rejs na Antyle Francuskie   z Matyldą  i Klementyną - grudzień   2018

                            

   Pełny album zdjęć, kliknij na mapę:  

plan naszego rejsu Costa magica , grudzień 2018 : Marsylia - Malaga - Tenryfa - Martynika - Gwadelupa

 
                

            Pewnego deszczowego  poniedziałku podjeżdżałem akurat pod pocztę w Katowicach gdy tu nagle na powiadamiacza na komórkę zeszło mi coś bardzo interesującego:) Pojawiła się okazja zakupu na podróż o której już dawno marzyliśmy – długi rejs transatlantykiem na drugą półkulę. Postanowiłem nie wysiadać z auta i olać pocztę i sprawdzić dokładnie ofertę: była to podróż z Włoch/Francji przez morze śródziemne i ocean na francuskie Antyle a dokładnie na Martynikę i Gwadelupę. Oferta była tylko na jeden sztywny grudniowy termin za to w rewelacyjnych cenach tzn. 315 euro od dorosłego i połowa tego za dziecko. Rejs był na pokładzie włoskiego armatora Costa na olbrzymim „Tytaniku” Costa Magica. W cenie rejsu było wszytko oprócz alkoholu i "napiwków" które są z góry określone za każdy dzień i doliczone do całości po zakończeniu rejsu. Wychodziły one po 90 euro na „łebka” za cały rejs. Nawet z nimi, cena była bardzo, bardzo dobra . Niewiele namyślając się żeby oferta nie zniknęła natychmiast sprawdziłem możliwości dolotów do ewentualnego miejsca rozpoczęcia rejsu czyli Włoch lub Francji oraz powrotów z Karaibów do Europy. Szybko ustaliłem że jest w czym wybierać i znalazłem powrót z Gwadelupy do Paryża tanimi czarterami . Tak więc wejście na pocztę opóźniło mi się o jakieś 40 minut, ale w tym czasie zaplanowałem i oszacowałem całość no i kupiłem bilety na ten prawie dwutygodniowy dniowy rejs:)


        Było jeszcze dużo czasu żeby potem na spokojnie w następnych tygodniach bez presji czasu dokupywać bilety "tam" jak pojawią się w fajnych cenach w low costach. Dokupiłem loty Ryanairem z Katowic do Marsylii gdzie mogliśmy wsiąść na statek, przez Londyn. Na powrót z Gwadelupy do Paryża też wyczekałem trochę aż ceny biletów spadły do bardzo przyzwoitych siedemset złotych z groszami tanią linią czarterową Level która wozi francuskich turystów w ich zamorskie prowincje, no i z Paryża Wizzairem do Wrocławia.

        Tak więc naszą 3 tygodniową Podroż ( zaplanowaliśmy zostać na trochę na Gwadelupie)  zaczęliśmy 1 grudnia od lotu do "Londka" – jest to stolica jednego z trzech krajów Europy w którym nie byliśmy, którego nie lubię i nie chcę za bardzo go odwiedzać. Moja opinia o nim tylko się pogłębiła – chcąc spędzić noc na lotnisku w Luton ciągle byliśmy przeganiani z miejsca w miejsce - nie wolno spać na lotnisku i tyle. W końcu nas sfotografowano i wykurzono definitywnie jak rozłożyliśmy się z materacami przy samych krzesłach na których oczywiście można tylko siedzieć a nie zasypiać. Zdegustowani poszliśmy a raczej pojechaliśmy windą na stacje kolejową która jest kondygnację lub dwie niżej i powędrowaliśmy na peron do mini poczekalni. Była całkiem pusta, rozłożyliśmy więc nasz majdan. Dobrze że była trochę ogrzewana bo na zewnątrz było kilka stopni i lał deszcz. Tym razem nikt nas na szczęście do rana nie niepokoił . W tych warunkach typowej jeszcze dla studenckich czasów "partyzantki miejskiej " przekimaliśmy do rana po czym zebraliśmy się i wjechaliśmy z powrotem na lotnisko.

na lotnisku  w Luton w Londynie

              Dobrze że Aga nastawiła na wcześniej budzik bo przez zwijanie całego stafu, baaaardzo długi spacer z peronu na lotnisko i potwornie długa kontrolę wbiegliśmy na halę odlotów jak już zamykali wejście na pokład , po nas jeszcze tylko dwie Francuzki z wywalonymi językami wbiegły do samolotu do Marsylii:) Po dwóch godzinach organizowaliśmy już podróż środkami komunikacji żeby przejechać całe miasto w stronę portu. Tu już na nabrzeżu bez problemu znaleźliśmy firmową podwózkę autobusem armatora pod sam statek i oczom naszym ukazał się olbrzymi kolos jakiego jeszcze wcześniej nie widzieliśmy. Po paru chwilach i zarzuceniu nam wianków z plastikowych kwiatów, witały nas już dziewczyny i chłopak w strojach i nastrojach iście karaibskich i oczywiście przy takowej muzyce. Po następnych paru chwilach poczuliśmy błogie szczęście w naszej kajucie wspominając poprzednią "partyzancką" noc :)

        Tak też zaczęła się nasza przygoda na statku . Nie pływaliśmy jeszcze na czymś takim i nie wiedzieliśmy czego się spodziewać więc każda rzecz nas cieszyła i wyglądała jak z jakiejś innej fantastycznej bajki. Oczywiście kulinaria: do wyboru kilka knajp, posiłki można spożywać praktycznie na okrągło z krótkimi przerwami by wieczorem zasiadać we włoskiej restauracji i wybierać w potrawach które jedliśmy pierwszy raz w życiu. Co dziennie menu było inaczej przygotowane, za każdym razem tematyczne, dotyczące np. rożnych regionów Francji, potem Włoch a przy celu podróży dominowała kuchnia karaibska. Przyjmowaliśmy więc tak duże ilości kalorii że oczywistym stało się że trzeba je spalać, korzystaliśmy więc z dobrodziejstw fittnesowych statku tzn profesjonalnej siłowni oraz ścieżki joggingowej zlokalizowanej na jednym z wyższych podkładów. Do saun i salonów spa nie pchaliśmy się, co innego do jakuzzi licznie zlokalizowanych przy dwóch otwartych i jednym krytym basenie z których to znowu dziewczyny nie chciały wychodzić przez większą część rejsu;)

Costa Magica w porcie w Maladze

        Ponieważ byliśmy we czwórkę, dostaliśmy całkiem sporą kajutę z oknem o którą dbał i sprzątał codzienne przypisany do nas  Jessie a w naszej restauracji mięliśmy własnego przemiłego kelnera Peruwiańczyka Arturo.

        Dowiedzieliśmy się też już po czasie, że przy wyborze rejsu trzeba zwracać uwagę na różne jego „aspekty” .Tzn niektóre rejsy są "dedykowane"  np. dla singli,  dla transów, dla LGBT. 

           Podróżowanie w takich warunkach potraktowaliśmy jako zupełną odskocznię od tego jak przeważnie spędzamy czas w trasie . Ponieważ i tak planowaliśmy wylot na francuskie Karaiby, połączenie samego przemieszczania się w taki sposób , wypasionym statkiem zamiast parunastu godzin lotu samolotem uważam za świetne i nie takie drogie rozwiązanie. Wszytko traktowaliśmy jako nową przygodę, wszystko nas bawiło i cieszyło. Raz na jakiś czas można więc z takiego środka lokomocji skorzystać:) , szczególnie że nie szlajamy się nigdy po hotelach wielogwiazdkowych a namiot jest nam najbliższy pod każdą szerokością geograficzną:) 

       No dobra ale tutaj stety / niestety nie wzięliśmy namiotu;) Na statku nie sposób się nudzić, codziennie wieczorem dostajemy rozpiskę co będzie się działo dnia następnego i z czego możemy skorzystać. Wszytko oczywiście w cenie biletu. I tak od nauki tańców wszelakich, nauki języków, biblioteki, debilnych konkursów typu „jak to melodia” „jaki to film” itp., poszukiwaniu statkowo-wirtualnych pokemonów przez zajęcia sportowe typu: aerobiki, zumby,joggingi, siatkówka, treningi personalne na siłowni, wykłady o zdrowiu i odżywianiu się i inne piłkarzyki i ping-pongi po codzienne wieczorne imprezy i dyskoteki z muzyką na żywo lub nie, na kilku pokładach równocześnie, salon gier, sklepy, kasyno i w końcu pełno wymiarowy zajmujący kilka pokładów kino – teatr w którym codziennie jest jakiś spektakl lub koncert. W pewnym momencie z nadmiaru wrażeń i ich natłoku byliśmy wykończeni ale uśmiech nie schodziłm nam z twarzy;)

Dla dzieci też nie brakowało atrakcji, codziennie można było zostawiać dzieciaki w przygotowanym dla nich klubie na zajęcia i atrakcje sportowo- artystyczno-rekareacyjne pod rożnym kątem wiekowym . Na upartego można je było zastawiać na całe dnie bo chodziły razem z animatorami   na posiłki a wieczorem miały dyskoteki tematyczne które kończyły się o pierwszej w nocy(!)

trzeciego   dnia wypływamy z Malagi na Costa Magica:)

        Nasze dziewczyny rzadko jednak korzystały z tych atrakcji , jak już naprawdę nie miały co robić to najchętniej bawiły się same w kajucie;) Jak na taką ilość pasażerów dzieci nie było zbyt wiele, w ogóle na statku dominowały roczniki przy których my wyglądaliśmy zupełnie młodo:)


            Na pogodę trafiliśmy rewelacyjną bo już zawitawszy trzeciego dnia do pierwszego portu w Maladze temperatura zrobiła się iście wakacyjna i ten plażowy klimat już się nie zmienił do końca. Na tym przystanku zaopatrzyliśmy się w kilka butelek wina w lokalnym ALDIku które na szczęście nie zostały nam skonfiskowane przy powrocie z miasta na statek. Może dlatego że widzieli że jesteśmy z dziećmi i nie kopali nam w plecaku:) Tak czy owak na następnym drugi całodniowym zakotwiczeniu na Teneryfie zabrano nam jedną zakupioną butelczynę która oddali dopiero na koniec rejsu:(

przytanek na Teneryfie

            Po opuszczeniu starego lądu płynęliśmy kilka dni przez cały Atlantyk . Pogoda robiła się coraz bardziej tropikalna więc całe dnie praktycznie spędzało się na górnych pokładach racząc się wspaniałościami kuchni na powietrzu przy basenach ( na statku było 150 kucharzy) . Któregoś dnia otwarto zjeżdżalnie na jednym z basenów, dziewczyny znikały więc na niej na całe godzimy.

W dniu w którym przekraczaliśmy zwrotnik raka była wielka impreza, był Kolumb ze swoją świtą oraz wielka celebra razem z kapitanem.

Arturo w naszej restauracji ;)

imprezę czas zacząć:)

prezentacja na "festiwalu" księżniczek i kapitanów- imprezie dla dzieci

w Teatro Urbino

        Jako pamiątkę kupiliśmy mały model naszej Costa Magica , w rzeczywistości statek miał 17 pokładów w tym 11 pasażerskich zabierał 3500 pasażerów i 1000 osób załogi. Budowa jego trwała 2 lata i kosztowała 450 mln euro. Napędza go 6 generatorów diesla o mocy 60000 Kw produkując dziennie prąd jaki zużywa 50 tys. miasto. Żeby rozpędzić statek do prędkości 20 węzłów potrzeba 7,5 tony paliwa na godzinę;) W jego czterech kuchniach w ciągu 10 dni przerabia się 6 ton ziemniaków, ponad 4 tony sera, 12 ton mięsa, 34 tys jaj, półtora tony ryżu i prawie 10 ton makaronu...UFFFF




Jeszcze tylko przed ostatnia noc na statku, wielkie imprezy pożegnawcze na kilku poziomach, tym razem połączone z degustacjami słodkości ulokowanych pomiędzy rzeźbami z lodu na głównym pokładzie ;)


        Na Martynikę przypłynęliśmy z samego rana. Po zejściu z pokładu w Fort de France poszliśmy w stronę miasta żeby wypożyczyć auto ale nie było już wypożyczalni w miejscu o którym pisał nasz Lonely więc wróciliśmy do portu i wypożyczyliśmy samochód od naganiaczy którzy przebierają nogami w oczekiwaniu na statki. Trochę potargowaliśmy i pojechaliśmy na zwiedzanie wyspy. Nie jest ona strasznie duża więc można w ciągu dnia mając swój środek transportu dojechać w parę fajnych miejsc. Ze stolicy udaliśmy się na północ do ponoć najfajniejszego miejsca na wyspie do malutkiego miasteczka St- Pierre . Leży ono u stup ciągle aktynowego wulkanu, na pocz. 20 stulecia zostało całkowicie zniszczone w ciągu 10 minut po wybuchu  Mont Pelee i zostało zasypane przez pył wulkaniczny. Można sobie podglądać teraz kilka ruin m.in. osiemnastowiecznego teatru francuskiego z czarnego osmalonego kamienia głównie porośniętego gęstą ścianą zieleni. Siła wybuchu była 40 - krotnością wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie. Jedynym ocalałym z 30000 maisteczka był więzień Cyparis którego przed zagładą uchroniła właśnie kamienna cela w lokalnym więzieniu;) Ruiny tegoż wiezienia z celą ogląda się do dzisiaj. To co przetrwało i zostało odbudowane jest ciągle w ”minionym klimacie” sprzed wybuch wulkanu, czyli budynki z ciężkimi drewnianymi wrotami i kutymi z żelaza balkonami. Następnie skierowaliśmy się na południe wyspy malowniczą drogą  Rute de la Trace przebiegająca przez wulkaniczne wzgórza pośród lasów deszczowych na wybrzeże. Ta część wyspy jest spokojna, bez turystycznych tłumów i resortów. Dojechaliśmy do zatoki Grand Anse , do Anse d'arlet malutkiej wioski rybackiej . Jest przepięknie położona z plażą na którą prawie „wchodzi” mały 18 wieczny kościółek ( w którym właśnie kończył się pogrzeb).

St- Pierre, Martynika

Anse d'arlet, Martynika

Anse d'arlet, Martynika

        Trzeba było jednak wracać w stronę stolicy . Wieczorem przed odpłynięciem naszej Costy wypuściłem się jeszcze pozwiedzać miasto stołeczne – przypominała małe senne prowincjonale miasteczko gdzieś na południ Francji – patrząc na kilka budynków kolonialnych jak np. Palais de Justice czy biblioteka. Śmieszna jest dziewiętnastowieczna katedra St-Louis przed która na skwerze rosną palmy i przyozdobione już na święta choinki:)

przy porcie w Pointe-a-Pitre, Gwadelupa

        Nazajutrz rano dopłynęliśmy do Gwadelupy. Z portu w Pointe-a-Pitre zrobiłem całkiem sporą wycieczkę komunikacją miejską na lotnisko bo tylko tam były zlokalizowane wypożyczalnie samochodów- auto  mieliśmy już zabukowane wcześniej. Dopiero po paru godzinach odebrałem dziewczyny z portu ponieważ w mieście były zamieszki studenckie, wiele dróg było zatarasowanych, wyjazd  po samochód na lotnisko oddalone od portu o parenaście kilometrów okazał się wyprawą czterogodzinną godzinną. Na szczęście  dziewczyny  grzecznie  cały czas na mnie czekały;) Trochę było jaj ze znalezieniem naszego noclegu przy bukowanego wcześniej w Airbnb - w końcu się udało, mieliśmy cały dół domu dla siebie a u góry mieszkali właściciele. Co prawda po przyjściu od razu kabina prysznicowa spadła na nas a wi-fi było jak jak w latach 90 -ych ale nie przyjechaliśmy tu przecież siedzieć na chacie;) Pierwszej nocy poczęstowali nas lokalnym rumem , mój francuski nie pozwalał jednak na jakąś wnikliwszą konwersację ale mieli na miejscu kota zamkniętego w szopie więc z dziewczynami co jakiś czas robiliśmy do niego wycieczki:)

plaże z białym piskiem przy St-Anne, część wschodnia Grande- Terre, Gwadelupa

        Na Gwadelupie spędziliśmy 5 dni. Wyspa ma kształt motyla – my żyliśmy na prawym skrzydle Grande- Terre przy misateczku St-Anne gdzie były najfajniejsze plaże z białym piaskiem. Na prawe skrzydło Basse- Terre wybraliśmy się pewnego dnia żeby powypoczywać na czarnym pisaku na plażach w okolicach południowej części wyspy przy Trois Rivieres. Niedaleko stamtąd w dżungli w Chutes de Carbet jest fajny punkt widokowy na najwyższy na wyspie 115 metrowy wodospad i wulkan Lasoufriere.

    Ta zachodnia  cześć wyspy jest trochę mniej uczęszczana, wybrzeże jest poszarpane i głównie klifowe. Jedną z fajniejszych atrakcji oprócz czarnych plaż jest tu wodospad Cascade aux Ecrevisses malowniczo położony w dżungli pod który prowadzi ścieżka.  W tej częsci Gwadelupy Są jeszcze plaże z pomarańczowym piaskiem ale nie chciało nam się już tam pchać;)

plaże z czarnyem  piskiem przy zatoce Grand Anse, część zachodnia Basse- Terre, Gwadelupa

            Jednak najfajniejszym miejscem na całej wyspie było położone na „naszej” części  Grande Terre :  Pointe de Chateaux. 
Jest to najdalej wysunięty na wschód kraju skrawek lądu. Jest bardzo malowniczy, woda roztrzaskuje się o skały i poszarpane klify pomiędzy pięknym  plażami, jest to teren chroniony więc żadnych noclegowni i żadnej infrastruktury turystycznej tu nie ma.

     na cyplu  Pointe de Chateaux,   część wschodnia Grande- Terre, Gwadelupa

        Szybko zleciało nam te kilka dni smażenia się w słońcu – od drugiego dnia podroży kiedy dopłynęliśmy statkiem do Malagi cały czas nie opuszczało nas piekące słońce – raz tylko na oceanie przez chwilę padał ciepły deszcz, ale sztormu żadnego nie doświadczyliśmy więc lekkie kołysanie Costy  jednego go dnia na oceanie nie spowodowało żadnych dolegliwości żołądkowych:)


        Lot do Paryża minął bardzo szybko, gorzej było z przedostaniem się z lotniska Orly na lotnisko Beauvais. Są one po zupełnie przeciwnych stronach miasta a Beauvaisjest właściwie już całkiem osobną mieściną na północ od Paryża. Mając w zapasie kilka godzin i pamiętając o bajce  "Biedronka i Czarny Kot" która dzieje się w Paryżu postanowiliśmy zahaczyć o wieżę Eiffela o której to nasze dziewczyny często wspominały a propos tej lektury. Podejście na Pola Marsowe i wjazd na samą wieżę połączony z wchodzeniem z buta nie przypominał nam już odwiedzania tego miejsca w 95 roku – wszędzie zakazy, płoty i bramki i kontrole. Za to wieczorna panorama Paryża wszystkie trudy nam zrekompensowała:)

panorama Paryża

        Jeszcze godzina - dwie i byliśmy na podparyskim  lotnisku wielkością przypominającym dworzec PKS albo nasze mini lotniska jak  np. w Rzeszowie.

Z Wrocławia jeszcze tylko nocny bus do Katowic i już pierwszym rannym pociągiem na parę dni przed świętami dojechaliśmy do naszej browarnianej  wioski :  Tychów;))

 krótki film ze statku:)


                                                             powrót  do  menu   podróże