przez góry, przejeżdża przez liczne tunele, nasypy i mosty. Trasa Jest bardzo malownicza ( pokazana była przez Kusturicę w „Zivot je Cudo”)

        W tej chwili kolejka kursuje jako turystyczna atrakcja , nie wozi już normalnie pasażerów. Trochę się nam pomieszało ze stacyjkami i na odjazd kolejki czekaliśmy w stacji docelowej, szybko więc do auta i szpula do stacji wyjazdowej w Mokrej Górze. Tam niestety pociąg właśnie nam uciekł, więc z powrotem do stacji końcowej, tam wmieszałem się z Matyldą w turystów – tym razem samych zagranicznych i nie zaczepiany przez nikogo odbyliśmy podróż w drogę powrotną bez biletu. Wagoniki są pootwierane więc można miło kontemplować uroki jazdy a stacyjki po drodze są wymuskane i „odpicowane” do granic przyzwoitości tak więc za bardzo nie oddają prawdziwego kolorytu tego regionu ale okoliczności przyrody wynagradzają wszystko. Dla Matyldy i tak najważniejsze było łowienie kijanek w sadzawce na jednej ze stacyjek.


Sargan Vitasi

        Wieczorem postawiliśmy spędzić jeszcze jedna noc na kempingu – widmo ale tym razem pojawiło się więcej kempowiczów więc pojawił się też administrator z Państwowej org. Turystycznej, której to trzeba było uiścić opłatę za pobyt ale ceny i tak były bardzo niskie – jak w Albanii. Widać że kraj chce rozwijać tego rodzaju turystykę bo łatwo można się zaopatrzyć w mapkę ze wszystkimi kempingami w Serbii, których jest bardzo niewiele. Następnego dnia korzystając z ładnej pogody, która wreszcie od wyjazdu z Kosowa zaczęła nas nie opuszczać pojechaliśmy pokapać się w rzece na której to co jakiś czas robione są tamy z małą infrastrukturą knajpiano- basenowa i można trochę się ochłodzić.


        Po odwiedzeniu wschodniej Serbii ruszyliśmy w stronę stolicy do Belgradu. Tak w połowie drogi odwiedziliśmy bardzo fajnie położony na wzgórzu ruiny zamku Maglić. Podejście do niego jest strome, z dna doliny trzeba wspiąć się na wzgórze co wieczorowa porą z dziećmi było trochę nieciekawe, zwłaszcza że trzeba iść często wąska ścieżką nad przepaścią bez żadnych zabezpieczeń. Ruiny wyglądają dość posępnie i jakoś dało nam się obrócić z powrotem przed zapadnięciem całkowitych ciemności. Robiło się już coraz później i nie było mowy o znalezieniu jakiegokolwiek kempingu pod Belgradem o rozsądnej porze. Wbiliśmy więc do przydrożnego motelu prowadzonego przez lokalnych mafiozów ( takie przynajmniej sprawiali wrażenie). Dało się wytargować na 20 Euro, a przynajmniej mogliśmy skorzystać z takiego luksusu jak prysznic z masażem i radiem:)

Rano podjechaliśmy do miasta na jedyny wskazany prze mapkę kemping ale okazał się być bardzo brzydki i droższy od motelu więc go sobie odpuściliśmy i pojechaliśmy zwiedzać miasto. Tu już klimaty całkiem inne jak w miastach do tej pory na Bałkanach, wszystko wielkie i okazałe jak przystało na byłą stolice demoludu - Jugosławii, łącznie z hotelem Moskwa na głównej arterii miasta. Strefa piesza jest bardzo spora i snobująca się jak w wielkich europejskich miastach . Deptak Kniazia Mihailova usiany jest knajpami, butikami niczym się nie różni od takich miejsc u nas w kraju , w Pradze czy Budapeszcie. Spacer kończymy w parku – twierdzy Kalmegdan skąd roztacza się piękna wieczorna panorama Dunaju.

Nockę znów spędziliśmy w przydrożnym motelu i mając jeszcze parę dni przed sobą pojechaliśmy na wschód, w dół Dunaju do Parku Narodowego Derdap. Słynie on z malowniczych przełomów Dunaj.

        Zatrzymaliśmy się znowu na prawie pustym polu namiotowym nad samym Dunajem . W końcu temperatury stały się prawdziwie bałkańskie i sięgały kilka kresek powyżej 30 stopni. W sumie cieszyliśmy się że dopiero teraz nas to dopadło bo dzieciaki kiepsko znoszą gorąco od którego nie da się uciec, są marudne i wszystko momentalnie spowalnia podróż i nic się nie chce.

Głównie budżet zaczął teraz schodzić na lody. Na miejscu Odwiedziliśmy atrakcję archeologiczną czyli prehistoryczną osadę Lepenski Vir z 5-6 tys. lat p.n.e. która jest bardzo dobrze zagospodarowana z ultra nowoczesna infrastrukturą i stanowi fajny przerywnik dla Monastyrów i cerkwi. Tych ostatnich już mieliśmy przesyt i w Serbii je prawie sobie odpuściliśmy. Przełom Dunaju Veliki Kazan jest całkiem ładny ale Dunaj przez powodzie był bardzo brudny więc samą rzeką trudno się było nacieszyć (choć oczywiście Matylda się w nim kąpała bo nie dało się jej tego zabronić).


przełom Veliki Kazan, park narodowy Derdap - trochę brudny Dunaj

        Zajechaliśmy jeszcze na granicę Z Rumunią, nad zaporę Derdap i stamtąd rozpoczęliśmy już powolną drogę powrotną do Polski. Przed nami był jeszcze Wojwodina czyli region Serbii graniczący z Węgrami i Rumunia. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w twierdzy Petrovaradin jednej z największych twierdz w Europie z widokiem na Dunaj i Nowy Sad na drugim Brzegu. Zahaczyliśmy też o zespół prawosławnych klasztorów na Fruskiej Górze w których to zaopatrzyliśmy się w różne śliwowice pędzone przez mnichów. Ostatni nocleg w Serbii spędziliśmy naszukawszy się co niemiara pola namiotowego w miasteczku turystycznym Suboticy do którego ściągają rzesze Węgrów. Akurat trwał koncert rockowy w knajpie na polu ale zanim rozbiłem namiot o drugiej w nocy to zaczął się kończyć.

Rano okazało się że przejście z Węgrami na autostradzie jest potwornie zatkane a kilkukilometrowy korek sięga miasta. Za namową Węgra z pola namiotowego pojechaliśmy na inne przejście miastowe gdzie ostanie dinary wydaliśmy na naleśniki z budki.

Na granicy staliśmy najdłużej jak do tej pory bo jakieś 3 godziny ale i tak szło bardzo sprawnie. Przez Węgry nabiliśmy trasę nie po drogach płatnych tylko lokalnymi bo euro nam już wyschło prawie całkowicie.


POWRÓT


        Na wieczór wjechaliśmy do Słowacji i w rejonie Koszyc zderzyliśmy się z czymś czego nie potrafimy sobie wytłumaczyć ( tzn nie z autem na szczęście:)


        Nie chcieliśmy walczyć całej nocki za kółkiem więc na necie namierzyliśmy kemping, jedyny w okolicy. Pojechaliśmy do niego klucząc i błądząc i ku naszemu zdziwieniu okazało się że jest zamknięty. Tzn. był czynny tylko nie było już obsługi, brama i furtka zamknięta i nie sposób wejść na teren kempingu a płot był bardzo wysoki. Na drzwiach były wypisane numery tel. jeśli się przyjedzie po 22 żeby dzwonić i otworzą bramę. Numery były strasznym maczkiem tak że przez kratę nie sposób było ich rozczytać- jakiś bezsens, wiadomo że ktoś kto stoi za bramą i chce wejść to potrzebuje te numery przeczytać żeby zadzwonić. Poprosiliśmy faceta który nie spał żeby nam przeczytał te numery, nikt jednak nie odbierała telefonu. Zupełny bezsens a facet z wewnątrz też nie był w stanie otworzyć bramy - czyli wszyscy śpiący na kempingu byli niejako uwięzieni i jeżeli ktoś chciałby wyjść w nocy albo coś by się stało to nie można wyjść. Zdegustowani pojechaliśmy do miasta bo znaleźliśmy jeszcze na necie wcześniej hostel w centrum. Po przyjeździe okazało się że jest już 10 po jedenastej a hostel oczywiście jest czyny, pokoje wolne są ale drzwi zamykają o 23 i nikt już nie wejdzie po tej godzinie. Wróciliśmy więc pod kemping i centralnie pod bramą rozstawiliśmy mały namiot do którego przerzuciliśmy rzeczy a my noc spaliśmy w aucie bo było bardzo zimno. Prąd pociągnąłem „na Mc Gayvera” tzn. zdemontowałem włącznik światła na ścianie budynku kempingu i wpiąłem się tam przedłużaczem pomagając sobie taśmą klejącą, więc znowu mieliśmy ciepło z naszego elektrycznego koca:)


        Następnego dnia po 4 tygodniach wojaży i przejechaniu 6800 km wjechaliśmy do kraju, na koniec auto odmówiło posłuszeństwa na zakopiance:) Na szczęście miałem wykupioną opcję assistance na całą podróż więc pomoc odholowała nas do domu.

I tym sposobem mogliśmy wyspać się w naszych łóżkach, zarówno my jak i dzieci były bardzo zadowolone z wyjazdu podczas którego przebywały „miesiąc na dworze”.


       



    


                                                             powrót  do  menu   podróże