Europa  Zachodnia pociągiem - 1998

                      i Paryż  auto-stopem :

                                        Pełny album zdjęć:


Europa pociągiem i auto-stopem (VIII - IX 1998)

                                

    

                Zatęskniłem znów za Paryżem  więc w lipcu pojechałem ze znajomymi  auto-stopem  do Francji i stamtąd do  Pragi.  W  stolicy Francji trafiliśmy akurat na rozgrywki  mistrzostw świata  w piłce nożnej. Finał oglądaliśmy przy polach elizejskich z rozentuzjazmowanymi tłumami francuzów którzy świętowali zwycięstwo  nad Brazylią 3:0. ZIDAN - PRESIDENT!  to skandowaliśmy wówczas razem z całym Paryżem. Cały wyjazd za 300 zł był  prawdziwą miejską partyzantką . Łącznie ze spaniem w kałuży pod katedrą Notre Dam, gotowaniem  zupek chińskich na  krawężniku pod Luwrem,  jeżdżeniem nocą metrem żeby się skimać itp.  
Po przyjeździe udało mi się jeszcze zorganizować wolne i wypuścić na cały sierpień  z Agą. Był to nasz pierwszy wspólny wyjazd,  tym razem już trochę bardziej cywilizowany:)

Całą podróż odbyliśmy na kolejowym bilecie Inter Rail.  Kupiliśmy go w przeliczeniu z Ecu, było to jeszcze przed wprowadzeniem Euro, kosztował 890 zł i obejmował trzy strefy, ważny był przez miesiąc. Podróż rozpoczęliśmy kilka dni wcześniej również pociągami tak żeby pierwszego dnia ważności Inter Raila być już w którymś kraju strefy czyli w naszym przypadku w Austrii.

Spaliśmy wyłącznie pod namiotem, w pociągach lub stacjach kolejowych ( z wyjątkiem Ceuty, gdzie zaliczyliśmy nasz pierwszy w życiu hostel).

Prowiant prawie na całą imprezę wzięliśmy ze sobą, w związku z tym noszenie plecaka było totalną katorgą. Plecaki nie mieściły się w dworcowych skrytkach, nie mówiąc już o umieszczaniu ich na górnych półkach w pociągu. Ale dzięki temu impreza była naprawdę niskobudżetowa.


Francja

Naszym pierwszym przystankiem było Chamonix. Rozbiliśmy sie pod Alpami z widokiem na Mont Blanc. Miasteczko jest idealnym miejscem do robienia wypadów; tak w góry jak i do innych okolicznych miast.

Zrobiliśmy sobie dwa całodniowe jak to sie ładnie nazywa treckingi. Jeden do pięknej groty lodowej, która znajduje się na lodowcu Mer de Glace, drugi do jezior polodowcowych na szczycie Brevent.

Z Chamonix wybraliśmy sie do Annency, spokojnego francuskiego kurortu gdzie główną atrakcją było lokalne muzeum otwarte do 24 godz. Następnie udaliśmy się do Genevy, gdzie spędziliśmy cały dzień i niestety noc (uciekł nam pociąg do Chamonix i cokolwiek by mówić o Szwajcarii ławki w parku są bardzo twarde). W Genewie przejechaliśmy się, jak dla nas do tej pory, najdroższym tramwajem. Krótki odcinek dwóch przystanków kosztował nas wtedy tyle ile bilet kolejowy z Katowic nad morze.

Naszym następnym przystankiem było Lazurowe Wybrzeże. Znowu podobny scenariusz, rozbiliśmy się nad morzem Śródziemnym w Villeneuve Loubet i stamtąd jeździliśmy do Nicei, Cannes i do Monaco. Chyba Monaco zrobiło na nas największe wrażenie. Ilość Ferrari i Lamborghini przeszła nasze najśmielsze oczekiwanie, udogodnienia dla pieszych typu winda na Monte Carlo. Nie wspominając o najbardziej topowym Casino, czy ulicach przystosowanych do rajdów F1.

Tam też po raz pierwszy podpadliśmy lokalnej policji. Okazało sie, że Paweł nie może chodzić po ulicach Monaco bez koszulki. Nie wiemy czy chodziło o to by nie dopuszczać do zbiegowisk młodych dziewcząt, czy o to, że się może przeziębić ????

W Cannes zrobiliśmy sobie obowiązkowe zdjęcia na czerwonych schodach Pałacu Filmowego. Niestety nie natknęliśmy się na żadną gwiazdę a sam Pałac zrobił na nas koszmarne wrażenie peerelowskiego molochu. Poopalaliśmy się (tym razem na legalu bez koszulek), przespacerowaliśmy sie promenadą i wróciliśmy do namiotu gotować nasze plecakowe jedzonko.

Z Nicei mamy same kulinarne wspomnienia, dobre tanie wino podawane w dzbanach  w knajpkach
oraz markety ze świeżymi bagietkami  i moja największa kulinarna wtopa. Miałam straszną ochote na sernik no i w końcu wypatrzyłam budkę z tym specjałem. Zza szybki wyglądał jak serniczek z rodzynkami a okazał się być żółtym serem podawanym na gorąco z szynką. Cóż fromage to serek nie koniecznie  sernik.



Hiszpania

Nasza przygodę z Hiszpanią zaczęliśmy w Barcelonie. Przybyliśmy na miejsce wcześnie rano po całonocnej jeździe w pociągu z Nicei. Nocowaliśmy pod Barceloną na małym campingu w miejscowości o strasznej nazwie Torradembara. Miasteczko było senne i położone nad morzem. Z Barceloną łączyła go kolejka podmiejska, w której leciała cały czas muzyka poważna.

W Barsie dokonaliśmy chyba rzeczy niemożliwej, a mianowicie z takim zapałem oglądaliśmy co popadnie, że jakoś umknęła naszej uwadze Sagrada Famila. Możecie nam pogratulować!

Ale za to napiliśmy się najdroższego piwa w tamtym regione Europy na artystycznej ul. Rambla za około 50 zeta mały kufelek. Ale wychodzimy z założenie że lepiej żałować, że się czegoś nie zobaczyło, niż wrócić zmęczonym natłokiem wrażeń z obrzydzeniem do muzeów, kościołów itp. itd. To tak na usprawiedliwienie. Z Torradembary wybraliśmy się także do Tarragony, która jest małym miasteczkiem ze średniowiecznym klimatem. Trafiliśmy na jakieś festyny i koncerty rockowe, które odbywały się w kamiennych ruinach zamczyska.

Z Barcelony bezpośrednim nocnym pociągiem udaliśmy się do Madrytu. Mieliśmy okazję przejechać się super szybkim Pendolino, na który niestety obowiązują niekoniecznie tanie miejscówki.

Madryt przywitał nas zjawiskowym starym dworcem. A później było już tylko lepiej. Museum del Prado, walki byków na Plaza de Toros a na deser jedyny na świecie pomnik Szatana, na który trafiliśmy zupełnie przypadkowo o 24,00. Pomnik czai się w głębi parku Retiro, a w nocy nad jego bezpieczeństwem czuwa kilku policjantów. Choć my przypuszczamy, że byli to umundurowani wyznawcy 666. Szaleliśmy po tym zjawiskowym mieście przez kilka dni, Madrytu nigdy dosyć.

dworzec kolejowy, Madryt

Z Madrytu pojechaliśmy na południe, dla odmiany pociągiem do Algeciras, żeby przeprawić się promem na Czarny Ląd, czyli do naszej ukochanej Afryki. Kilka dni spędziliśmy na Ceucie, która przynależy do Hiszpanii i raczej nie odbiega od hiszpańskich standardów. Był to nasz pierwszy kontakt z Afryką. Zajadaliśmy się owocami morza i oganialiśmy sie od natarczywych sprzedawców bębenków.

Po dwóch dniach Ceuta nam się znudziła a ponieważ wcześnie nie załatwiliśmy sobie wiz do Maroka udaliśmy się na Gibraltar. To już zupełnie inny świat. Mała Anglia wokół wielkiej skały z duchem Sikorskiego w tle.

Powoli zaczynaliśmy się zbliżać do naszego głównego celu wyprawy, czyli Portugalii a dokładniej Expo 98 w Lizbonie.


Portugalia

Z Algeciras z przesiadką w Madrycie pomknęliśmy do Lizbony, nie bez przygód oczywiście. Jakoś nie sprawdziliśmy, że w Portugalii jest przesunięty czas o godzinę, i w Fatimie nas tknęło, że chyba przespaliśmy naszą stację. Dostaliśmy lekkiego szału i chyba to już było zmęczenie materiału bo tak jak wtedy to nie pamiętam żebyśmy się pokłócili kiedykolwiek indziej.

W Portugalii mieliśmy do wyboru albo Expo albo noclegi na polu namiotowym, ponieważ drastycznie zaczęła nam sie kończyć kasa. Wybraliśmy oczywiście Expo i przez trzy noce spaliśmy na skałach nad oceanem, gotowaliśmy resztki naszych zapasów na ognisku a na koniec staliśmy w kolejce z bezdomnymi po jedzonko od Krisznowców. Ale najgorsze były kąpiele w oceanie , bo słona woda nie spłukuje mydła oraz noszenie wszędzie ze sobą pięciolitrowego baniaka z wodą pitną , którą można było sobie nalać tylko na dworcu.

Ale było warto, gdyż Expo powaliło nas na kolana. Pierwszy raz byliśmy np. na trójwymiarowym seansie kinowym połączonym z polewaniem wodą i siedzeniem w sztucznej mgle. Odwiedziliśmy mnóstwo pawilonów orientalnych państw, które zainspirowały nas do kolejnych podróży.

Sama Lizbona jest dość męcząca zwłaszcza gdy trzeba wszędzie chodzić z plecakiem ponieważ jest tam mnóstwo schodów. I tak: oprócz schodów i Expo niewiele więcej udało nam sie zobaczyć.

W pociągach w Portugalii spotykaliśmy różnych ludzi. Staruszki zazwyczaj częstują tym co mają w koszykach; warto załapać się do przedziału z babciami. Spotkaliśmy również murzynka, który kiedyś studiował w Moskwie i wydawało mu się że nas rozumie.


Lizbona

Droga powrotna czyli w stronę Katowic.

W drodze powrotnej mimo braku funduszy zatrzymaliśmy się jeszcze w kilku miejscach.

Najpierw odwiedziliśmy Kraj Basków. Tam natrafiliśmy na podstawowy problem a mianowicie nie było możliwości zostawienia plecaków w skrytkach na dworcu i umycia sie w ubikacji, ponieważ wszystko było pozamykane ze względu na bardzo aktywną w tamtym czasie ETA.

Tak więc brudni i objuczeni jak konie pierwszą noc spędziliśmy na plaży w Bayonne. Nie było zbyt przytulnie i romantycznie bo po pierwsze było dość zimno a po drugie w środku nocy na plaże wjechały ogromne traktory, które czyściły piasek ze śmieci. Było to dość traumatyczne przeżycie. Na domiar złego nad ranem około 5,00 przyszli policjanci i powiedzieli, że nie można spać na plaży. No to my, że nie śpimy tylko że się opalamy. Na co oni, że dlaczego zamknięci w śpiworach? Na co my ostentacyjnie ubraliśmy się w stroje kąpielowe i zasnęliśmy snem sprawiedliwego.

Na drugi dzień pojechaliśmy do Pau, które leży u podnóży Pirenejów. Dalej kolej już w góry nie jeździła ale zastępował ją autobus, na który również obowiązywał Inter Rail.

Dojechaliśmy do jakichś górskich wiosek, gdzie zastała nas noc i temperatura zaczęła gwałtownie spadać. Na nocleg znaleźliśmy jakąś starą szopę z narzędziami a cała noc upłynęła nam na wyrywaniu sobie na wzajem śpiworów i ubieraniu wszystkiego co mieliśmy w plecaku. Rano zrezygnowaliśmy z dalszej penetracji górskich pirenejskich szlaków . Na śniadanie nakradliśmy jabłek z pobliskiego sadu i wróciliśmy do Pau skąd pociągiem do Bayonne a stamtąd dalekobieżnym do Paryża.

Tam już tylko zmiana dworca o świcie wypróbowanym Pawła sposobem, bez biletu wchodziliśmy do metra bramkami wyjściowymi co jest trochę skomplikowane, bo odbywa się pod prąd zaspanego tłumu Paryżan. Wydawało nam się, że jest super, ponieważ podjechał międzynarodowy pociąg do Drezna. Niestety po przekroczeniu granicy francusko niemieckiej okazało się że wymagane są płatne miejscówki a my nie mieliśmy już ani grosza. Rozmowa z konduktorem była długa i dziwna bo on nie gadać po nijakiemu a my nie gadać po niemieckiemu. W końcu jakieś młode Niemki zapłaciły za nas te miejscówki, za co jesteśmy im do dziś wdzięczni!!!

Na szczęście mieliśmy jeszcze zapas kradzionych pirenejskich jabłek, które jedliśmy z restauracyjnym cukrem, zalewając to wodą i gotując taki kompot na turystycznym gazie w przediale. Tym sposobem dotarliśmy w końcu powolutku do Polski, gdzie moja mama na dzień dobry mnie nie poznała i spytała mnie o świcie pewnego wrześniowego poranka: A Pani do kogo...?

Paryż

 

                                                             powrót  do  menu   podróże