Chiny, Hong Kong, Makau   z Matyldą  i Klementyną - maj 2019

   Pełny album zdjęć, kliknij na mapę:  

                Chiny południowe chodziły nam już po głowie od pewnego czasu  a Hongkong marzył nam się dawna. Parę miesięcy temu można było zaobserwować spory wysyp tanich biletów do Chin z różnych miast europejskich.  Pojawiać się zaczęły również z Polski przez Europę , w końcu natrafiłem na bardzo przyzwoitą cenę w obie strony 1250 zł za osobę na długi weekend majowy. Weekend zrobił się baaaaardzo długi bo  wylot był 2 maja a powrót do kraju 18/19 maja. Była to kombinacja KLM z HG Airlines z Krakowa przez Amsterdam do Hong Kongu i stamtąd na najbardziej wysuniętą na południe prowincję Chin -wyspę Hainan.  Bardzo nam to spasowało – wyspa Hainan jest mocna odmienną od Chin kontynentalnych – jest tropikalną wyspą wielkości mniej więcej jednej trzeciej Polski i rząd chiński mocno promuje tam turystykę, jak się później okazało tylko w pewnych miejscach i tylko   turystykę „wewnętrzną” i ewentualnie rosyjską;).
 Dodatkowo okrąg Hainan jest wyłączony z obowiązku płatnej wizy – nie mogliśmy się na to  jednak załapać ponieważ jeden z powrotnych lotów był przez Pekin liniami wewnętrznymi. W Chinach jest to bardzo wyraźnie rozdzielone – są osobne terminale a właściwie osobne lotniska do lotów wewnątrz krajowych i zagranicznych.   Tak więc na osiem lotów z powodu tego że jeden z nich był wewnętrzny z Hainan do Pekinu, nie przysługiwała nam bezpłatna turystyczna wiza do tegoż rejonu i musieliśmy wykupić jeszcze przed wylotem zwykłe chińskie wizy które na dzień dzisiejszy są drogie. Są w cenach wiz do USA i są tylko na pół roku. Zasady wizowe są w Chinach bardzo restrykcyjne i na nic nie zdały się próby  „ominięcia” lub „nagięcia” czasami wręcz sprzecznych ze sobą przepisów;)







w Haikou

     

     Podróż więc zaczęliśmy od wylotu małym samolotem KLM citty hopper do Amsterdamu, by po dłużej chwili     lecieć prawie 11 godzin wielkim międzykontynentalnym airbusem do HK. Tam na olbrzymim lotnisku przesiadka do samolotu linii HK Airlines i po półtorej godzinie wylądowaliśmy na całkiem innym - bardzo dziwnym lotnisku w Haikou na wyspie Hainan zwanej też “chińskimi hawajami” ponieważ leżą  praktycznie na tej samej szerokości geograficznej co Hawaje. Chiny są całkiem inną planetą w porównaniu chociażby z Hongkongiem. Na lotnisku międzynarodowym wielkości prowincjalnego dworca PKP nie ma kantoru , w informacji można uzyskać info tylko po chińsku;) Zaopatrzeni w kartę Revoulta jednak dajemy rady :) Za to w zupełnie pustym przy lotniskowym  centrum handlowym ( chyba ta „turystyka” zagraniczna dopiero się zaczyna rozwijać) można zjeść wspaniałe chińskie potrawy które są wystawione w wersjach „plastikowych” więc wiemy czego się spodziewać po zamówieniu:)

            Po ponad godzinnej podróży autobusem lokalnym za 1 juana ( około 50 groszy) dojechaliśmy do  tego dwumilionowego „miasteczka” . Tutaj dzięki uprzejmości przechodniów z którymi można było się dogadać ( co jest jednak bardzo rzadkie tutaj) podjechaliśmy jeszcze kawałeczek taryfą bo w życiu nie znaleźlibyśmy miejscówki naszego  Hosta z Couchsurfingu – Ramity.
Na początek powtórka z Japonii czyli “Czeski film”: kilka identycznych bloków kilkudziesięcio piętrowych – oznaczenia tylko po chińsku, wjeżdżamy na dwunaste piętro, znajdujemy  nr mieszkania a tam drzwi otwarte i jakaś rodzina chińska w strojach już mocno wieczornych - w lekkim zdziwieniu czego my tu szukamy . Po paru chwilach orientujemy się że to nie ten blok , Ramita czekała już na nas na dole,  tak byśmy jeszcze pewnie do dzisiaj szukali właściwego:)


            Ramita jest Hinduską która jest tu na kontrakcie ale powoli ma dość Chin i nie będzie przedłużała go,  przenosi się do Emiratów. Zjeździła kawał świata, pracowała jako stewardesa dla dwóch linii lotniczych .
Następne parę dni spędziliśmy na zabawnej walce z systemem np. zakupem lokalnej  karty SIM którą obcokrajowiec może nabyć tylko w centralnym biurze operatora co nie jest takie proste. Każdy posiłek w lokalnych gar  kuchniach to było nie lada przeżycie: co tym razem dostaniemy – na szczęście w sukurs przychodzi Google translator którego trzeba używać w punktach informacyjnych również:)  Drugiego ranka podjęliśmy próbę wycieczki za miasto do parku – ZOO, właściwie wielkości małego parku safari znanych nam z RPA, ale w okolicach godzin popołudniowych poddaliśmy się:) .  W skwarze lejącym się z nieba i po niezliczonych wojażach autobusami miejskimi nie potrafiliśmy wydostać się w ogóle z miasta we właściwym kierunku. Google map kompletnie sobie nie radzi w Chinach, pokazuje błędnie linie autobusowe, błędnie pokazuje czas dotarcie itp. Zarzuciliśmy  ten pomysł. Wieczorem z Ramitą zainstalowaliśmy chińską apkę z chińska mapą i nasza Hinduska pokazała nam jak ją obsługiwać ”na czuja”. Dopiero wtedy nazajutrz już bez problemów dojechaliśmy. Ta chińska mapa nie opuszczała nas właściwie do końca pobytu – bez niej ani rusz. Park ze zwierzętami był rzeczywiście olbrzymi i mocno wybujały –  m.in. jeździ się po nim busikiem pomiędzy lwami , niedźwiedziami, karmi się małpy, żyrafy itp. Oczywiście główną atrakcją dla której my również tu przybyliśmy były dwie Pandy które mieszkały w iście królewskim stylu.:)





żarłoczna  Panda w  Haikou



        Samo miasto Haikou jest całkiem fajne - nie można powiedzieć że przyjazne bo jednak „dość duże” , ma starą dzielnicę z kolonialną zabudową  a także uliczki przeznaczone tylko tylko do konsumpcji gdzie wieczorem rozpoczyna się życie i można zakupić od soków z marakui przez ośmiornice kończąc na smażonych nietoperzach;)

wejście na Food Court  w Haikou
     

nietopezrze już gotowe:)





              Kolejnego dnia wybraliśmy się na bardzo znany tutaj lokalny targ owoców morza - zakupiliśmy na  nim żywego kraba , 30 cm krewetkę , a także ostrygi gigantycznych rozmiarów . Pan na miejscu nam to wszystko przygotował robiąc z tego bardzo fajny posiłek ;)  Był to natomiast ostatni „żywy” posiłek. W mieście Sanya które odwiedziliśmy na koniec pobytu co druga knajpa reklamuje się żywymi owocami morza a w akwariach wystawione są  na ulicę różnej maści kraby, homary itp. Nasze dziewczyny jednak stanowczo nam zabroniły uśmiercania w ten sposób zwierząt – w prost przeciwnie – byliśmy „przymuszani” do zakupów tych stworzeń żeby je później nieść nad morze i wypuszczać wolno;)





           na targu "owocowym"



         Po paru dniach w Haikou wsiedliśmy znów do samolotu linii HK airlines i odbyliśmy  podobną jak parę dni wcześniej podróż do Hong Kongu tym razem żeby tu spędzić jakiś czas.  Najpierw skierowaliśmy się do hostelu który mieści się w słynnym budynku “Chungking mansion”.  W tym Państwie – mieście jest on żywą legendą – mieszkają , pracują tu ludzie z ponad 120 nacji , jest to olbrzymi, stary, przepełniony moloch  w kótrym można żyć nie wychodząc na zewnątrz :) Jest to tkzw. HK w pigułce – aczkolwiek raczej tej gorzkiej;) W latach 90 -ych, Kar Wai Wong nakręcił tu już kultowy “Chunking Express” - jeden z moich najlepszych filmów w ogóle;)



         Można tu znaleźć od  kantorów wymiany walut, przez sklepy i sklepiki z elektroniką, setki gar kuchni głównie hinduskich, chińskich, malezyjskich, pakistańskich, tajwańskich, salony masażu, biura turystyczne , dziesiątki hosteli, również tych „podejrzanych”, dziesiatki zakładzikików reperujących wszytko co może się zepsuć,    można tu zaopatrzyć się od narkotyków przez garnitur po czego dusza zapragnie. Raz przypadkowo  na jednym z pięter wpadliśmy na...   same apteki jedna koło drugiej:) Samo przebywanie w tym miejscu jest dość ciekawym doświadczeniem – nasz pokój hostelowy z racji ekstremalnego stłoczenia wszystkiego w tym budynku miał szerokość jakieś dwa metry na trzy metry gdzie poza dwoma łóżkami już bardzo zużytymi nie było miejsca na nic.




nasz pokój w Chunking Mansion




ilość hosteli w Chunking Mension wyjatkwowo obrodziła  - a to tylko jedno skrzydło budynku:)




        Pierwszego dnia na razie zostawiliśmy HK i  przeprawiliśmy się promem do Makau czyli stolicy azjatyckiego hazardu. Kolejne państwo - miasto, nie tak zatłoczone jak HK z dość specyficznym klimatem portugalsko – azjatyckim  (do roku 1999 była to kolonia portugalska). Na 338 metrowej Macau Tower nie tylko skorzystaliśmy z podziwiania widoków, dziewczyny przespacerowały się po konstrukcji na zewnatrz budynku na wysokości 233  metrów – w pełnym deszczu, bez poręczy ale na szczęście w uprzężach;) Z tego miejsca można też oddać najdłuższy skok z bungee na świecie:)




 panorama Macau z  338 metrowej  Macau Tower 







sky walking;)






    Po tych atrakcjach żeby trochę wyschnąć i podespać jeździliśmy autobusem  miejskim całą trasę w tę i z powrotem:). W Makau znów azjatyckie sprzeczności: z centrum do portu promowego można przejechać bezpłatnym busem ale bilet na niego trzeba pobrać nie wiedzieć czemu  w 5 gwiazdkowym hotelu – kasynie EMPEROR gdzie w podłodze są zamontowane sztabki złota(!) i wszystko ocieka jeśli nie złotem to kolorem złotym;)




      
kasyna w Makau;)

             Po Makao przyszedł czas w końcu na upragniony Hong Kong.    Chłonęliśmy to miasto jak chyba żadne dotąd. Tu nie ma żadnego centrum czy starówki . Wszystko jest centrum i wszędzie ultra nowoczesność miesza się ze starym.     Szklane wieżowce: 7770 w całym mieście ( w tym 10-y najwyższy budynek na świecie,
52 budynki powyżej 272 m  wtłoczone    między stare „fabryki do mieszkania” jak z chorego snu Corbusiera.  Stare tzn z lat 50-70-tych, również koszmarnie wysokie , pomiędzy tym wszystkim świątynie buddyjskie, hinduistyczne, taoistyczne,  meczety, cerkwie, synagogi i kościoły. Wszędzie tłumy jakby wszyscy spieszyli się na jakąś masową imprezę , turyści wymieszani z ekspatami i lokalsami. Na pierwszy rzut oka HK wydaje się strasznie chaotyczny i przeludniony, jest jednak dużo  “łatwiejszy” od Chin choćby do przemieszczania się – komunikacja miejska jest doskonała i szybka. Dzielnica Mong Kok przy naszym Chunking Mension jest najbardziej zaludnionym miejscem na świecie, ponad 43 000 mieszkańców na 1 km kwadratowy. Panorama zaś KH ze Wzgórza Wiktorii  lub z promenady Kowloon szczególnie wieczorem jest niesamowita. Co chwilę czujemy się jak na plenerze pierwszego „Blade Runnera”.





   HK

  HK

  HK

  HK

        Do HK przyjeżdżają tłumy chińskich „turystów” wydawać nadwyżki z rodzinnych budżetów na dobra których nie dostaną w kontynentalnych Chinach.  Jest tu mnóstwo sklepów czasami wręcz całych galerii handlowych poświęconych tylko jednej luksusowej marce . W galeriach znajdujących się w podziemiach  488 metrowego budynku International Commerce Center zaraz po wyjściu z metra natknęliśmy się na salony Cartier i np. zegarki nabijane diamentami które jak donoszą ceny na wystawie sklepowej są po np. 380  tys hongkońskich dolarów czyli po około 200 tys zł;)



  HK, widok na  najwyższy budynek 484 metrowy ICC



panorama HK z dzielnicy Kowlon

        Po opuszczeniu hostelu naszą kolejną miejscówką w HG był apartament dziewczyny  z Couchsurfingu – Yvonne. Pół godziny metrem i zupełnie inny świat. Tu już spokojna , zielona dzielnica, szerokie aleje . Yvonne jest pół kanadyjką- pół azjatką, mieszkała  w kilku miejscach na świecie, spędziła sporo czasu na Syberii , w Kambodży, pracuje jako konsultant biznesowy dla korporacji głównie z Rosji robiących interesy w HG. Jak na tutejsze warunki mieszkaniowe   żyje w iście królewskich : w takiej naszej”superjednostce” tyle że sześćdziesięcio-kilku piętrowej , z consiergem, basenami, odnową, siłowniami, sklepami itp. itd.


nasza miejscówka oznaczona strazałką  u Yvonne w hongkońgskiej "superjednostce" :)


            Po tych kilku dniach spędzonych w tym pokręconym państwie- mieście  żal było z niego wyjeżdżać mając na uwadzę że za chwilę znów trafimy na “chiński plac boju”.  Z drugiej strony byliśmy już trochę zmęczeni “miejską partyzantką” i czekaliśmy na wypoczyn w tropikach  „Chińskich Hawajów” czyli tym razem na południu wyspy Hainan w mieście Sanya.



        Tuż po opuszczeniu samolotu na lotniska znowu szok, tym razem lotnisko mikroskopijne – to “ międzynarodowe” , lotnisko z „domestic fly” olbrzymie. Na tym międzynarodowym po  spytaniu gdzie można rozmienić pieniądze obsługa skierowała na.. cło:)
Na lotnisku nie ma też bankomatu, nie ma też informacji,  tym razem w jakimkolwiek języku;) W końcu po paru godzinach w informacji w galerii handlowej nieopodal lotniska po spytaniu przez translatora  gdzie tu można wymienić dolary na juany wszyscy z obsługi mają ubaw po pachy jak byśmy zerwali się z choinki;). Zaprowadzają nas jednak do hotelu który nie rozmieni gotówki ale   ma bankomat – tam znów Revoult nas ratuje i możemy podjąć juany żeby móc napełnić brzuchy które już burczą od kilku chińskich godzin:)


  Znowu Azjatyckie sprzeczności – na parkingu podziemnym centrum handlowego same mercedesy , maserati a dookoła   wszędzie obsikany ściany:)


        W końcu dojeżdżamy do miasta Sanya – znalezienie naszego hostelu to kolejne kilka godzin – jest on w centrum zaraz nieopodal plaży  ale wciśnięty gdzieś w boczną uliczkę więc nawet lokalni pokazując im chińskie krzaczki nie widzą gdzie to jest. Miasto - cały region podobno bardzo turystyczny , ale oprócz chińskiej turystyki tylko rosyjska. Nikogo innego, co chwile jacyś rosjanie nawijają  do nas jak do swoich. W sklepach, knajpach co drugi Chińczyk mówi po rosyjsku, do nas oczywiście też, wszędzie napisy cyrylicą, w niektórych knajpach można nawet zjeść barszcz i mielonego z purre:) To miła odmiana dla naszych dziewczyn które oczywiście nie jedzą ale godziny spędzają przy wystawionych przed sklepami akwariach  z homarami, ośmiornicami, langustami, krabami i niektórymi bardzo dziwnymi owocami morza o intrygującym wyglądzie i rozmiarach;) Do tego stopnia że rosyjscy turyści robią sobie selfiki z tymi okazami z morza:)

       





obiady na ulicy w Sanya:)





 Przez następny sześc dni spędzamy czas głównie na Sanya Bay - na plażach i jeżdżąc po okolicznych atrakcjach. Największą z nich jest olbrzymi kompleks Nanshan Temple, znany z posagu buddyjskiej Bogini miłosierdzia GuanYin . Posąg  ma
wysokość 108 metrów, co czyni go  czwartym posągiem pod względem wysokości na świecie, jest posadzony na sztucznej specjalnie do tego usypanej wyspie przy plaży na wybrzeżu morza  południowochińskiego  , na postumencie w kształcie lotosu   i jest widoczny z bardzo daleka:)



        Po kompleksie - parku  można poruszać się odkrytą elektryczną “ciuchcią”  która wozi odwiedzających od świątyni do świątyni. Spacer przy plaży jest bardzo przyjemny - z każdego miejsca spogląda na nas  Guan Yin . Wewnątrz niej jest olbrzymia “komnata “ z złotym buddą, mnóstwo pomieszczeń, sal, pokoi w których jest pełno małych posągów buddy i postaci z tego kręgu religijnego. Można tam chodzić w nieskończoność, wszystko jest klimatyzowane więc aż nie chce się wystawiać głowy  na zewnątrz na 35 stopni które przy wilgotności panującej tutaj daje się mocno we znaki. Wieczorem robi się chłodniej - opuszczamy to miejsce jako jedni z ostatnich - pół dnia to minimum żeby wszystko zobaczyć. W lokalnej kuchni przy przystanku autobusowym zamawiamy pierożki Dim Sum których tez wszedzie pełno  - smakują prawie jak pierogi z mięsem u babci , więc szefowa kuchni zadowolona jak zamawiamy trzecią porcję.;)




posąg Guan Yin
     




w świątyniach  Nanshan


   I tym sposobem kończymy nasza przygodę z tropikami w Chinach. Z Sanya przejechaliśmy super szybkim pociągiem który łączy południe z północą wyspy  i w półtorej godziny jadąc 200-2500 km/h dojechaliśmy na stację - lotnisko w Haikou. Tu prawie 3 tygodnie wcześniej wysiedliśmy na lotnisku międzynarodowym. Tym  razem kierujemy się na lotnisko “domestic” które w porównaniu do “international” jest olbrzymie i zatłoczone. Stąd rozlatują się samoloty po całych Chinach prawie jak po całej Europie. Na lotnisku, w samolocie, żadnego białego albo w ogóle kogokolwiek kto nie byłby chińczykiem.  Po kilku godzinach lecimy do Pekinu. Tam nocka na lotnisku na strefie przejściowej na naszych dmuchanych materacykach, a rano samolot KLM i po 10 godzinach w końcu Amsterdam. Już tylko rzut beretem do Krakowa. Jedynie żołądek jeszcze przez najbliższe dni będzie się przyzwyczajał  do “innych okoliczności kulinarnych” :)


pięciominutowy film  z kawałkiem "chińskiego komiksu"  z   tego wypadu ;)





                                                             powrót  do  menu   podróże