Indie, Nepal, Moskwa, Lwów - 2006

                                        Pełny album zdjęć:

                                                                           

 
Indie, Nepal, Moskwa (IV-V 2006)

                                                                           


Do Indii i Nepalu wybraliśmy się na przełomie kwietnia i maja 2006 roku. Bilety lotnicze udało sie załatwić zimą (pierwszy raz tak wcześniej przed wyjazdem mieliśmy bilet!) . Agusia znalazla na internecie promocję Aerofłotu i z Moskwy do Delhi miesięczny bilet wyniósł około 1200 złotych. Do Moskwy dostaliśmy się jadąc najpierw pociągiem do Przemyśla. Na nogach przez przejście graniczne; pięć godzin w koszmarnym tłumie mrówek przygranicznych przemycających wszystko i wszędzie. Potem marszrutką do Lwowa a stamtąd dalekobieżnym pociągiem do Moskwy. Udało nam się akurat trafić na 1-go Maja w Moskwie, tak więc trochę pooglądaliśmy pochody czerwonych, białych, mobilizację OMON itp. Mauzoleum Lenina i Kreml były jednak z powodu uroczystości zamknięte. Tak więc wróciliśmy tu jeszcze w drodze powrotnej z Indii mając cały dzień na oglądanie w Moskwie tego co nie udało nam sie za pierwszym razem zobaczyć. Podczas powrotu zatrzymaliśmy się też na parę dni we Lwowie, gdyż nie mieliśmy wcześniej sposobności odwiedzić miasta.


Moskwa

Delhi


W New Delhi najpierw pozałatwialiśmy sprawy związane ze ślubem tzn. odwiedziliśmy konsula. który zajmował sie formalnościami ceremonii. Złożyliśmy u niego oficjalną prośbę , ustaliliśmy świadków itp. Po tych akcjach w New Delhi objechaliśmy Old Delhi w poszukiwaniu hotelu na noc poślubną, którą mieliśmy zasponsorowaną jako prezent ślubny od znajomych. Luksusowe hotele jednak były tak drogie że przewyższało to budżet prezentu wiec zabukowaliśmy pokój w YMCA ale za to najlepszy w całym schronisku; był z klimą i lodówką! Tak wiec końcówkę podróży mieliśmy już zaplanowaną bo na wtedy właśnie ustaliliśmy z konsulem termin naszego ślubu cywilnego.




Manali, Simla, Dharamsala


Z Delhi pojechaliśmy na północ do Manali chcąc trochę odetchnąć od zgiełku i gorąca stolicy. Całkiem fajne miasteczko, z którego robiliśmy sobie wypady w góry chcąc poobserwować życie miejscowych oraz w celu odwiedzenia świętych jezior. Do jednego z nich wybraliśmy się na jednodniowy treking i trochę dało nam to w kość ale na górze świątynie i jeziorko wynagrodziło poniesione trudy wspinaczki. Najdalej na północ zajechaliśmy do Simli, droga do Lechu była nieprzejezdna, z podu śniegu, kwiecień to za wcześnie żeby drogą lądową dostać sie do Laddaku. Z Simli pojechaliśmy do ośrodku tybetańskiej emigracji w Indiach do Daramsali gdzie rezyduje Dalajlama na uchodźstwie. Tam już było sporo białych i infrastruktura przygotowana pod rzesze plecakowiczów, a wieczorem w knajpie można było się bratać z tybetańczykami i pić piwo jabłkowe.


Dharamsala



Armistar


Z podnóża Himalajów skierowaliśmy sie na południowy zachód do Armistaru by podziwiać Złotą Świątynie, cel wielu pielgrzymek Sikkhów z całego kraju Zrobiła na nas chyba największe wrażenie z całego wyjazdu, bardziej nam się podobała od Taj Mahalu. Może to dzięki niepowtarzalnemu klimatowi który posiada to miejsce, ze wszędzie słyszalną transową muzyką wybijaną na bębnach przez kapłanów ze świątyni i to wszystko oglądane w nocy w złotej poświacie rzucanej przez świątynie na święte jezioro. Z Armistaru wybraliśmy się lokalnym busem na granicę z Pakistanem by obejrzeć codzienna ceremonię zamykania granicy i opuszczania flagi. Generalnie niezłe hinduskie show, tłumy oglądających, około pięciu tysięcy ludzi codziennie! Zagrzewacze do skandowania wielkonarodowych haseł a do tego ministerstwo głupich kroków w wykonaniu straży granicznej.

Amristar




Radżastan; Bikaner, Mt Abu, Udajpur

Agra


Następnym przystankiem na naszej trasie był Radżastan. Najpierw odwiedziliśmy położony na pustyni Bikaner mocno zakręcony, wielbłądy chodzące po starym mieście, wspaniałe rezydencje maharadżów, niektóre zamienione w kompletnie puste hotele i temperatura powietrza nie do zniesienia. Z Bikaneru jest blisko do Desznoku, w którym można oglądać świątynie szczurów. Było to ciekawe doświadczenie oglądać tyle tych gryzoni na raz i to jeszcze dokarmianych z miseczek(!) Szczególnie miło jak szczur przebiegł po nodze a w świątyni trzeba oczywiście być na bosaka. Następnie pojechaliśmy do Udajpuru mocno wypacykowanego i uporządkowanego jak na klimaty indyjskie, za to z fajnymi muzeami i knajpami. Z Udajpuru wybraliśmy się jeszcze do Mt Abu jedynego miejsca w Radżastanie o łagodnym klimacie położonego w górach. Jest to kurort dla miejscowych. Tylu lokalnych turystów nie widzieliśmy jeszcze wcześniej. Nieprzebrane tłumy idące w niekończącym się pochodzie oglądać zachód słońca... Stamtąd sleeperem pojechaliśmy do Puszkaru, kolejnego świętego miasteczka. Z Radżastanu obraliśmy kierunek na wschód do jednego z celów naszej podróży do Agry. Taj Mahal trochę nas jednak rozczarował a sama Agra okazała się być nieprzyjaznym miasteczkiem rozpuszczonym przez przybywających tu tłumnie turystów. Nie namyślając się wiele udaliśmy sie dalej na wschód.

Bikaner


Waranasi.


Jadąc lokalnymi busami przez Indie i przejeżdżając przez kolejne miasteczka zerkaliśmy co raz do przewodnika na liczby dotyczące danego miejsca. Każde miasto większe czy mniejsze liczy straszne ilości mieszkańców, milion to niewielka mieścina a autobus z braku obwodnic wjeżdża do centrów miast i jest tam blokowany nieraz na długie godziny niekoniecznie przez zbyt wielki ruch kołowy ale także przez ruch pieszych. Staramy się dlatego wybierać dalekobieżne autobusy lub pociągi z możliwością spania; jest to bardzo dobra opcja na te warunki. W Varanasi oglądaliśmy słynne Gathy, czyli schody skierowane wprost do Gangesu, na których odbywają się rytuały związane z religijnością Hindusów, od oblucji po pogrzeby czyli palenie zwłok. Oprócz tego można przyglądać się oczywiście życiu codziennemu, nierozerwalnie związanemu z Gangesem. Wieczorem można się wybrać na rejsik po Gangesie i oglądać z wody ceremonię światło i dźwięk trochę jednak skomercjalizowaną jak na mój gust. Dlatego jeszcze lpiej popłynąć łodzią o świcie – co też uczyniliśmy.

Miasto jest całkiem przyjemne z niezliczoną ilością tanich hosteli i tym podobnych noclegowni . Ponieważ nie był to żaden sezon łatwo nam było wytargowywać dobre ceny.




Nepal


Z Waranasi pojechaliśmy pociągiem w stronę granicy z Nepalem i po kilu przesiadkach, do coraz to mniejszych busów, dojechaliśmy do granicznego Sanuli. Tam prawie przeoczywszy posterunek graniczny znajdujący sie w baraczku na ulicy załatwiliśmy formalności wyjazdowe. Trochę słabo mi się zrobiło widząc niezliczone rzesze karaluchów na podłodze u urzędnika granicznego,wyglądały jak czarny dywan, ale Agusia zdawał się tego w ogóle nie zauważać; chyba dla tego że nie miała akurat okularów. W końcu udało sie przejść pod szlabanem granicznym. Jeszcze tylko obudzić nepalskich pograniczników i już mieliśmy wbite nowe wizy.

Skoro świt ruszyliśmy najpierw przez sanktuarium Mayi czyli matki Buddy do Katmandu. Miasto okazało się całkiem inne w porównaniu do wcześniejszych Hinduskich metropolii. Total wyluz, knajpy i sklepy jak w Europie, pełno białych tak przynajmniej było w dzielnicy pełnej hostelików i drogich hoteli. Stara część miasta z królewskim kompleksem pałacowym jest za to przepiękna, wszystko w starej często w drewnianej zabudowie, mnóstwo zaułków, zakamarków, światynek i ołtarzy, każdy poświęcony czemu innemu. Z centrum wybraliśmy się lokalną komunikacją do okolicznych wiosek, z których to miał się roztaczać wspaniała panorama na Himalaje. Niestety nie był to okres do podziwiania gó,r gdyż gruba warstwa chmur zalegała na niebie i podczas naszego całego pobytu słońce nie wyjrzało nawet na moment. Na punkcie widokowym widać było jedynie własna wyciągniętą rękę, słychać było przelatujące helikoptery i spotkać można było odziały stacjonujących wojsk. Nie zrażeni tym niepowodzeniem postanowiliśmy mimo wszystko zobaczyć Himalaje, wykupiliśmy więc lot liniami Budda Air nad szczytami Himalajów. Mały kilkunastoosobowy samolocik wylatywał ze śmiesznego international portu w Katmandu przypominającego poczekalnie na dworcu w Mysłowicach po czym po chwili był już nad granicą chmur i mogliśmy podziwiać ośmiotysięczniki. W mieście warta zobaczenia jest jeszcze świątynia małp, oraz największa stupa w Nepalu położona w bezpośrednim sąsiedztwie tybetańskich Gomp. Po tychże wrażeniach oraz po dwudniowych sensacjach żołądkowych, które mnie dopadły opuściliśmy Katmandu i udaliśmy sie do Pokkary. Po przyjeździe okazało sie jednak że niedawne wewnętrzne konflikty w kraju nie wygasły jeszcze całkowicie, ludzie wyszli na ulice podpalając opony, cały ruch kołowy został wstrzymany. Nie namyślając się długo wykupiliśmy od razu bilet powrotny mając przed oczami spóźnienie się na własny ślub za kilka dni. Poszliśmy od razu na dworzec z unieruchomionymi autobusami i czekaliśmy z innymi całą dniówkę aż emocje miasta wygasły, opony zostały usunięte i ruch w końcu przywrócono. Z Katmandu tą samą drogą powrotną skierowaliśmy się w stronę Indii. Tam jeszcze kilka przesiadek, pociąg sypialny w którym nie dało sie z powodu gorąca spać i juz niebawem znów przywitała nas stolica. Nazajutrz mieliśmy wziąć ślub.


Następnego dnia pojechaliśmy wiec Tuk Tukiem do dzielnicy ambasad przebrawszy sie wcześniej w weselne fatałaszki przywiezione z kraju, które czekały na nas w przechowalni YMCA. Wyglądaliśmy trochę cudacznie w tych ciuchach przemierzając miasto, aż w końcu dotarliśmy do ambasady. Wszystko było już przygotowane. Przystrojony gabinet dla gości i konsul który chyba tego nie robił codziennie gdyż ze zdenerwowania mieszał trochę formułki. I tak po pół godzinie celebracji (nawet winko zorganizowali!) stwierdziliśmy że już podziękujemy i opuściliśmy ten skrawek naszego terytorium w Indiach. W ślubnych ciuchach pojechaliśmy jeszcze obfotografować sie nawzajem do czerwonego fortu biorąc pierwszy raz tutaj lokalną taksówkę i fotografując się oczywiście przy niej. Nocy poślubnej była raczej krótka gdyż w środku niej trzeba było sie udać na lotnisko gdyż z samego rana mieliśmy samolot do Moskwy.


                                                             powrót  do  menu   podróże