Filipiny, Brunei   z Matyldą i  Klementyną -  luty 2018

                      

   Pełny album zdjęć:  https://photos.app.goo.gl/AvfTq94o6bdlX5Jo1

            Tym razem filipiny ! W końcu się udało – długo czekałem na pojawienie się biletów na tym kierunku. Raz czy dwa byłem już blisko ich kupienia w związku wyskakującymi promocjami Wizzair do Dubaju i z Dubaju liniami Cebu Pacific do Manili. Zgrać obydwie promocje w tym samym czasie było jednak bardzo trudno. Za każdym razem okazywało się że w momencie logowania było za mało biletów w tak niskich cenach albo w ogóle nie dało się zalogować bo serwery padały, albo było już za późno po 30 sekundach:) Zrobiłem to więc na raty tzn z wyprzedzeniem prawie rocznym najpierw kupiłem tanie bilety dzięki promocji FLYUIA czyli ukraińskiego przewoźnika z Warszawy przez Kijów do Dubaju. A potem po jakimś pół roku trafiła się promocja CEBU z Dubaju do Manili.

            Znów po kilku miesiącach pojawiła się kolejna świetna promocja CEBu więc dokupiłem jeszcze kilka wewnętrznych lotów i przelot na Borneo do Brunei. Łącznie kupiłem 40 biletów ( w końcu podróżujemy we czwórkę:).  Ponieważ dzieci lepiej od nas znoszą podróże samolotami i spędzanie czasu na lotniskach oraz „jetlegi” , nie baliśmy się zbytnio o nie, natomiast nam trochę podroż szczególnie w tamtą stronę dała się we znaki. Miło jest za to spędzać rodzinnie czas – nawet jeśli ma to być doba na jednym lotnisku , potem znów wiele godzin na następnym i tak dalej. Szczególnie że na niektórych lotniskach nie sposób się nudzić:)

       

        Tak więc z początkiem tych ferii zimowych wcześnie rano samochodem dojechaliśmy do Warszawy skąd mieliśmy lot do mroźnego Kijowa, by po paru godzinach być w Dubaju gdzie spędziliśmy noc na lotnisku. Matylda na terminalu zrobiła materiał ze szkoły (mieliśmy nie wrócić na koniec ferii) i spotkaliśmy Pana z sokołem do odstraszania ptaków z płyty lotniska:)

Na   lotnisku w Dubaju

        Przed wyjazdem nabyłem fajne lekkie i bardzo mało zajmujące miejsca materacyki dmuchane z Fiorda Nansena które bardzo przydały się do spania na lotniskach, przetestowaliśmy je w Dubaju:) Następnego dnia mieliśmy lot do Manili. Przed wylotem pościągaliśmy kilka ułatwień w podróżowaniu po Filipinach m.in. apkę GRAB czyli tańszego brata UBERA. Po wylądowaniu na dość „nie młodym” lotnisku w stolicy, GRABEM zajechaliśmy do naszej bazy z AIRbnb; do całkiem przyjemnego hosteliku w dość dziwnej dzielnicy. Jak się potem okazało cała Manila wygląda dość dziwnie i trochę rozwala – totalny chaos na ulicach, jeden wieczny korek, koszmarna chaotyczna zabudowa, drapacze chmur obok chat z blachy falistej – Bangkok jawił się przy niej jak poukładane i czyste miasto. Odespawszy nieco wybraliśmy się na przechadzkę po mieście, znalezienie kilku fajnych garkuchni z przepysznymi azjatyckimi potrawami za kilka złotych poprawiło nam bardzo humory. Przestawianie się na tutejszy czas oczywiście zajęło chwilę więc pierwszej nocy dziewczyny obudziły się jak gdyby nigdy nic o 2 w nocy i poszły spać z powrotem po kilku godzinach:) Nazajutrz zrobiliśmy „wyprawę” do centralnych dzielnic Manili Intarmuros oraz do najstarszej na świecie chińskiej dzielnicy Binondo mającej początki w XVI stuleciu.

            Centrum miasta niewiele różniło się od przedmieść, czasami nie wiedzieliśmy czy to już slamsy czy jakaś nowa dzielnica – wszystko się tu miesza, przenika i nakłada. Mi bardzo takie klimaty odpowiadają – czasami wydaje mi się że jesteśmy w jakimś mieście z przyszłości z jakieś koszmarnej wizji SF. Wrażenie to psują ( albo potęgują) co chwilę wszędobylskie Mc Donaldy:)

Manila, Jeepney'e  przy bramie wjazdowej  do chińskiej dzielnicy

        Na ulicach królują „jeepneye” czyli stare amerykańskie ciężarówki z okresu II wojny światowej restaurowane i przerabiane fantazyjnie na kilkunastoosobowe busiki. Mieliśmy mnóstwo czasu – tak przynajmniej nam się wydawało, żeby wrócić do hostelu i wieczorem udać się znów na lotnisko skąd kolejny lot, ale przez kilometrowe korki w mieście zdążyliśmy nieomal na styk. Wieczorem mieliśmy lot na wyspę Borneo do sułtanatu Brunei. Kraj jest malutki ale dość intrygujący,ma czwarte na świecie największe PKB na mieszkańca i rządzi nim jak swoim prywatnym folwarkiem monarcha absolutny – Sułtan. Jeszcze przed wyjazdem korzystając z promocji CEBU Pacific kopiłem tam bilety za około 200 zł w obie strony od „łebka”. W Brunei mieliśmy zatrzymać się u zapoznanego z Couch surfingu Raviego. Po półtora godzinie lotu wysiedliśmy na malutkim ale bardzo „przytulnym” i ładnym lotnisku w stolicy. Nasz host trochę się nie zjawiał i już myśleliśmy że będziemy spędzać kolejną noc na lotnisku albo przebierać w średnio przyjaznej ofercie hotelowej (trafiliśmy na porę deszczową która podobno jest tu cały czas:) strugi lały się z nieba więc o noclegach „na dziko” można było zapomnieć). Nie potrzebnie się jednak martwiliśmy bo po jakimś czasie zjawił się bardzo miły chłopak, jak się okazało Tamil ze Sri Lanki i po chwili już wiózł nas do siebie. Mieszkał nieopodal stolicy, był pracownikiem inżynieryjnej korporacji z Singapuru która realizuje liczne projekty drogowe w Brunei. Mieszkał w olbrzymim domu, jego żona również pracowała w Brunei ale niedawno wróciła do Sri lanki bo urodziła im drugie dziecko.

        

meczet Omara Alego Saifuddina ojca obecnie panującego sułtana, wzniesiony w 1958 roku ze złotymi weneckimi płytkami na kopule i zwieńczeniach minaretów

            Następnego dnia Ravi podrzucił nas w stronę centrum jadąc do pracy i mogliśmy sobie pozwiedzać to całkiem sympatyczne miasteczko – stolicę kraju Bandar Seri Bagavan. Można je obejść całe w kilka godzin i ma kilka fajnych miejsc do odwiedzenia. Głównym z nich jest słynny meczet sułtana z pozłacaną kopułą – jednego z najbogatszych ludzi na świecie. Sułtan Hassanala Bolkiah mieszka z rodziną w swoim 1778 pokojowym pałacu z 257 łazienkami co powoduje że mieszka w największym pałacu na świecie, a cały kompleks pałacowy ma powierzchnię zbliżoną do Watykanu. Pasją sułtana są luksusowe samochody – ma ich ponad ponad 2000 ( niektóre wyprodukowane specjalnie tylko dla niego) a także bolidy F1 które z jakiś względów zapisały się bardziej w historii tego sportu. Pałacu oczywiście nie mogliśmy zobaczyć, byliśmy jedynie pod jego główna bramą przez którą wyjechał tylko jeden mercedes:( Pewnie jakiś „pucybut” sułtański:)

            Po mieście łatwo można poruszać się autobusami, wszędzie jest w miarę blisko. Odwiedziliśmy bardzo śmieszne muzeum Royal Regalia w którym główną atrakcją jest olbrzymi pozłacany ślubny rydwan sułtana którym przemierzał stolicę wiele lat temu. Jest tu mnóstwo podarków od możnowładców z różnych stron świata głównie z krajów że tak powiem o małej „świadomości demokratycznej”. Był też tam mały model Jumbo Jeta czyli Boeninga 767 sułtana który jest wyposażony w wiele akcesoriów wnętrz wykonanych ze złota. Tak czy owak muzeum na planie koła jest interesujące i nawet po paru godzinach dzieci się nie nudziły:)


w narodowym muzeum Royal Regalia, za nami ślubny rydwan  sułtana

Na Brunei mieliśmy 3 dni więc nie pędząc, następnego dnia oglądaliśmy największe „pływające” miasto na palach Kampung Ayer – praktycznie miasto w mieście. Pogodę mieliśmy cały czas deszczową – lało non stop więc wycieczka łódką była nie lada wyzwaniem dla dziewczyn. Pomimo płacht przeciwdeszczowych byliśmy przemoczeni do suchej nitki:)

        W szybkiej motorówce opłynęliśmy sobie miasto na palach gdzie jest nawet meczet oraz szkoła a także wybraliśmy się tą samą łódką do lasów deszczowych rozciągających się tuż za miastem w poszukiwaniu małp długonosych. Pędzać po rzece i jej odnogach w końcu wpłynęliśmy w namorzyny i zamieniwszy się w słuch wypatrywaliśmy małp. Były owszem ale gdzieś buszujące w koronach drzew więc nie przedstawiały zbyt wielkiej wartości „poznawczej” dla dziewczyn bo nie można było ich dotknąć:). W oddali nad drzewami z motorówki widać było za to kopuły pałacu sułtana:)

        Po przypłynięciu na ląd u Chińczyka Aga kupiła kila suchych ciuchów żeby dziewczyny miały się w co przebrać na ulicy:) My schnęliśmy w knajpach:)

        Jedzenie w lokalach jest tu bardzo zróżnicowane; od knajp chińskich, przez indyjskie, koreańskie na burger Kingach kończąc. Ceny oczywiście kilka razy wyższe niż na Filipinach ale żadnego wypasu nie ma – lokale typowo azjatyckie przydworcowe ale bardzo przytulne - jak w knajpach przy dworcach PKS gdzieś na naszej prowincji:)

        W ostatni dzień naszego pobytu na Borneo zaczynał się weekend wiec Ravi wziął nas na pokazanie kilku ciekawych miejsc poza stolicą , wielkiego targu pod dachem z owocami i smakołykami typu ryże w liściach + grillowane mięso oraz do olbrzymiego kompleksu hotelowego położonego nad samym morzem. Został on wybudowany rzez brata sułtana który bardzo lekką ręką roztrwonił wiele miliardów z sułtańskiego skarbca przez co wiele lat musiał spędzić na obczyźnie;)

        Hotel był rzeczywiście w iście megalomańskim stylu – sam hol recepcyjny niczym olbrzymie atrium był pięciokondygnacyjny, cały w marmurach, a odźwierni mieli naprawdę ciężką robotę otwierając olbrzymie wrota za każdym razem przed wszystkimi gośćmi:)

        Wieczorem Ravi zawiózł nas na lotnisko i obiecawszy że się jeszcze spotkamy w Europie do której się wybierają z żoną, po chwili byliśmy już na pokładzie Embraera do Manili.

        Hostel który teraz zabukowałem był bardzo blisko lotniska – kierowca z GRABA jednak nie mógł dopatrzeć się właściwego adresu i wysadził nas pod otwartym jeszcze w środku nocy zakładem pogrzebowym. Dziewczyny były lekko przerażone widząc białe trumny ale na szczęście hostel był dwa kroki obok. Był to typowy przy lotniskowy „chwilowy” przybytek – pierwszą godzinę w środku nocy zajęło nam polowanie i zabijanie monstrualnego karalucha który chyba był zdziwiony że o tej porze ktoś mu przeszkadza w drzemce:) Obudziwszy się przed południem nie niepokojeni prze inne insekty, poszliśmy „z buta” na lotnisko i po chwili siedzieliśmy znów w samolocie – tym razem na naszą główną filipińską atrakcję: na wyspę Bohol położoną w centralnym archipelagu.


na jednej z plaż wyspy  Panglao

        Tu już temperatura wyższa niż na Luzonie bo około 29 stopni i smażące słońce. Z lotniska wzięliśmy Tricykla czyli bardzo popularny środek transportu – motocykl z dospawaną budką dla dwóch pasażerów i dotarliśmy na sąsiednią wyspę połączoną mostem z Bohol słynącą z super plaż i raf koralowych - Panglao. Tutaj miałem zabukowane kilka noclegów w niedrogim hostelu dla plecakowiczów nieopodal brzegu. Na Panglao mijał nam szybko czas- jest tu infrastruktura mocno turystyczna ale bez drogich resortów jak na wyspie Boracay o której dużo słyszeliśmy niekoniecznie dobrego. Wszędzie pełno knajp i jak naczytaliśmy się jeszcze w Polsce że będzie dużo gorzej pod względem kulinarnym niż w Tajlandii to okazało się odwrotnie. To z tego powodu że nie ma tu jednej dominującej kuchni i można było jeść w tajskich knajpach, w koreańskich – jest tu ich mnóstwo, w chińskich,malajskich, japońskich, były też przyzwoite pizzerie a na którejś z wysp wzięliśmy dla dzieci kotleta z ziemniakami:) No ale przede wszystkim wszędzie świeże owoce morza w bardzo przystępnych cenach które przyrządzają na twoich oczach.

        
akcja kolacja:)

Będąc na Panglao zrobiliśmy sobie całodniową wycieczkę na Bohol , tzn dogadaliśmy się z kierowcą tricykla który za cenę jednego kursu taryfy woził nas cały dzień po wyspie. Najpierw do najstarszej katedry w tej części Filipin, potem do atrakcji z serii: „Pyton Park” połączonej z „Buterfly farm” z czego dziewczyny były bardzo zadowolone. Chyba te motyle służą też jako przystawki do obiadu dla węży dlatego interes może się kręcić wspólnie:)


spotkania z pytonem

        Byliśmy już nieco głodni widząc że węże maja pełne brzuchy więc kolejnym punktem był lunch na barce płynącej po rzece Loboc na której był kręcony Czas Apokalipsy. Lunch na barce wydaje się „ obowiązkową” atrakcją dla turystów którzy są „zasysani” nad rzekę przez przewodników, przewoźników, hotelarzy itp. i właściwie nie da się jej uniknąć:)

        Odbywał się on w formie szwedzkiego stołu w 99 % chińskim towarzystwie przy akompaniamencie muzyki na żywo serwującej amerykańskie szlagry z lat 60-70. Atrakcja skrajnie plastikowa ale mająca swój klimat:)


na barce na rzece Loboc

        Nastąpienie nasz kierowca zawiózł nas w okolice Czekoladowych Wzgórz jednej z największych atrakcji Filipin. Są to góry – pagórki rozciągające się po horyzont kształtem a w porze suchej też kolorem przypominające kopczyki czekolady. Na naszej trasie nie mogło zabraknąć wizyty w „rezerwacie” Tarsierów czyli po polsku Wyraków Upiornych. To takie małe ni to wiewiórki ni to małpki z olbrzymimi oczami, wiecznie śpiące, mieszkające tylko pod tą szerokością geograficzną. Tu również dziewczyny były bardzo kontent natomiast same Wyraki chyba średnio bo tłumy chcących je zobaczyć i wyciągających w ich stronę telefony do zdjęć - porażające. Jeszcze spacer po obleganym tłumnie bambusowym moście i już można wracać . Wszystkie te atrakcje są mniej lub bardziej przereklamowane i przypominają komercyjny set ale dzieciaki są bardzo zadowolone – dla nich to bez różnicy czy wąż lub Wyrak jest na wolności czy w klatce lub „rezerwacie” byłe był. Na wieczór wróciliśmy dość wymęczeni szczególnie że nas bolid rozwijał jakieś 40 km/H a mi przyszło siedzieć z kierowcą w pozycji chańskiego paragrafu . Filipińczycy raczej wysocy nie są i konstrukcje tych maszyn są pomyślane głównie o rdzennych mieszkańcach :)


Tarsier się obudził

        Na koniec pobytu na Panglao wynajęliśmy sobie łódź którą popłynęliśmy pewnej niedzieli o wschodzie słońca w towarzystwie dziesiątek łodzi jak nasza na oglądanie lokalnych „must see”. Najpierw podglądanie delfinów, później Aga z Matyldą na snurkeling z żółwiami przy malutkiej wyspie Pamilacan. Jak już sobie posnurkelowały ( udało im się zobaczyć dwa wielkie żółwie morskie) to popłynęliśmy na bezludną wyspę Virgin Island. To było to! Jest to praktycznie wielka łacha piachu ( czasami zalewana przez przypływ) na której rybacy za nieduże kwoty sprzedają świeżo złowione „dary oceanu” pieczone na grillach. Strzał w dziesiątkę – mimo sporej ilości turystów - chińczyków wyspa jest przeurocza, lazurowa woda, biały piasek, stragany zbite z kilku desek, wspaniałe zapachy, i mnóstwo dziwnych stworzeń do konsumpcji:)


 smakowite jeżowce:)

Po tych eskapadach zmieniliśmy wyspę tzn. Z Boholu przepłynęliśmy promem na sąsiednią jedną z większych wysp środkowego archipelagu Visayas - Cebu. Tu w głównym olbrzymim mieście Cebu goniącym Manilę swym chaosem spędziliśmy jedną noc. MacDonald goni McDonalda a do tego bez liku filipińskich fast foodów. Po jakimś czasie nauczyliśmy się które omijać a które serwują super rzeczy np. z koreańskim żarciem. Filipińczycy lubują się tu w tego typu przybytkach i każdy fast food jest zawsze nabity ludźmi. Na Cebu zwiedziliśmy obowiązkowo Bazylikę Minore del Santo Nino oraz z położoną nieopodal kaplicę z krzyżem Magellana który ponoć wieki temu wkopał go w ziemię przybijając pierwszy raz w ten rejon świata.


pod katedrą w Cebu na wyspie Cebu

        Z Cebu wsiedliśmy w dalekobieżny autobus który zawiózł nas kilkadziesiąt kilometrów na południe, na wybrzeże Moalboal. Miejsce to słynie z bardzo fajnej niezadeptanej linii brzegowej oraz z rafy koralowej która jest dostępna bardzo blisko plaż , można posunrkelować z dziećmi bez wybierania się na jakieś eskapady daleko w ocean. Zostaliśmy tam na kilka dni w dość mocno obskurnej chacie którą praktycznie nikt nie zawiadywał, ciężko było się z kimkolwiek dogadać, a pokoje na bookingu były zajmowane w niej jakby chata miała ich kilkadziesiąt a nie cztery:) Niektórzy więc plecakowicze odprawiali się z kwitkiem. Położna była za to blisko plaż które były już dużo mniej zatłoczone jak na Boholu, przeważali biali turyści wybierający się na diving w tych rejonach. Bardzo częsty widok na plażach i we wiosce: biały pan ( przeważnie stary) i młoda Filipinka ( przeważnie bardzo ładna)


spotkane na mieście dziewczyny :)

        Czas miło płynął na plażowaniu na Panagsama beach i nie tylko: Zrobiliśmy sobie wycieczkę nad wodospad Kawasan ukryty w lasach deszczowych, całkiem przyjemna kaskada. W ostatni dzień pobytu przy Moalboal pogoda się popsuła i nadszedł Tajfun – opady i wiatr głównie są jednak w nocy a w dzień temperatura nie spada więc nie jest to uciążliwe. Deszcze w snurkelowaniu Matyldzie też nie przeszkadzały, po wypożyczeniu masek udało nam się pooglądać rafę koralową przy White Beach. Z Moalboal pojechaliśmy autobusem na południe wyspy będąc mocno kuszeni przez lokalnych taryfiarzy że po co mamy się telepać autobusem jak nas zawiozą taksówką:) Po kilku godzinach byliśmy przy jednej z najbardziej reklamowanych atrakcji na całych Filipinach czyli wybrzeżu Oslob gdzie można nurkować z rekinami wielorybimi. Wiedzieliśmy że miejsce to jest masakrycznie oblegane przez turystów i rekiny będące pod ścisłą ochroną właściwie nie żyją już w swoim naturalnym środowisku. Pojawiają się tu ponieważ są stale dokarmiane a i ich instynkt tak już przygasł że nie boją się dziesiątek łodzi i tłumów ludzkich ciał kłębiących się wokół. Możliwość dostania „łatwego” pokarmu jest silniejsza:) Trzeba było więc stawić się o 6 rano w wyznaczonym miejscu razem z setkami innych głodnych rekinich wrażeń by po krótkim „przeszkoleniu” i rozdaniu kamizelek oraz masek wejść do łodzi. Po chwili Aga z Matyldą wyskoczyły na spotkanie z rekinami wielorybymi , ja z Klementyną zostałem na poikładzie. Zobaczenie tych ogromnych stworzeń jest gwarantowane przez organizatorów w 100 % i rzeczywiście zaraz do łodzi podpłynęło ich kilka. Generalnie było to dość średnie przeżycie – jakby w olbrzymim akwarium. Wszystko oczywiście szybko, szybko, każdy chce pstryknąć najlepiej selfika z rekinem i trzeba mocno uważać żeby się z nikim nie zderzyć. Po pół godzinie byliśmy z powrotem na brzegu.

        Z Oslob popłynęliśmy jeszcze powygrzewać się na pobliską malutką uroczą wysepkę z bielusieńkim piaskiem by na wieczór siedzieć już w autobusie który zawiózł nas na przystań promową. Stamtąd jakieś półgodziny małym promem na sąsiednią wielką wyspę archipelagu, na Negros.


na plażach Moalboal   na Cebu 

    W tym momencie obieraliśmy już kierunek powrotny całego naszego wyjazdu w stronę stolicy. Ponieważ przemieszczanie się promami z wyspy na wyspę jest bardzo czasochłonne, promem do Manili trwało by to koszmarnie długo, postanowiliśmy wylecieć właśnie z wyspy Negros bezpośrednio na Luzon do stolicy. Na wyspie Negros znajdowała się jeszcze jedna bardzo fajna atrakcja do obejrzenia. Była ona na na samej północy wyspy niedaleko lotniska w Bacolod. Na razie więc z promu wysiedliśmy na południu Negrosu w Dumaguette, całkiem fajnej mieścinie. Akurat miały miejsce obchody nowego chińskiego roku – dziewczyny miały ubaw towarzysząc orszakowi smoków przemierzającemu centrum handlowe:) Po spędzeniu nocy w miasteczku, rano uderzyliśmy na centralny dworzec autobusowy i łapiąc w ostatniej chwili busa wyruszyliśmy przez cały Negros na północ.

        Przejechanie dwustu kilometrów na Filipinach to wyprawa na cały dzień. Drogę umilał nam puszczany non stop Asia's Got Talent przeplatanym z Pilipinas Got Talent:) Na wieczór dojechaliśmy na dworzec w Bacolod i stamtąd od razu łapaliśmy trójkołowca i na jakieś pół godziny przed zamknięciem kas byliśmy w najciekawszej atrakcji historycznej wyspie: w The Ruins. Są to ruiny pałacu – ale takie bardzo fajnie zachowane z początku XX wieku. Zwane są również filipińskim Taj Mahal. Plantator Dona Mariano Ledesma wybudował pałac na cześć swojej żony Portugalki Marii Bragii po tym jak na skutek nieszczęśliwego upadku na schodach zmarła z jeszcze nienarodzonym dzieckiem. Pałac jest perfekcyjny w każdym kawałku, jest pięknie podświetlony i jak na Filipiny panuje tu błogi spokój.


"The Ruins" czyli odjechany pałac:)


        Z Bacolod mieliśmy po dwóch godzinach samolot, po krótkim locie wylądowaliśmy w stolicy. Tu na sam koniec, ponieważ było nam bardzo tęskno do wody a ceny nawet w stolicy są bardzo przystępne jak na nasze portfele, wzięliśmy hotel z basenem w olbrzymim nowoczesnym kompleksie. Zostały nam jeszcze dwa dni przed wylotem w powrotną stronę do Dubaju, w stolicy nie chcieliśmy już spędzać zbytnio czasu więc postanowiliśmy pojechać na całodniowa wycieczkę na wulkan. Trochę na południe od Manili leży wulkan Taal który jest łatwo dostępny ( szczególnie z dziećmi) i bardzo ciekawie położony. Wyrasta on z dużego wulkanicznego jeziora powstałego w kraterze prehistorycznego wulkanu. W kraterze obecnego wulkanu znajduje się kolejne jeziorko ( z mocno zasiarczoną i zieloną wodą). Wulkan jest ciągle aktywny, jest drugim najbardziej aktywnym wulkanem na Filipinach, ostatni raz erupcja miała miejsce w 2006 roku. Mimo że to kilkadziesiąt kilometrów ze stolicy wyprawa ledwo zmieściła się w jednym dniu – autobus, trójkołowiec, łódź, wejście na sam wulkan i to samo z powrotem. Do samego krateru wulkanu dziewczynki dostały się na koniu a my na nogach za końskim zadem:). Przynajmniej nie musiałem wnosić dziewczyn samemu na górę:) Poganiacz miał niezłe tempo więc mieliśmy szybką przebieżkę w pyle wulkanicznym. Widoki na krater są piękne, wszędzie śmierdzi siarką, sama podróż łodzią do wulkanu jest też dość fajna bo jezioro jest bardzo mocno wzburzone. Klementyna bardzo szybko miała dość:) W jeziorze żyją węże wodne więc miała dodatkowy powód do przeżywania w roztańczonej łajbie:)


jeziorko wulkaniczne w kraterze wulkanu  Taal

        Pierwszy raz na drodze powrotnej nie udało nam się nic utargować i za proponowaną cenę nikt nie chciał na wieźć tricyklem spod wulkanu. Tak czy owak na wieczór udało nam się wrócić do stolicy zaliczając bardzo nasz ulubiony lokalny fast food z przepysznym koreańskim jedzeniem. Następnego dnia już tylko droga na lotnisko, kilka godzin do Dubaju, kilka godzin w Dubaju, Kilka godzin do Kijowa, kilka godzin na zupce ukraińskiej na lotnisku w Kijowie, w końcu Warszawa. Podróż w tę stronę trwała dużo szybciej – lecieliśmy na zachód więc czas się „cofał” :)

        W końcu Po 3 tygodniach wsiedliśmy do w auta i obraliśmy nasz ukochany kierunek:Tychy:)


krótki filmik :)



       


                       powrót  do  menu   podróże