Brazylia, Paragwaj, Urugwaj oraz Andorra z Matyldą  i Klementyną       lipiec-sierpień 2019

   Pełny album zdjęć, kliknij na zdjęcie:  


            Pomysł na Brazylię i w ogóle Am. pd przyszedł całkiem znienacka. Będąc w maju w Hongkongu zobaczyłem że pojawiła się na „Loterze” oferta super tanich przelotów do Brazylii: a to Sao Paolo, a to Rio De Janeiro. Nie wiem czy to były promocje czy błędy systemów z cyklicznymi datami wylotów z Niemiec ale w terminach nie bardzo nam pasujących ( bo już po wakacyjnych) z racji uczęszczania naszych dzieci do szkoły:) Mimo to kupiłem bilety przez stronę skandynawskiego operatora ale zostały one anulowane i płatność wróciła. Co parę dni jednak znowu pojawiały się te lub bardzo podobne opcje i w końcu podczas naszego pobytu w Chińskiej Sanya trafił się wylot tym razem z Paryża do Rio na wakacje liniami Royal air Maroc. Cena była bardzo dobra, po zestawieniu kilkunastu opcji wylotowo-powrotnych najtaniej wyszło 1280 zł od łebka w obie strony. Tym razem płatność przeszła i po paru dniach przyszły e-tickety;)

Przydała się bardzo karta REVOULT która umożliwiła błyskawiczne przewalutowanie on line bez strat na spredach ( zakup finalnie zrobiłem w koronach norweskich)


        Byliśmy bardzo zadowoleni gdyż wakacje zbliżały się i jak się później okazało już taka okazja się nie powtórzyła. Przygotowania zaczęliśmy na kilka tygodni przed wylotem . Z powodu bardzo dużych odległości na kontynencie postanowiłem skupić się na Brazyli na południe od Rio i krajach małych ościennych, żeby nie latać po całej Ameryce południowej i wszystkiego tylko lizać po trochu;)

Uważałem też że ze względu na dzieci nie czas jeszcze na hardcorowe wyprawy i przedzierania się przez dżunglę, często przez rejony malaryczne. Na Amazonię, Peru , czy też Boliwię przyjdzie jeszcze czas jak podrosną;) A tymczasem można zajrzeć do krajów niekoniecznie z pierwszych stron podróżniczych blogów jak Paragwaj czy Urugwaj.

    Kolorem czerownym: trasa która odbyliśmy autobusami (głównie nocnymi )  i  jednym promem  ( z Buenos Aires do Urugwaju -Colonia del Sacramento )    średnia cena biletu nocnego "pół sypialnego"  wktórym można sie wyspać  około 150 - 220 zł

    Kolorem czarnym:  trasa dwóch przelotów tanimi liniami brazylijską GOL ( Rio de Janeiro - Kurytyba)  jeden bilet około 180 zł  oraz argentyńską FLY BONDI ( Posadas- Buenos Aires)  jeden bilet około 70 zł 

Kolorem niebieskim: trasa wypożyczonym samochodem  ( brazylijska wypożyczlnia Sixt)  Porto  alegre - Florianopolis ( koszt z paliwem i ubezpieczeniem  około 800-900  zł)

          Dokupiłem dwa loty wewnętrzne lokalnymi low costami, chciałem dokupić ich więcej ale ceny zmieniały się jak w kalejdoskopie podczas planowania samej trasy. Wszystkie inne dłuższe „przemieszczania się” zaplanowałem głównie nocnymi autobusami żeby nie marnować dnia . W Brazylii i nie tylko jest dość dobrze rozwinięta ich sieć i można do pewnych odległości przemierzać w ten sposób kontynent (kolei nie ma) . Oczywiście czasami trwa to dłużej niż noc, czasami krócej więc wtedy mocno rozwala to zwykły ludzki tryb dzień – noc, zwłaszcza podróżując z dziećmi:) Często trzeba też planować te „night linery” z wyprzedzeniem bo ilość miejsc jest ograniczona, mniej niż w klasycznym autokarze.


Nawiązałem również kontakty przez platformę Couch surfing żeby sporo czasu spędzić nocując u miejscowych , jak zwykle ciekawiło nas jak żyją, jak wygląda ich codzienność i co myślą o Polsce:)

Odzywali się ludzie którzy też mają dzieci, lub też podróżują, więc w kilku większych miastach które mieliśmy na swojej drodze udało nam się zaczepić u ludzi .


                Pierwszego lipca wyruszyliśmy naszym mocno już leciwym środkiem transportu do Paryża. Jedna nocka na campingu w Niemczech nieopodal Rammstein i drugiego dnia na wieczór zadokowaliśmy naszego woza na wcześniej zabukowanym paryskim parkingu w rejonie zupełnie nie przy lotnisku , ale za to w cenach zupełnie polskich;)

Wycieczka metrem i REREm na lotnisko Orly – przy okazji przetestowanie na żywo naszych bagaży - czy potrafimy się z nimi sprawnie przemieszczać, czy nie będą nas blokowały i stanowiły udręki podczas całego wyjazdu. Okazało się że na miesiąc podróży w rejony chłodniejsze od tych europejskich Aga niesie jeden nie duży plecak, dzieci nic , ja wszystko niosę „na sobie” i zostają mi jeszcze dwie wolne ręce:) .

Na Orly spędziliśmy noc na naszych niezniszczalnych dmuchanych materacykach na strefie odlotów - jako że jest to „porządne” lotnisko miejskie które nie obsługuje low costów, jest więc nieczynne nocą, nikt i nic nie zakłóca ciszy nocnej – wszystko jest zamknięte, nie ma odpraw i lotów;)

Z samego rana odprawiliśmy się w Royal Maroc i po kilku godzinach byliśmy już w Casablance. Tam miło czas spędziliśmy w luange przeznaczonej tylko dla podróżujących królewskimi liniami ( w standardach zupełnie nie – marokańskich, leżąc na wygodnych szezlongach w zamkniętej strefie lekkiego chiiloutu;) i już za parę godzin odprawialiśmy się również tymi liniami do Sau Paolo. Tu już rejs był całonocny za to porządnym szerokokadłubowcem więc można było zarówno się wyspać jak zatopić w systemach rozrywki pokładowej:) Klementyna najdłużej wytrzymała - do rana oglądając i na przemian grając:)


W Sao Paolo na terminalu „domestic” krótka przerwa podczas której byliśmy już ledwo żywi i przykimaliśmy , nastawione budziki i za chwilę – krótki godzinny lot do Rio.


W Rio trzeba było zebrać się do kupy i się ocknąć – szczególnie zaraz po przylocie żeby nie dać się gdzieś wpuścić w niebezpieczną na pierwszy raz komunikacje miejską. Nawet Lonely Planet podaje żeby nie jechać z lotniska autobusem miejskim ,są najbardziej narażone na obrabowanie:)

Najpierw więc miało miejsce poszukiwanie bankomatów które nie zdarły by zbytniej prowizji z Revoulta i dalejże Uberem do miasta. Na pierwszą noc mieliśmy zabukowaną malusieńką kawalerkę która udawała hostel. Na bookingu nie było nawet zdjęcia z niej co zresztą nie dziwi, za to były zdjęcia z najbliższej okolicy – z najbardziej znanych plaż: Ipanema i Copacabana:)

Copacabana nocą

Już myśleliśmy że zaraz wskakujemy do wody wśród roznegliżowanych latynosek i ich wydziaranych i obwieszonych złotem macho a tu nagle deszcz:(


Ale cóż, trzeba zobaczyć te piękne miejsca w każdych warunkach przyrody, szczególnie że słynne knajpy z drinkami wzdłuż plaż ciągną się kilometrami i są czynne niezależnie od pogody i pory roku.;)


Jeszcze przed wyjazdem powiedzieliśmy sobie że nie będziemy chodzili po aglomeracjach po zmroku – ale cóż zrobić jak to przecież tutejsza zima i może temperatury nie zimowe ale zmrok zapada bardzo szybko. Włóczyliśmy się więc również „po godzinach” ale żadne niefajne sytuacje nam się przytrafiły. Widać natomiast całe rozwarstwienie południowo-amerykańskie , jeden wielki tygiel od szklanych biurowców po fawele rozsiane po wzgórzach. Sporo bezdomnych śpiących gdzie popadnie na ulicach i wzdłuż plaż, sporo narkomanów, bardzo dużo różnego rodzaju policji też w krótkich spodniach i sandałach ale zawsze z długą bronią. Za to Copacabana genialna, piękna jak żadna inna „miejska plaża” tętniąca życiem zarówno za dnia jak i w nocy;)

czujemy się bezpiecznie w Rio;)  w towarzystwie  funkcjonariuszy Specjalnej Grupy Operacyjnej  GOE  Grupo de Operações Especiais 

Następne dni w Rio spędziliśmy u Sheili która mieszkała z pięcioletnim synem Romeo w dzielnicy nieopodal stadionu Maracana . Na początku podczas lekko deszczowej aury zwiedzaliśmy Centro - stare kolonialne miasto a raczej to co wybudowano w jego miejsce z początkiem XX wieku. Monumentalne dzielnice Castelo i Cinelandia z m.in. Biblioteca Nacional czyli futurystyczną katedrę Metropolitana. Ciekawymi miejscówkami w Rio są kawiarnie w stylu belle epoque jak „Confeitaria Colombo” z przełomu XIX i XX wieku - wytworne lokale nawiązujące do świetności cesarskiego Rio, olśniewające syntezą gustów „starego” i „nowego” świata.

widok z "Głowy Cukru "na  plaże Ipanema i Cobacabana , po lewej   wzgórze Corcovado z Jezusem Odkupicilem w oddali

        Miasto jest przepięknie położone na wzgórzach, pagórkach i skałach, niekiedy schodzących wprost do oceanu. Ponieważ pogoda szybko się poprawiła już następnego dnia wybraliśmy się kolejkami linowymi na słynną „Głowę Cukru” a także odwiedzić statuę Jezusa na wzgórzu Corcovado. Mimo że na pierwszy rzut oka wydaję się że wszystko w Rio można by ogarnąć w jeden – dwa dni , tak jednak nie jest . Odległości są sporę , metro nie dojeżdża wszędzie, wszystko jest „wielkomiejskie” w dosłownym słowa tego znaczeniu i dużo bardziej chaotyczne niż w największych miastach Europy. Niektóre dzielnice są bardzo ładne, szczególnie Lapa, Santa Teresa, niektóre takie że lepiej się w nie nie zapuszczać, wszystko nie tak odpicowane i błyszczące jak to bywa w Europie. Wycieczka kolejką na wzgórze Corcovado do Chrystusa Odkupiciela jest rzeczywiście dość długa, za to z góry widoki są bajeczne, natomiast sama figura Jezusa wydaję się jakby mniejsza niż na widokówkach i zdjęciach turystycznych z Rio:)

Cristo Redentor - Chrystus Odkupiciel na wzgórzu Corcovado

widok na wybrzeże i "Głowę cukru" ze wzgórza Corcovado

            Ostatniego dnia w Rio odbywał się finał Copa de America: Brazylia – Argentyna, wybraliśmy się więc rano z Sheilą pod stadion poczuć atmosferę wydarzenia ;)

stadion Maracana w dniu finału Copa America

        Już wieczorem mieliśmy autobus do Paraty – jednej z najlepiej zachowanej kolonialnej mieściny na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego nad zatoką Ilha Grande, znanej nam z okładki przewodnika po Brazylii który mieliśmy ze sobą;)

Tu już zupełnie inny klimat niż w Rio, małe miasteczko ze starówką całą w „kocich łbach"  i kilkoma bardzo malowniczymi kościółkami z XVIII wieku. Spędziliśmy tu parę dni robiąc stąd wycieczki lokalnymi autobusami wożącymi głównie dzieci ze szkoły w miasteczku do okolicznych wiosek..

najbardziej malowniczy XVIII wieczny kościół na wybrzeżu w Paraty:   Nossa Senhora das Dores

            Temperatury były w ciągu dnia jak u nas latem a nieopodal były najlepsze plaże na tej części wybrzeża więc następne dwa dni oddaliśmy się plażingowi i dłuuuugich spacerach plażami. Jednego dnia odwiedziliśmy malutkie Mirim z pustą plażą a drugiego genialną wioskę Trindade z miejscówkami jak na Jukatanie w Meksyku, momentami jak na Seszelach. Ponieważ to środek brazylijskiej zimy więc miejsca te były niezbyt licznie odwiedzane przez miejscowych  turystów;)

Praia do Cepilho w Trindade około 40 km  na południe od Paraty

w centrum Paraty

        Z Paraty pojechaliśmy z powrotem do Rio żeby od razu z dworca autobusowego podjechać tramwajem ( mega nowoczesnym jak na warunki brazylijskie) na miejskie lotnisko Santos Dumont. Za chwile mieliśmy lot na południe do Kurytyby. Tutaj na lotnisku czekali już na nas Rosana i Carlos z Couch Sufing , po chwili byliśmy już u nich w domu. Byli to starsi państwo – przedstawiciele wyższej klasy średniej. Żyli Bardzo komfortowo jak na warunki brazylijskie z dziećmi już na studiach poza domem. Ku uciesze naszych dziewczyn mieszkali też z trzema wielkimi psami golden rottweiller'ami  więc zabawy i śmiechu była co niemiara. Nazajutrz skierowaliśmy się do naszego głównego punktu w mieście czyli słynnego obiektu - Muzeum Oscara Niemeyera najbardziej znanego brazylijskiego architekta. Tak jak i inne modernistyczne budowle jego autorstwa powstałe począwszy od lat 60-ych sprawiają do dzisiaj wrażenie kosmicznych;)


Bo obejrzeniu miasta wieczorem wtopiliśmy się w „street food bazar„ który rozrósł się do sporych rozmiarów. Popróbowawszy kilku lokalnych smakołyków jak Tapioka czyli naleśniki z manioku , nasze dziewczyny wzięły udział w tańcach brazylijskich znad amazonki:) Były też dwie budy z napisem Polonia – Pierogi , jednak je omijaliśmy, jakoś nie śpieszno nam było do ojczystej kuchni;)
Wieczorem jeszcze gospodarze ugościli nas wspaniałą kolacją z brazylijskimi bułeczkami serowymi Pão de queijoa, na noc zawieźli nas na olbrzymi dworzec autobusowy gdzie mieliśmy wykupionego „night linera” na zachód.

            Przed nami Foz do Iguacu - największa atrakcja przyrodnicza całego regionu brazylijsko – argentyńsko – paragwajskiego czyli wodospady Iguazu.

Foz do Iguazu od strony brazylijskiej

Po nocce spędzonej w autobusie , zostawiwszy bagaże na dworcu autobusowym podjechaliśmy busami do samych wodospadów – pierwszego dnia oglądaliśmy je od strony brazylijskiej . Są rzeczywiście przepiękne - wielkie i majestatyczne – nie można jednak podejść tak blisko do nich jak na Islandii , peleryny i tak w niektórych momentach są konieczne :) Dodatkową atrakcja są Ostronose czyli małe futrzaste zwierzaki wielkości lisa . Są wszędobylskie, wchodzą gdzie popadnie,nie boją się ludzi. Nie wolno ich dokarmiać – są niebezpieczne i mogą pogryźć, trzeba być też ostrożnym bo pochodzą do plecaków i toreb w celu wyjęcia z nich prowiantu:).

wodospady od strony argentyńskiej

Po stronie brazylijskiej jest jeszcze spory „Park des Aves” czyli park/zoo tylko z ptakami. Woliery są tu naprawdę olbrzymie – jest tu zgromadzone około 1400 sztuk ptactwa m. in kolorowe papugi wielkich rozmiarów które cały czas latają wszystkim nad głowami, tukany które również spotkaliśmy na wolności , jak i różnej maści dziwolągi.


w brazylijskim "parku ptaków"

        Na wieczór przedostaliśmy się do Argentyny , gdzie w miasteczku Puerto Iguazu mieliśmy zabukowany niby „hostel”. Po stronie argentyńskiej na chodzenie po parku i zwiedzanie go potrzeba już więcej czasu - jest dużo bardziej rozległy, kursuje za to po nim kolejka którą można przedostać się dużo bliżej poszczególnych wodospadów. Największe wrażenie robi Garganta do Diablo (diabla gardziel) z olbrzymią ścianą wody spadająca z wysokości 90 metrów.


Po południu wróciliśmy busem do miasteczka , a tam z dworca z buta do naszego hostelu który był chyba jednym z „ciekawszych” w jakich przyszło nam mieszkać:) Poprzedniego dnia taksówkarz nie potrafił nawet znaleźć tej miejscówki ...

Był to po prostu jeden dodatkowy pokój jakiegoś domu tyle że z wejściem od ulicy a nie przez dom. Bez żadnej nazwy, szyldu czy czegokolwiek. Dzielnica była slamsowa, bez asfaltu, pokój był z grzybem nad podłogą, z zatkanym kiblem ( z zawartością kibla jeszcze sprzed naszego pobytu;) przypomniała nam się od razu Afryka sprzed 15 lat ;) Ale nie przyjechaliśmy tu rozkoszować się hotelami w których przecież i tak nie nocujemy:)

            Z córką właścicielki przez translatora dogadaliśmy cenę, a rano za niewielką dopłata mięliśmy podwózkę na dworzec do centrum miasteczka. Stamtąd udało nam się się złapać autobus już bezpośrednio do Paragwaju do miasteczka granicznego  Ciudad del Este. Autobus z powrotem wjechał do Brazylii z Argentyny by po kilkunastu minutach przejechać most na rzece Parana i wjechać do Paragwaju. Kazali nam tylko wysiąść na przejściu argentyńsko - brazylijskim , ale że jechali tylko miejscowi, na przejściu Brazylia - Paragwaj nikt nie wysiadł więc my również. Tak więc wjechaliśmy do niego bez kontroli paszportowej na nielegalu:)

Argentyna- Puerto Iguazu

Z Ciudad del Este było już sporo autobusów do stolicy do Asuncion. Po kilku godzinach na wieczór dotarliśmy do stolicy. Tutaj już całkiem inny świat – Paragwaj to jeden z najbiedniejszych krajów Ameryki pd. Dworzec autobusowy w stolicy przypomina te nasze z przełomu lat osiemdziesiątych / dziewięćdziesiątych. Wszędzie handel czymkolwiek na podłodze, na krawężniku , gdzie popadnie . Bankomatów zero więc wymieniliśmy trochę brazylijskich reali na lokalne guarani. W Paragwaju króluje już niepodzielnie Yerba . Wszędzie gdzie się obejrzysz można ją kupić, każdy trzyma termos lub klasyczną Matero z Bombillą z yerbą, od kierowcy autobusu, przez policjanta, kończąc na bezdomnych.

w paragwajskiej taksówce;)

        Od kobiet przy kontuarze że sklejki który głosił że sprzedaje się tu karty SIM nabyłem takową ale połączenie z netem było bardzo kiepskie – właściwie tylko działało w centrum stolicy. Skontaktowałem się z naszym następnym Hostem z Couch Surfing:  Alvaro. Po chwili przyjechał po nas i niedługo potem byliśmy u niego w domu. Dom miał całkiem spory i zapuszczony na maxa ale nie przejmował się tym zbytnio, z basenem który od lat już nie widział wody i robił raczej za ubikację dla psów i kotów. Alvaro pracował w IT i często wyjeżdżał do Stanów, miał więc ogląd na życie „ w dobrobycie” i nie przejmował się zbytnio  tym które miał w kraju. Na weekend przyjechały do niego dzieci w podobnym wieku co nasze, więc mogły odbywać się integracje;)

stolica Paragwaju - w tle pałac prezydenta

        Spaliśmy w pokoju dziecinnym ale nie poruszaliśmy się zbytnio po nim żeby nic nam nie spadło na głowę;) Tymczasem wybierając się na zwiedzanie stolicy Matylda zachorowała, skoczyła jej gwałtownie temperatura do niebezpiecznych 40 stopni i trzeba było jechać z nią do kliniki. Była to stolica więc nie było z tym problemu, ubezpieczyciel wskazał nam porządną prywatną lecznicę. Sporą część dnia zajął nam pobyt w niej razem z robieniem testów na wirusy. Potem jeszcze czekanie na wyniki i wizyta w aptece . Tak więc Asuncion zwiedzaliśmy na raty. Miasto jest raczej z tych zaniedbanych i mrocznych ale tym właśnie bardziej interesujące. Komunikacja jest znikoma i  bardzo chaotyczna więc korzystamy z Ubera  który jest   tu bardzo tani. W centrum miasta nieopodal pałacu prezydenckiego jest wielki slams z budami z dykty a pod budynkami rządowymi była jakaś demonstracja którą omijaliśmy szerokim łukiem. W parku miejskim widzieliśmy dwóch turystów i to byli wszyscy jakich spotkaliśmy w tym mieście. Jedną z atrakcji jest uroczyste ściąganie flagi narodowej przy „Mauzoleum Bohaterów Narodowych” Ma ono miejsce pośród handlującymi z krawężnika Indianek a bezdomnymi dla których też jest to spora atrakcja. W Asuncion musieliśmy zostać dłużej z powodu stanu zdrowia Matyldy więc nie zostało nam zbyt wiele czasu na pobyt w tym kraju – za dwa dni mieliśmy wykupiony wcześniej wylot z południa kraju do Buenos Aires.

pod katedrą Metropolitana " Nuestra Senora de la Asuncion"

        Po zobaczeniu stolicy i wykurowaniu się Matyldy wsiedliśmy w autobus na południe do Encarnacion . Ponieważ dziewczyny były zmęczone , zajechawszy na miejsce zdecydowałem się samemu na wycieczkę do ruin misji chrześcijańskich do Trindad i Jesus, które są w tym regionie kontynentu dość sporą atrakcją. Jest to  jeden z najrzadziej odwiedzanych zabytków z listy UNESCO na świecie . Miałem niewiele czasu więc zaraz po przyjeździe do Encarnacion i zadokowaniu dziewczyn w hostelu bezpośrednio przy dworcu - bazarze autobusowym  pojechałem potwornie wlekącym się autobusem w stronę północno – wschodnią który przejeżdżał niedaleko wiosek gdzie są ruiny. Spotkałem w busie  kilku młodych Rosjan – geografów z Uniwersytetu Moskiewskiego którzy też zmierzali do Trindad i Jesus. Wysiadając po godzinie pośrodku niczego dalej już razem poszliśmy oglądać ruiny które oblecieliśmy dość szybko bo powoli zaczął zapadać zmierzch. Do misji Jesus już nie dotarliśmy po zrobiło się ciemno i tak byśmy już nic nie zobaczyli. Razem też z Rosjanami późnym wieczorem wróciliśmy z powrotem do Encarnacion. Po powrocie na dworcu zakupiłem jeszcze na pamiątkę: akcesoria do yerby i wcześnie rano z dworca przedostaliśmy się do sąsiedniego miasteczka po stronie argentyńskiej do Posadas. Znów przez rzekę Parana która tutaj na południu jest już dużo szersza, nie tak jak w górnym biegu przy wodospadach Iguzau. Udało się również i tym razem nie wyjść z autobusu na granicy po stronie paragwajskiej (właściwie to nie mieliśmy wyboru:) więc w paszporcie nie został żaden ślad po tym kraju. Po stronie argentyńskiej już trzeba było ustawić się do papierologi granicznej i targować z taksówkarzami dojazd na lotnisko, nie było tu żadnej komunikacji miejskiej i Uber też nie działał. Wszystko było prawie na styk ale już po półgodzinie byliśmy na bardzo malutkim, starym lotnisku gdzie załadowaliśmy się do argentyńskiego low-costa Fly Bondi. Po godzinie lotu wylądowaliśmy  w „boskim Buenos” Aires. Tu lotnisko jeszcze mniejsze -  wielkości stacji kolejowej Tychy;) Za to lotnisko w samym mieście a nie oddalone 40 km jak to często się zdarza.


            Po wyjściu z samolotu okazało  się że to samo co powaliło Matyldę parę dni temu dopadło teraz Klementynę. Z tak wysoką gorączka musieliśmy zrezygnować z pobytu u kolejnego hosta z Couch Surfingu u Cecili która też miała małe dziecko, i poszukać na szybko jakiegoś noclegu. Jest ich w mieście całe mnóstwo natomiast z wolnymi miejscami w niskich cenach to już nie tak różowo. Trochę pojeździliśmy kolejką podmiejską, bo na początku okazało się że trafiliśmy do dzielnicy słynącej z burdeli, o nocowaniu z dziećmi nie mogło być mowy o czym poinformowało nas kilku właścicieli dziwnych przybytków:) Na szybko na bookingu znaleźliśmy najpierw hostel na jedną noc potem drugi – bardzo ciekawy w śródmieściu w Microcentro nieopodal monumentalnych kolonialnych budynków. Mieszkało w nim kilku freaków i osób pracujących chyba czasowo w stolicy. Był mocno obskurny i  świetnie położony nieopodal najszerszej ulicy na świecie: Avenida 9 de Julio składającej się z 16 pasów o 140 metrach szerokości.

Buenos - uroczysta zmaiana warty na Plaza de Mayo ( z Pałacu Prezydenckiego maszerują do Katedry papieża Franciszka:)


        W Buenos spędziliśmy kilka dni odwiedzając słynną kolorową robotniczą dzielnicę La Bocca gdzie Maradona stawiał pierwsze szlify w rodzinnym klubie. Pokazom tanga i wszelakiego kiczu nie było końca: no i oczywiście konieczne były słynne argentyńskie steki;) Odwiedziliśmy też centralne atrakcje miasta czyli Plaza de Mayo z pałacem prezydenckim z którego to balkonu Evita śpiewała do wiwatujących tłumów czy to katedrę Trójcy czyli były dom papieża Franciszka.

Buenos - w dzielnicy La Boca

Do tego nowoczesna portowa dzielnica Puerto Madero zwana dzielnicą kobiet (każda z ulic nosi nazwę znanej Argentynki;)  z ulicznymi pokazami tanga. Do tego  artystyczna dzielnia San Telmo ze świetnym pchlim targiem, a na śniadania chodziliśmy do pięknych ciastkarnio -piekarni zlokalizowanych w starych kamienicach z XIX wieku.

W Buenos bardzo intrygującym obiektem jest jedna z największych na świecie księgarni zlokalizowana w byłym teatrze z 1919 roku El Ateneo Grand Splendid.

księgarnia w teatrze;)

        Po pięciu dniach w boskim Buenos stwierdziliśmy że widzieliśmy już wszystko i że pora obrać drogę powrotną na północ. Kupiliśmy więc przez neta bilety na prom do Urugwaju do miasteczka Colonia del Sacramento. Trochę nam się pochrzaniły porty i ledwo co zdąrzyliśmy na czas, na szczęście prom sporo się spóźnił . Po godzinnym rejsie przez La Plata – czyli olbrzymie estuarium, powstałe z połączenia ujściowych odcinków rzek Parany i Urugwaj do Oceanu Atlantyckiego dotarliśmy do bardzo uroczego miasteczka Tu znowu trochę inny świat – tym razem Państwo najbogatsze w regionie – wszystko od razu dużo droższe   niż w Argentynie :)

        nabrzeże w Colonia de Sacramento

        Colonia ma piękną wybrukowaną starówkę wpisaną na listę UNESCO. Zwiedzaliśmy ją cały wieczór i obserwowaliśmy zachodzące słońce nad La Platą. Późnym wieczorem wsiedliśmy w autobus do stolicy Montevideo. Tam znaleźliśmy się już późno w nocy więc szybko Uberem skierowaliśmy się do kolejnego hosta z CouchSurfingu. Guillermo był wolnym strzelcem, wyluzowaną mocno osobą. Nie miał stałej pracy, głównie grał na gitarze w zespole łączącym jazz, reage z wpływami latino, robił zdjęcia. Niedawno wrócił z kilkumiesięcznej  wyprawy po Europie która całą odbył auto – stopem z gitarą w ręku.


        Spędziliśmy u niego dwa dni – trochę zimne bo rzadko mieszkając nie miał ogrzewania a to był przecież środek zimy:). Obejrzeliśmy sobie dokładnie Montevideo – fajne miasto, momentami dziwne, nie takich gigantycznych rozmiarów jaki Rio czy Bueons . Urugwaj jest najbardziej wyluzowanym (podobnie jak nasz host;) liberalnym krajem na kontynencie, trawa jest na legalu, nie widać też takiego rozwarstwienia społecznego jak w Brazylii.

Na wielu kamienicach i murach są piękne murale , wiele z nich dotyczy tematów sprzed lat czyli niewolnictwa i życia w koloniach. Żywiliśmy się głównie tak jak i w Argentynie mięsem ( czym innym za bardzo się nie da;) np.  milanesa a la napolitana czyli kotlet wołowy zapiekany w cieście  w piekarniku jak pizza z rożnymi serami. Na centralnym bazarze w stolicy skorzystaliśmy również ze słynnych steków które tak samo jak w Argentynie są tu mega popularne.


niepodległościowe murale w Montevideo

        Z Montevideo wyruszyliśmy na północ jadąc wybrzeżem, naszym kolejnym przystankiem było Punte Del Diablo. Latem jest to wieś rybacka z infrastrukturą turystyczną , oczywiście bez wielkich resortów ale z wieloma domkami nad samym morzem. Ponieważ był to środek zimy, turysty nie były żadnego ale temperatura też była iście zimowa – około 10 stopni. Do tego zaczęło lać i wiać jakby diabeł chciał poodrywać głowy.  Punto Del Diablo zapamiętamy jako rzeczywiście miejsce gdzie diabeł mówi dobranoc. Poza wałęsającymi się psami nie było nikogo. Widok  zamkniętych na 4 spusty bud z żarciem i posepnych -  pięknych  plaż sprawiał wrażenie iście diabelskie;) Mieszkańcy też chyba mieli doła sadząc po ogłoszeniach przykościelnych o zebraniach anonimowych alkoholików no ale jak w taką pogodę nie pić;)

 

Punto del Diablo

                Zakwaterowaliśmy się w kontenerze morskim przystosowanym jako domek letniskowy. Bardzo ciekawa sprawa – dobrze że właściciel przyniósł nam grzejnik elektryczny bo byśmy zamarzli. Po dwóch nocach w Punto wyruszyliśmy busem na północ, na granice z Brazylią. Wszytko fajnie tylko że kierowca autobusu na granicy był bardzo niecierpliwy i podczas gdy przechodziliśmy odprawę paszportową wziął i odjechał:(

Zostaliśmy zupełnie bez bagaży tylko z paszportami w ręku. Trochę ogarnęła nas panika- wybiegliśmy z wrzaskiem z punktu kontrolnego biegnąc za busem ale gdzie tam – pojechał w siną dal.

Biegnąc wzdłuż drogi Aga zatrzymała wóz policyjny . Zapakowaliśmy się do nich i podwieźli nas do miasteczka granicznego Chuy do punktu obsługi tejże firmy przewozowej. Odetchnęliśmy z wielką ulga gdy zobaczyliśmy tam nasze wszystkie rzeczy. Aga prawie rzuciła się w podzięce policjantom na szyję – przynajmniej nie musieliśmy z buta w niepewności iść parę kilometrów do miasteczka. Tutaj już w Brazylii podglądaliśmy sobie jak toczy się życie przygraniczne ( głównie handlowe). Oprócz straganów „ z krawężnika” było również centrum handlowe gdzie wszystko było tylko za USD:) Na dworcu wielkości niedużej remizy zamykanym na wieczór na łańcuch kupiliśmy bilety na nocny autobus do Porto Alegre.


            Nad ranem wysiedliśmy na lotnisku w Porto Alegre ale nie żeby iść na samolot tylko swoje kroki skierowaliśmy do wypożyczalni samochodów. Dwa dni wcześniej zabukowałem auto – chcieliśmy dojechać do kanionu Itaimbezinho największego wąwozu w Am.pd. co było rzeczą niemożliwą korzystając z komunikacji lokalnej.

Tak więc zapakowaliśmy się do małego  peugota i ruszyliśmy w góry. Droga była bardzo malownicza, takie nasze Bieszczady. Przejeżdżając przez kurort Canila trochę się uśmialiśmy – tyle marketingowego kiczu dawno nie widziałem np. plastikowy pałac w stylu „arabskim” z naganiaczami w turbanach przed nim albo „kraina lodowa” cała z plastikowego śniegu z monstrualnymi plastikowymi bałwanami przy drodze. Za to wodospad Caracol pod kurortem był piękny , jest zrobiona tam  platforma widokowa z windą z której można go obserwować z dużej wysokości wraz z licznym ptactwem .

Następnie pojechaliśmy do malutkiego górskiego Cambara do Sul meldując się tam już po zmroku. Zabukowałem nocki w schronisku górskim – raczej nie ogrzewanym, za to w pokoju z klimą nastawioną na grzanie więc daliśmy rady;) Dziewczyny miały używanie bo przy schronisku były kot oraz młode psy z mamą . We wiosce w lokalnej knajpie będąc jedynymi gośćmi brataliśmy się z właścicielem popijającym ciągle wino domowej roboty i częstującym nas nim ciągle . Usiłował nauczyć się imion naszych córek, nie szło mu to jednak zbyt sprawnie;).

    Stad już bardzo blisko do pięknego brazylijskiego „Wielkiego Kanionu” głębokiego na 700 metrów .Pogoda była piękna świeciło słońce, ale już w samym kanionie ciągła mgła. Zrobiliśmy całodzienną wycieczkę, niestety nie dane nam było zbytnio podziwiać pięknych okoliczności przyrody w całości z powodu panującej mgły. Kanion jest dość nietypowy bo w odróżnieniu od wielkiego Kanionu czy Kanionu Czeryńskiego w Kazachstanie jest mocno zalesiony. Na wieczór wróciliśmy do schroniska w którym było baaaardzo zimno, dziewczyny poszły spać równo z psami właścicieli , one w nieogrzewanej budzie my w sumie tylko w lekko ogrzewanej;) .

          Park Narodowy Aparados da Serra -   wejście do  kanionu Itaimbezinho  o głębokości 700 metrów i dł. 6 km,  typowe drzewa tego regionu Araukaria

            Pora było powoli kończyć wyprawę i kierować się już w stronę Rio. Odbyliśmy całodzienną trasę na północ, zjechawszy z gór ciągle wzdłuż wybrzeża by na wieczór dojechać do Florianopolis. Tutaj zdaliśmy auto i na dworcu czekaliśmy na nocny autobus do Rio na który udało mi się kupić ostatnie cztery wolne miejsca. Odcinek znowu był spory – jechaliśmy całą noc i pół dnia. Tyma razem inaczej jak prawie miesiąc wstecz przywitała nas w Rio piękna słoneczna pogoda z temperaturą jak w letnie dni w Polsce. Tym razem zadokowaliśmy się w prawdziwym hostelu również w dzielnicy Copacabana przy plażach . Życie nocne przy takiej pogodzie wyglądało znacznie lepiej niż „na mokro”. Kąpaliśmy się jeszcze wieczorem, potem spijaliśmy ostatnie  mega mocne „litrowe” drinki z Cachaca czyli z wódką z trzciny cukrowej - o mniejsze tu ciężko:)


            Ostatniego dnia również korzystaliśmy z uroków oceanu na Copacabanie – w końcu wszystko mieliśmy już zobaczone w Rio. Może całkiem nie wszystko – oprócz jednej rzeczy którą zostawiliśmy sobie na sam koniec . Było to „nieziemskie” prawie w dosłownym słowa tego znaczeniu futurystyczne muzeum sztuki nowoczesnej w budowli architektury Oscara Niemeyera. Fascynuje nas ten brazylijski architekt po którym oprócz stolicy Brasilii zostało kilka obiektów w większych miastach. Museu de Arte Contemporanea przypomina zarówno zewnątrz jak wewnątrz nieco statek kosmiczny. Lokalizacja jest nie przypadkowa – nad zatoką Guanabara skąd rozciąga się piękna panorama na drugi brzeg z Głową Cukru i Jezusem na wzgórzu Corcovado.

muzeum sztuki nowoczesnej  działa Oscara Niemeyera w Rio

Copacabana - Rio

        I tak po miesiącu zakończyliśmy naszą brazylijska przygodę , jeszcze tylko Uber na lotnisko międzynarodowe Galeao skąd samolot do Maroka, stamtąd do Paryża i potem kontynuacja jeszcze przez prawie trzy tygodnie podróży po Europie do Andorry. Ale to już zupełnie inna historia...

 filmik   z bohaterami z Ameryki Południowej i nie tylko;)



                                                             powrót  do  menu   podróże