Zjednoczone Emiraty Arabskie  z Matyldą i Klementyną  - 2013

                            

                                        Pełny album zdjęć:

                

 
Zjednoczone Emiraty Arabskie - Dubaj (2013) z Matyldą i Klemenyną




        Bilety do Emiratów Arabskich namierzyliśmy w Wigilię – tym samy mogliśmy sobie sprawić fajny prezent bożonarodzeniowy:) Ceny była ( jak na owe czasy) bardzo dobra po 570zł od łebka Praga-Abu Dhabi-Warszawa. Był to błąd systemowy Alitalii która w tamtym okresie co jakiś czas zaliczała takie wpadki, dla nas jak najbardziej korzystne:) System sam później prostował te ceny ale reagując szybko można było się na nie załapać. Klementyna nie wchodziła nam do rezerwacji jako dziecko więc kupiliśmy dla niej bilet jak dla dorosłego żeby nie stracić okazji a cena i tak była bardzo atrakcyjna.

    To był jeszcze okres w którym trzeba było mieć wizę do Emiratów więc nie ominęło nas załatwianie jej przez biuro w Warszawie. Planowaliśmy całe 9 dni poświęcić na Dubaj wobec czego odpaliliśmy CouchSurfing w tym mieście i okazało się że jest duża liczba osób aktywnych,  głównie wśród obcokrajowców pracujących w Dubaju.


    Skorzystaliśmy więc z gościnności Diggiego – Hindusa który pracuje jako osobisty coach w tym zakręconym mieście. Na miejscu okazało się że na czas naszego pobytu udostępnił nam całe swoje mieszkanie, sam wyniósł się do narzeczonej - Bośniaczki która pracowała w Dubaju jako projektantka ciuchów.


    Podróż zaczęliśmy od wyjazdu jeszcze nieskończoną  A4 do Ostrawy ( dzięki  Mariuszek za podwózkę!), potem pociągiem do Pragi, samolotem do AbuDhabi z przesiadką w Rzymie. Będąc już w sąsiednim Emiracie zanim skierowaliśmy się do Dubaju,  skorzystaliśmy z okazji by zobaczyć meczet szejka Zayeda w Abu Dhabi, podobno trzeci co do wielkości meczet na świecie, mogący pomieścić 40 000 wiernych.
Jest rzeczywiście olbrzymi bo widać go było już z daleka jak  na dłoni, a mimo to spacer do niego z plecakami i z dziećmi wydawał się być długi, dłuższy, najdłuższy... Meczet w środku robi niesamowite wrażenie ale jest trochę za bardzo cukierkowy. Służy praktycznie tylko do zwiedzania a nie do modlitw, wszystko jest w nim „naj” i na pokaz. Dziedziniec wielkości małego lotniska, wszędzie biały lśniący marmur, na podłodze zaś leży największy na świecie dywan perski ważący 35 ton który rzeczywiście wygląda jakby był w jednym kawałku. Spacer mocno nas wymęczył więc na dworzec autobusowy wzięliśmy taksówkę – i tu miłe zaskoczenie, okazało sie że są niedrogie bo paliwo jest tu w cenie wody, chyba jedyna rzecz dużo tańsza niż u nas:)  Niedrogie oczywiście w Abu Dhabi  bo w Dubaju to już inna sprawa.


Wielki Meczet Szejka Zayeda bin Sultana Al Nahyana

Abu Dhabi, Wielki Meczet Szejka Zayeda bin Sultana Al Nahyana


    Dubaj od razu powalił nas swoim ogromem – mnie bardzo spasowała jego nowoczesna architektura: stal , szkło, beton wszystko w odjechanym designerskim sosie. Nie jest jednak on bynajmniej miastem do spacerów i spokojnego zwiedzania ( poza starym Dubajem ) i poruszanie się na piechotę po nowych dzielnicach z wózkiem i drugim dzieckiem na barana czasami daje w kość. 

    Z dworca w Dubaju odebrał nas Diggy po czym pojechaliśmy do  niego i jego dziewczyny. Okazało się że mieszka w Dubaj Marinie - ultra nowoczesnej dzielnicy niedawno co skończonej. Widoki z tarasu dachowego  na marinę były rewelacyjne. Sam wieżowiec też miał liczne udogodnienia jak supermarket do którego można było zjechać windą w kapciach, baseny i fitness center na dachu itp. Na plaże było całkiem nie daleko – była prawie pusta, być może dla mieszkańców było za zimno – w końcu był to środek zimy i temperatura były jak u nas latem.

widok na Marinę

widok na  Dubaj  Marinę z dachu "naszego" wieżowca

    Nie ma co opisywać szczegółów – tam trzeba pojechać i parę rzeczy zobaczyć . Nie jesteśmy zwolennikami centrów handlowych ale  wystarczy przejść się po największym na świecie ( piętnaście razy większym od katowickiej Silesii) centrum handlowym Dubai Mall, usiąść w jednej z jego 150-ciu  knajp i wyjść na plac z Tańczącą Fontanną żeby pod najwyższym budynkiem świata Burdż Chalifa chłonąć kosmopolityczną atmosferę tego  miejsca. Na koniec wjechać najdłuższą windą na świecie na również najwyżej położony na świecie taras widokowy.

    Wyjazd na Burdż Chalifę zarezerwowaliśmy jeszcze długo przed wylotem ponieważ godziny zachodu słońca były zabukowane na kilka tygodni wstecz. Panorama jest niesamowita i trochę dziwna – wokół mnóstwo nowoczesnych wieżowców ale za chwile za nimi nie ma nic – pustynia i tyle. Na szczycie wiatr wieje że urywa głowę i jest zimniej o kilka stopni  niż na dole.

Kryzys nawet tutaj dotarł - za gest wsparcia finansowego w trudnych kryzysowych czasach jakiego dokonał władca emiratu Abu Dhabi szejk Chalif  ibn Zajad dla klanu Maktumów rządzących Dubajem  wieża nie nazywa się jak na początku Burdż Dubaj ale właśnie imieniem szejka Abu Dhabi a zarazem prezydenta Zjednoczonych Emiratów.


W drugim zaś, ciut starszym centrum handlowym  Mall of Emirates można wybrać się na narty do zamkniętego „kurortu zimowego” pod szkłem , my poprzestaliśmy na obserwowaniu arabów oddających się zimowemu szaleństwu w kurtkach puchowych i arafatkach.

    Ponad tydzień to wystarczająco długo by dogłębnie zwiedzić całe miasto, jego starą część i nową. Wszędzie poruszaliśmy się metrem która łączy wzdłuż wybrzeża wszystkie dzielnice rozciągnięte na kilkadziesiąt kilometrów. Do niektórych atrakcji jednak po wyjściu z metra trzeba sporo drałować bo nikt nie projektował miasta żeby tu chodzić na piechotę.  I tak, żeby dostać się do kolejki magnetycznej która zawiezie nas do sztucznej wyspy w kształcie palmy Palma Dżumeira trzeba było iść prawie dwie godziny poboczem po autostradzie i olbrzymim rondzie jeszcze w budowie zanim dotarło się do stacji kolejki. Wyglądaliśmy trochę jak ufoludki targając się tam z dziećmi.
    Do ciekawszych budowli na pewno możemy zaliczyć Emirates Towers – dwa różnej wysokości wieżowce usytuowane przy siedmiopasmowej Sheikh Zayed Road, bardzo nowoczesne, a do gustu chyba przypadające szczególnie miłośnikom science fiction, bowiem wyglądają, jakby przybyły z innego świata.

metro

wejście do metra

Stary Dubaj z jego kwartałami Deira, Al Rigga to już całkiem inna bajka. Wystarczy przepłynąć  zatoczkę za 1 Dirhama na drewnianej Abrze  żeby poczuć atmosferę suków i uliczek arabskiego miasta. Jest tu całkiem inny klimat niż w typowo turystycznych miastach arabskich, nie ma nagromadzenia dużej ilości plastikowej tandety i turystów ze wschodu w plażowych strojach. Są za to liczne knajpy hinduskie, chińskie i różnej innej maści w których można się za niewielkie pieniądze najeść.

stary Dubaj

zabudowa starego miasta

        Jeszcze przed wylotem zarezerwowaliśmy sobie również „herbatkę” w słynnym siedmio-gwiazdkowym hotelu - żaglu Burdż al-Arab.

Herbatka okazał się najdroższą w życiu bo kosztowała ponad 500 złotych ale nie była do końca to zwykła herbatka.

A było to tak: chcąc wejść do hotelu trzeba mieć rezerwację w którejś z jego knajp, najtańszą opcją była właśnie wspomniana herbatka. Tak więc z wydrukowaną rezerwacją i przebrani w ciuchy które musieliśmy tu przytargać czyli koszulę z długim rękawem, buty nie sportowe itp. i  znowu po godzinnym spacerze z metra podeszliśmy pod bramę gdzie były wpuszczane samochody na sztuczną wyspę na której stoi hotel. Pod nim kotłował się tłum rosyjskich turystów „ubranych niestosownie” próbujących wejść ale pewnie nie mających żadnych rezerwacji. Pokazaliśmy strażnikowi papier po czym otworzył nam bez szemrania szlaban ( widok z zawiścią patrzących rosyjskich turystów – bezcenne).
Przeszliśmy kawałek po sztucznej grobli -  za chwile już byliśmy bo wejściem i  dopiero będąc po hotelem widać że jest nienaturalnie olbrzymi.

W środku musieliśmy trochę poczekać bo byliśmy przed czasem. Oglądaliśmy więc urządzone z arabskim przepychem wnętrze - jest raczej koszmarne, wszystko pozłacane i kiczowate, stylizowane na lata 50-60 te – widać że zbudowane już jakis czas  temu bo nieprzystające do reszty Dubaju. Obecne budowle projektują już na zachodnią modę, są lekkie, nowoczesne o ciekawym designie.

Postanowiliśmy pojechać na najwyższe piętra żeby zobaczyć panoramę na ocean ale nie jest to łatwe, na każdym piętrze po wyjściu z windy jesteśmy witani przez concierga który pyta nas co tu robimy i uprzejmie acz stanowczo odsyła nas na dół ponieważ nie jesteśmy mieszkańcami hotelu. Próbowałem też myku „na dziecko” tzn. usiłowałem przekonać że Matylda mnie tu wyciągała, że chce koniecznie zobaczyć Sky-Bar na najwyższym piętrze a jak tu odmówić małemu dziecku. Nic z tego. Tam w najdroższym hotelowym  barze rezerwacja jak i i drinki kosztują już majątek i nie można tak sobie od wejść i pooglądać zburzywszy spokój zaproszonych gości. Pod hotel zaczęły za to już podjeżdżać rols–ryce, lamborghini z których wysiadali ubrani w kreacje wieczorowe jacyś max-grubo-portfelowcy i jechali prosto do Sky baru który właśnie wieczorem otwierał swe podwoje.

Obsługi wydaje się być więcej niż gości, tak z resztą jest – na jedną osobę przypada kilku pracownikó, a osobisty concierge mówi w tym języku z którego są goście. W windzie widzieliśmy jak lokaj nosił walizki jakiejś japońskiej rodzince i rozmawiał z nimi po japońsku. Po polsku do nas nikt nie nawinął:(

Godzina „herbatki” się zbliżała więc zaprowadzono nas do stolika i podano kartę. Najtańszą opcją była właśnie owa herbatka – cen innych trunków lepiej nie wspominać: butelka jakieś nalewki z rocznika bardzo starego za 5000 euro. Tak czy owak wybraliśmy się tu na jedną „herbatkę” za 540 zł a tu trzeba zamówić dwie bo było nas dwoje dorosłych. Dzieci na szczęście nie muszą nic kupować. Nie wiedząc  co zrobić żeby uniknąć takich wydatków  powiedziałem kelnerowi że nie chcę nic i że nie mogę pić alkoholu ( w zestawie herabatkowym był kieliszek francuskiego szampana). Przez chwilę jeszcze próbował mi zamiast tego zaproponować świeży sok ale gdy zobaczył że odszedłem od stolika i zajmuję się dziećmi a Aga leży rozparta na sofie chyba uznał że tu tylko Ona przyszła. Ja  byłem  do zajmowania się dziećmi bo dał mi spokój i zaczął już tylko obsługiwać Agę.

Burdż al -Arab

Burdż al -Arab

Tak więc poprzestaliśmy na jednej herbatce czyli słuchając dźwięków harfy dostaliśmy: świeże owoce, misternie zrobione mini kanapeczki z jakimiś wykwintnościami, krwisty stek, szampan, soki, czekoladki i ciasteczka jak małe dzieła sztuki  z różnymi dodatkami – wszystko przepyszne, a na koniec wreszcie wjechała  herbata angielska w dzbanku. Oboje się najedliśmy tą „herbatką” i tyle to trwało że dzieci już się mocno wynudziły a Matylda zaczęła szaleć po hotelu. Ale widocznie wszystko jest tu dozwolone bo nikt nam nawet nie próbował zwrócić uwagi. Z hotelu zabraliśmy się na piechotę zamiast wsiąść do czerwonego ferrari jak wielu tu robiło, ale mieliśmy duży zapas energii żeby znów na piechotę dotelepać się do nas i jeszcze prze kilka dni poszwendać się po tym zakręconym mieście.


Wszystko co fajne szybko się kończy ...

ale chyba wystarczająco długo tam byliśmy bo po wyjściu z lotniska w Warszawie mieliśmy wrażenie że wylądowaliśmy na jakimś zapyziałem miasteczku na końcu świata:)

    

                                                             powrót  do  menu   podróże