Białoruś  z Matyldą i  Klementyną -  lipiec 2017

                      

   Pełny album zdjęć:  https://photos.app.goo.gl/mzND7WatVeixv7ab2


                W te wakacje odpuściwszy sobie dalekie wojaże samolotowe postanowiliśmy wybrać się w podroż samochodem który wraz z namiotem stał się na pięć tygodni naszym domem. Nie byliśmy jeszcze u naszych wschodnich sąsiadów na Białorusi, a od pewnego czasu ciągnęło nas do zerknięcia jak radzi sobie reżim Łukaszenki:) Do tej pory tzn. w 2017 roku trzeba było trochę się natrudzić z załatwieniem wiz, więc już na dwa miesiące przed wyjazdem zaczęliśmy ten proces . Tak jak bywało to już wcześniej z załatwieniem papierów do krajów byłego ZSRR szykowaliśmy się na utrudnienia stawiane potencjalnym turystom. Trzeba było wykazać się w ambasadzie rezerwacjami hotelowymi na pełny pobyt, potwierdzonymi tylko na firmowych drukach hotelowych z pieczęćmi i podpisami. Ubezpieczenie musiało być zawarte tylko z określonymi agentami. Całe szczęście że od tego roku wnioski można już wysyłać pocztą, nie trzeba osobiście jeździć do Warszawy. Po opłaceniu wiz okazało się że rezerwacje hotelowe nie pokrywają się z datami naszej chęci wjazdu i wyjazdu z Białorusi więc jeszcze dwukrotnie musieliśmy zmieniać rezerwację. Oczywiście były tylko na papierze gdyż nie mieliśmy zamiaru nocować w pięciogwiazdkowych hotelach w Mińsku. Na koniec jeszcze okazało się że jest nie dopłata za wizę rzędu kilkunastu eurocentów wynikająca z różnic kursowych i w tej sprawie dzwonił do nas sam konsul (SIC!) żeby to wyjaśnić. W końcu otrzymaliśmy upragnione paszporty z wizami - na dzień przed wyjazdem.

            Pojechaliśmy przez Brześć gdzie musieliśmy spędzić noc ponieważ oczekiwanie na granicy dłużyło się niemiłosiernie, a sprawdzanie bo stronie białoruskiej było dość skrupulatne oraz „papiero i czaso” chłonne. Wylądowaliśmy w „komnacie oddycha” na dworcu. Tak jak i w Rosji na większych dworcach kolejowych są pokoje do wynajmowania dla czekających na dalszą podroż w całkiem przystępnych cenach. Dworzec w Brześciu jest olbrzymi w wielkopańskim stylu typowym dla soc – realu, jest zadbany i czysty.
            Następnego dnia załatwiwszy w parę godzin białoruski Via-tool w mieście pojechaliśmy w stronę miasteczka Mosty gdzie nie opodal miały się znajdować jeziora Karjery czyli „białoruskie Malediwy”. Jeziora z krystaliczną zielonkawą wodą po dawnej kopalni odkrywkowej w pięknej okolicy. No ciekawe – tak ktoś opisał to w Google . Za żadne skarby nie można tego było znaleźć, Google też prowadziło niedokładnie, w końcu zasięgając języka zajechaliśmy na miejsce i byliśmy trochę podłamani. Kopalnia kredy owszem i była ale wcale nie opuszczona, wszędzie nawet w odległości kilu km nad jeziorami wszytko było pobielone kredą, wszędzie śmieci, woda z dziwnym zielono-niebieskim kolorem, krajobraz księżycowy i okolica dość przygnębiająca. Nawet przez myśl nam nie przeszło zamoczyć tam nogi. Po paru minutach spędzonych nad tą wątpliwą atrakcją skierowaliśmy się w stronę Miru żeby dotrzeć przed nocą , do miejsca gdzie jest ponoć najładniejszy zamek w całym kraju.

  dziewczyny na tle zamku w Mirze              

            Jazda po białoruskich drogach to czysta przyjemność – są szerokie i jest bardzo mały ruch. Co jakiś czas na wioskach są jednak fotoradary wiec trzeba też się pilnować. W głębi kraju nie ma żadnych aut na obcych rejestracjach może oprócz Mińska gdzie jest sporo aut na rosyjskich blachach. Zamek w Mirze jest bardzo fajny, po południu przybiera najpierw różową a potem czerwonawa barwę. Okolica jest sympatyczna, małomiasteczkowa, jest jedno pole namiotowe przy czyimś obejściu na którym nie było żadnego namiotu. Przyjechaliśmy na nie już nocą i bardzo długo zajęło nam budzenie właściciela który był trochę w szoku że ktoś do niego zajechał. Na miejscu były dwa psy i kot wiec było bardzo dobrze – dziewczyny nie miały jak się nudzić:) Jedyny wychodek i prysznic ( zrobione w bardzo przyjemnym drewnianym domku) na polu mieliśmy wyłącznie dla siebie. Spędziliśmy tam kilka nocy robiąc sobie wycieczki m.in do rodzinnego miasta Mickiewicza do Nowogródka i nad jezioro Świteź gdzie przypominaliśmy sobie Świteziankę naszego wieszcza. Dziewczyny bardzo były przejęte i wypatrywały czy coś się nie wynurzy z toni, poszukiwaliśmy też starego modrzewia w którym zaklęta jest dusza młodzieńca który zdradził:)
W samy Mirze oprócz cerkwi jest też kościół katolicki mocno wspierany prze polskich duchownych z Wrocławia więc można było po polsku miło porozmawiać z panią z „fary”.


            Z Miru udaliśmy się do stolicy. Na bookingu można znaleźć niedrogo noclegi u ludzi którzy mają wolne mieszkania i je podnajmują na nawet na jedną noc. Samo miasto przytłacza- centrum jest podobne do Moskwy, olbrzymi prospekt Niezależności robi wrażenie z monumentalnymi budynkami poczty, domów towarowych i byłego KGB ciągnący się na prawie 15 kilometrów. Stolica to też wielkie konsumpcyjne miasto niewiele różniące się od naszych , z centrami i galeriami handlowymi. Jedną z atrakcji już poza centrum jest nowoczesna biblioteka uniwersytecka w kształcie olbrzymiego rombu oświetlana wieczorem. Gromadzi się wówczas głównie młodzież żeby podziwiać ten świetlny spektakl.


Biblioteka Narodowa w Mińsku

            Nazajutrz poszliśmy na centralny komisariat żeby dokonać obowiązkowej „registracji”. Każdy dzień pobytu musi być udokumentowany inaczej nie wypuścili by nas z kraju. Będąc w stolicy można załatwić registrację od razu na całość pobytu tak więc zrobiliśmy wypełniając dziesiątki druków, podając szczegółowe dane co robimy w Polsce, gdzie zamierzamy być na terenie Białorusi, wpisując numery ubezpieczeń i mnóstwo idiotycznych dalszych informacji. Na szczęście obsługujący to nie starzy milicjanci tylko młode panie z administracji więc sama procedura nie jest jakąś katuszą:)

            Oczywiście każdy petent musi wiedzieć gdzie jego miejsce:) Dosłownie i w przenośni. Nie chciano mi wydać paszportu z dokumentami dopóki nie odniosłem krzesła którego panie były łaskawe mi użyczyć żebym nie stał jak kołek przy biurku. Tak więc po paru godzinach na milicji mogliśmy kontynuować zwiedzanie stolicy z jego wspaniałym placem Niepodległości z ogromnym Domem rządowym oraz z sowieckimi dziełami sztuki ulicznej: Leniny, czołgi i fontanny oraz sztuki podziemnej na stacjach metra: tu głównie Leniny:)

            Z Mińska ruszyliśmy do położonego kilkadziesiąt km od stolicy miasta Żodino w którym to produkuje się największe na świecie ciężarówki BIEŁAZ. Dzień wcześniej zabukowaliśmy sobie telefonicznie w fabryce wycieczkę po zakładzie i pewnego upalnego lipcowego poranka stawiliśmy się o wyznaczonej porze pod zakładową bramą. To była chyba największa atrakcja całego wyjazdu:) odziani w kamizelki odblaskowe i kaski wraz z przewodnikiem czyli miłą dziewczyną i kilkoma lokalnymi zwiedzającymi zostaliśmy wpuszczeni na teren tej fabryki – miasta w mieście. Poprowadzono nas przez „aleję zasłużonych” ze zdjęciami przodowników pracy do izby pamięci – muzeum. Tam mogliśmy poznać historię fabryki oraz gdzie Biełazy są używane na świecie ( głównie w kopalniach odkrywkowych). Było też mnóstwo koszmarnych prezentów jakie firma dostaje od kontrahentów z całego świata. Najfajniej było jak wysadzili nas koło największych modeli BIEŁAZA czyli największej na świece wywrotce, modelu 75710 takiej tam 4600 konnej o ładowności 450 ton która została wpisana niedawno do księgi rekordów Guinnessa. Można było wchodzić na te giganty , wchodzić pod nie, itp. Na koniec poprowadzili nas do stołówki zakładowej ( chyba jednak takiej trochę podpicowanej dla gości) gdzie zaserwowali ciasteczka w kształcie Biełazów. Na konie każdy dostał po malutkim Biełazie i „ doswiedania”.

na feldze Biełaza ( jednego z większych:)

        Obiadu pracowniczego niestety nie zaserwowali . Na szczęście stołowanie się na mieście w Białorusi poza stolicą jest baaaardzo tanie. W porządnej restauracji w Żodino zjedliśmy dwudaniowe obiady w cenie około 7- 8 zł od osoby.


        Tego samego dnia wróciliśmy z powrotem do stolicy gdzie znów zamieszkaliśmy w 24 piętrowej „kukurydzy” z socreala. Nazajutrz skierowaliśmy się na północ przez Mołodieczno i Wilejkę w stronę Naroczańskiego parku narodowego. Po drodze oglądaliśmy ze dwa kempingi w których to moglibyśmy się zatrzymać ale były one ciężką porażką. Jeden bez żadnych sanitariatów był typowo dla rybaków więc wieczorem będąc trzeźwymi raczej nie pasowalibyśmy tam. Drugi choć pięknie położony nad jeziorem Wilejskim był cały w błocie, z laptopem przebitym nożem przy recepcji jakoś też nam nie spasował.

            Dotarliśmy końcu nad jezioro Narocz które miało być wspaniałe z kempingami i kurortami nad wodą. Jezioro może było i ładne ale pogoda się popsuła, walnął deszcz a komunistyczne kurorty były jakieś z kosmosu . Ceny dla „innostrańców” w dolarach i to takich że Saint-Tropez by się nie obraziło a kemping bez możliwsi rozbicia namiotów za to z chatami drewnianymi jak w Szwajcarii. Stało to wszystko w mocnym kontraście do zapyziałych miasteczek i wiosek które mijaliśmy po drodze ale cóż – bogaci Białorusini z miasta stołecznego skoro nie mogą wyjeżdżać za granicę to też chcą spędzać luksusowo czas nad wodą w kraju. Darowawszy sobie te atrakcje pojechaliśmy szukać noclegu dalej na Północ. Niedaleko jest bardzo ładne XVIII wieczne miasteczko Postawy należące kiedyś do rodziny Tyzenhauzów. Odnaleźliśmy państwowy hotel w byłym pałacu tyzenhauzowskim, ceny miał prawie jak na dworcu w Brześciu. Skorzystaliśmy z niego szczególnie że na rozbijanie namiotu się nie zanosiło w strugach deszczu. Nazajutrz zwiedziliśmy sobie miasteczko z bardzo fajna magnacką zabudową racząc się co chwile lokalnym kwasem chlebowym. Jest ono bardzo klimatyczne z cerkwiami oraz pomnikiem Lenina na rynku.

     cerkiew we wsi  Zabrodie       

Z Postaw pojechaliśmy na wschód do porzuconej gdzieś pośród lasów wioski Zabrodie nad rzeczką o tej samej nazwie . Czytaliśmy jeszcze w Polsce że jest ma bardzo nietypowy ale i sympatyczny camping prowadzony przez dwójkę zapaleńców. I rzeczywiście tak było. Pośród niczego leży stara wioseczka – prawie skansen , ktoś tam jeszcze mieszka, niektóre zaś chaty są zostawione jak były i można je sobie oglądać. Sam kemping jest rzeczywiste dość „pojechany”. Właściciel Daniło i Katerina, młodzi ludzie naoglądali się na zachodzie różnych „ agrokultur” i zrobili u siebie też taką. Oprócz rozbicia namiotu można skorzystać z którejś z wiejskich chat albo ze starej przyczepy campingowej. Prowadzą też oni na powietrzu muzeum ze starymi sowieckimi i nie tylko samochodami które to często wypożyczają do produkcji filmów białoruskich. Na mikro polu namiotowym byliśmy sami ale w weekend zjeżdżali się ludzie żeby pooglądać wioseczkę i malutką drewnianą cerkiew. Wszytko pięknie położone w lesie nad rzeczką . Mają też tam starą ( podobno 200 letnią) banię – chatkę obok której rozstawili nasz namiot. Dziewczyny było bardzo zadowolone jak korzystaliśmy z bani – nie chciały z niej wychodzić.

            Wody bieżącej w agroturystyce nie było ale kompletnie to nie przeszkadza , pierwszy raz z drewnianego wychodka wręcz pachniało. Robiliśmy sobie ogniska i miło spędzaliśmy czas na łonie przyrody i wśród trzody chlewnej. Dziewczyny z kozami oraz z psami ( tymi dużymi i całkiem małymi) zaznajomiły się już całkiem .

we wsi  Zabrodie

        Po paru dniach pewnego poranka trzeba było się zbierać bo nasza wiza dobiegała końca. Skierowaliśmy się więc na zachód by przez Lidę dotrzeć do Grodna. Miasto całkiem całkiem z jego cerkwiami m.in. przedziwną Borysa i Gleba oraz ładną panoramą nad Niemnem. No i oczywiście z czołgiem na postumencie przy centralnym placu miasta. Była niedziela więc na placu miały miejsce dość kiczowate występy folklorystyczne . Zrobiwszy jeszcze spore zakupy jedzenia, kwasu i piwa wjechaliśmy do ojczyzny odstawszy swoje w kolejach na granicy.

I tym sposobem przydłużywszy sobie jeszcze pobyt na Mazurach o kilka dni wróciliśmy do naszych ukochanych Tychów.

Za tydzień z okładem obraliśmy znowu podobny kierunek by dalej kontynuować podroż tym razem omijając Białoruś .


powrót  do  menu   podróże