Iran   z  Klementyną -   2013

                            

                                        Pełny album zdjęć:

                 

Iran z Klementyną (2013)


  

        W listopadzie jak co roku byliśmy na zlocie podróżniczym OSSOT w Szczyrku. Jak to zwykle bywa nakręciliśmy się na wyjazd gdziekolwiek – kierunek był nieistotny, chcieliśmy gdzieś pojechać ale tak by móc wziąć ze sobą dzieci. OSSOT się skończył w niedziele i zaraz po przyjeździe do domu jeszcze tej samego dnia kupiliśmy bilety na samolot do Iranu które w super cenach pojawiły się na „mlecznych podróżach”.

Przelot był na wiosnę tureckim lowcostowym przewoźnikiem Pegasus z Niemiec z przesiadką w Stambule. Mieliśmy więc trochę czasu żeby się przygotować i załatwić z teściami żeby na okres ponad 3 tygodni Matylda mogła zostać u nich. Po powrocie z Dubaju zdaliśmy sobie sprawę że po Iranie nie będzie już tak łatwo i że podróżowanie z dwójką mogło by być tam niezłą jazdą.


        Trzeba było jeszcze załatwić wizy do Iranu co wcale nie było rzeczą prosta. Najpierw będąc w Dubaju próbowaliśmy załatwić jej w tamtejszym konsulacie irańskim ale nie było na to szans , były one tylko dla rezydentów.

Po powrocie do Polski dowiedziałem się że za jakiś czas w Bibliotece Śląskiej będzie wygłaszał odczyt ambasador Iranu w Polsce. Postanowiłem wstrzymać się z załatwieniem poparcia wizowego „na odległość” przez biuro Irańskie i próbować załatwić coś na spotkaniu z ambasadorem.

Na spotkaniu od sekretarza ambasady otrzymałem poparcie „ustne” w sprawie wizowej. Na niewiele się ono jednak zdało bo nie był mi w stanie załatwić nr referencyjnego od irańskiego MSZ-tu który może załatwić tylko organizacja turystyczna zarejestrowana w Iranie która „zaprasza” do Iranu. Gdy ma się już ten numer – z nim jest najwięcej problemów - to można się starać o wizę w ambasadzie ale nie jest to równoznaczne z otrzymaniem wizy, może być decyzja odmowna z byle przyczyny. Czasu było coraz mniej, zwróciłem się w końcu do Irańskiego biura o pomoc w wyrobieniu tego poparcia wizowego. Cena była niewygórowana około 30 euro ( niektóre krajowe biura też to załatwiają za bardzo duże pieniądze) . Problem pojawił się ponieważ zbliżał się termin Irańskiego Nowego Roku a wtedy wszystkie urzędy w Iranie są nieczynne przez 2 tygodnie i nic się nie załatwi. Numer referencyjny udało się załatwić ale ambasada w Warszawie która miała potem wydać wizę też miała przestać pracować przez jakiś czas w związku z tym świętem a nasz wylot zbliżał się coraz bardziej. Tym razem przydała się znajomość zadzierzgnięta w Katowicach z sekretarzem ambasady który przyśpieszył wydanie wizy z tygodnia do 2 dni ale zawsze coś musi być nie tak. Tym razem kurier zgubił nasze zdjęcia do wniosku wizowego. Wylot mieliśmy za 3 dni a wiz ani śladu, trzeba było wysłać jeszcze raz kuriera ze zdjęciami i znów powiercić dziurę w brzuchu ambasady. Ostatecznie wizy dostaliśmy da dzień przed wylotem:)


Po tych akcjach wyluzowaliśmy się zupełnie bo i tak nie liczyliśmy że uda nam się je załatwić.

iran mapa

  mapa Iranu  z minionej epoki:) z naniesioną  naszą trasą podróży

      Jeszcze grubo przed wylotem postanowiliśmy że nie tylko chcemy oglądać atrakcje Iranu ale przez te 3 tygodnie chcemy też poznać życie zwykłych ludzi w Iranie. Oczywiście najlepszym na to sposobem jest skorzystanie kolejny raz z dobroczynności Couchsurfingu:)
Korespondowaliśmy przez CS z kilkunastoma ludźmi, tak że ułożyliśmy sobie trasę po całym Iranie bez konieczności spania w hotelach. Wiedzieliśmy że z małą Klementynką może być to uciążliwe ale okazało się wprost przeciwnie – ludzie byli nią zachwyceni a jej obecność nie raz przełamywała wiele barier kulturowych, językowych, wiekowych i wszelakich innych.


Przed wyjazdem Klementyna zachorowała na ospę i nie wiedzieliśmy czy gdy nastąpi termin wylotu będzie mogła lecieć, tak więc cały wyjazd mógł nam nie wyjść nie tylko z powodu braku wiz.
Lekarz ostatecznie powiedział ze może lecieć, że już nie zaraża a chrosty już jej powoli zaczęły schodzić. Tak czy owak podczas przesiadki w Stambule obsługa Irańska na początku nie chciała nas wpuścić do samolotu , musieliśmy mieć już w pogotowiu papiery na jej chorobę ale udało się im jakoś wytłumaczyć że to tylko zwyczajna egzema.

Klementyna w Teheranie

    Klementyna w otoczeniu Iranek w Teheranie

    Identycznie jak na filmie” Operacja Argo” w Teheranie na lotnisku po odprawie przywitało nas tak jak Bena Aflecka wielkie zdjęcie Chomeiniego. Było jeszcze strasznie wcześnie rano więc odczekaliśmy parę godzin i zaopatrzywszy się w lokalną kartę SIM zadzwoniliśmy do Katayoun – dziewczyny która jako pierwsza gościła nas w kraju rewolucji islamskiej. Połączenia wychodzące z zagranicznych komórek w Iranie są zablokowane a i przychodzące nie zawsze dochodzą, nie wspominając już mega olbrzymich opłatach roamingowych za odebrane połączenia.

Lotnisko jest dość daleko za miastem które jest olbrzymie i chaotyczne, więc wzięliśmy taryfę żeby dostać się do domu Kathy, ale najpierw poinstruowała nas ile powinniśmy zapłacić za kurs.


        Katayoun mieszkała mniej więcej w połowie pomiędzy bogatą północna częścią miasta położoną na wzgórzach i co za tym idzie chłodniejszą latem, a południową - biedniejszą. Jak na warunki irańskie była bardzo niezależna i samodzielna bo mieszkała sama w mieszkaniu całkiem eleganckiego apartamentowca. To że kobieta sama mieszka świadczyło że była mocno wyemancypowana co może się zdarzyć tylko w wielkim mieście w Iranie. Jej poziom angielskiego był tak jak nasz dość niski więc bardzo dobrze się dogadywaliśmy:) Na dzień dobry powitała nas typowo lokalnym śniadaniem czyli coś a la owsianka z gludami ale też z dodatkiem baraniny – jako że generalnie wszystko jemy nie robiło nam to problemu ale znam paru którym by to przez gardło nie przeszło:)


Katayoun była bardzo spoko , dla niej też to było nie lada przygodą - byliśmy jej pierwszymi hostami. Mieszkała normalnie prawie po europejsku, pracowała w administracji na uczelni, jeździła samochodem (którym nas woziła po mieście ) i nie wyglądała na zbyt religijna. Tematów politycznych i religijnych tak czy owak woleliśmy podczas pobytu nie poruszać bo nie chcieliśmy nabawić się kłopotów a byliśmy z dzieckiem.

Oprowadzała nas po tym wielkim mieście i właściwie przez te kilka dni jak byliśmy u niej to czuliśmy się jak na jakimś All inclusive. Wszędzie nas prowadziła, kupowała dla nas bilety na komunikację, wybierała co ciekawsze atrakcje miasta warte zwiedzenia. Mieliśmy farta bo trwał akurat Irański Nowy Rok czyli obchody NOWRUZ który mimo islamizacji kraju zahacza o tradycje przed islamskie „pogańskie” na które jednak władza przymyka oko. Kultywowanie tradycyjnych zwyczajów jest raz do roku dopuszczalne. Co chwile napotykamy się na przypominające nasze pisanki malowane jaja jako symbol nowego życia, przebierańców w czerwonych strojach z pomalowanymi na czarno twarzami którzy symbolizują odejście starego - nie zawsze dobrego czasu.

Wszyscy mieli wolne przez jakieś 2 tygodnie czyli akurat ludzie do których trafialiśmy mieli więcej czasu i mogli nam niejedno pokazać i się nami pozajmować:)

W Teheranie bardzo nam się podobał pałac ostatniej żony szacha Farah Pahlawi ( żyjącej zresztą dalej na wygnaniu w Paryżu ) który się zwiedza żeby pokazać jaka to była zgnilizna moralna z jej całym mieszczańskim przepychem.

        We wszystkich obiektach z powodu wolnego i celebracji nowego roku były dzikie tłumy co najmniej jak w Indiach. Specjalnie na tą okazję zostały też otwarte podwoje Narodowego Banku Irańskiego gdzie w skarbcu otwarto muzeum w którym można było oglądać co drogocenniejsze insygnia władców Persji. Jest też oczywiście korona Farah. Irańczycy, zwłaszcza młodzież mają hopla na punkcie tego typy atrakcji może dlatego że nie ma tu czegoś takiego jak dyskoteki, puby, koncerty itp. Tak więc pod skarbcem jest godzinna kolejka zawijana jak u nas za dobrych czasów, a wejście wygląda jak do schronu atomowego do którego są wpuszczane tylko małe grupki z przewodniem. Tam poznaliśmy też kilku znajomych od Katayoun, miedzy innymi innych couch-surferów.

Dzięki niej mogliśmy kosztować coraz to nowych zakręconych potraw irańskich bo wyszukiwała nam lokalne knajpy do których byśmy w życiu nie trafili a w ulicznych budach były tylko szaszłyki. Przed pałacem GOLESTAN w stolicy z racji obchodów miały miejsce pokazy ludowe (muzyczne i taneczne). Jak się okazuje są one tylko raz do roku właśnie w tym czasie i oczywiście wszyscy siedzą dookoła i oklaskują nikt nie garnie się do samodzielnych pląsów choć patrząc po Katayoun wszyscy by chcieli.

jedzonko irańskie

irański kebab

        Iranki są bardzo ładne, można powiedzieć że tylu pięknych kobiet dawno nie widziałem w żadnym Państwie. Bardzo tez dbają o siebie, są bardzo eleganckie i od kobiet zachodnich odróżniają je tylko chusty które muszą nosić. Zakwefionych kobiet nie spotykamy w ogóle , czasami w jakimś religijnym miejscu , w okolicach meczetów ale i tak nigdy nie są z burkami na twarzy jak ma to miejsce np. w Emiratach Arabskich.




        Po kilku dniach opuszczamy chaotyczną stolicę, żegnamy się i jedziemy pociągiem do Isfahanu. Bilety musieliśmy nabyć z pomocą Katayoun kilka dni wcześniej ponieważ w w okresie nowego roku są tłumy podróżnych. Wzięliśmy sobie miejsca sypialne ale nie pełne kuszety. W pociągu jechaliśmy z miłą irańska rodzinką która częstowała nas przetworami ze słoika. Dworzec w i Isfahanie jest na lekkim odludziu więc dzwonimy do naszego kolejnego hosta z którym byliśmy już od kilku dni w kontakcie. Byliśmy trochę zaniepokojeni by wydzwaniał do nas dość często i mówił żebyśmy jeż zostawili ten Teheran że u niego w mieście to zobaczymy to co nigdzie indziej.

Pojechaliśmy więc taryfa do miasta które owszem jest mniejsze od stolicy ale i tak jest olbrzymią aglomeracją. Przywitał nas Hossein wraz z rodziną czyli dwoma braćmi i rodzicami którzy mieszkali w wielkim domu na przedmieściach.


        Hossein z rodziną byli bardzo mili, od razu zaopiekowali się Klementyną która tylko przechodziła z rąk matki do ojca i wszystkich po kolei. Hossein biegle mówił po angielsku, jego braci ani w ząb a ojciec kiedyś pracował w europie na budowach więc parę słów też znał i cały czas żeśmy sobie konwersowali . Hossein przyjął sobie jako punkt honoru żeby zorganizować nam jak najlepiej pobyt, nigdzie samych nas nie puszczał, wszędzie woził nas autem , sam lub z braćmi. Tak więc całe miasto przede wszystkim olbrzymi plac Imama Chomeiniego z jego wspaniałym meczetem piątkowym zwiedzaliśmy wspólnie. Na placu były tłumy, wszędzie porozkładane koce, wszędzie pikniki. Do meczetu też trzeba było odstać swoje. Tłumy turystów oczywiście irańskich – co chwilę byliśmy zaczepiani przez ludzi którzy chcieli do nas zagadać, zrobić sobie zdjęcie, nadziwić się Klementyną. W arkadach przypominających nasze sukiennice jest jeden wielki bazar po którym można chodzić bez końca.

Oczywiście nad rzekę Zayandeh też nas zawieźli Hossein z braćmi gdzie mogliśmy porozdziawiać wspaniałe mosty, szczególnie  most Khaju którego architektura jest symbolem miasta i całego Iranu oraz jest miejscem spotkań towarzyskich, wokół którego gromadzą się tłumy młodych Irańczyków.

Isfahan

Isfahan, most Khaju

Pokazał nam też swoje ulubione miejsca np. Hotel Abbasi czyli strasznie stary piękny hotel z dziedzińcem w którego ogrodach można wypocząć przy herbatce. Jest cisza i spokój w odróżnieniu od zgiełku ulicy a architektura hotelu niczym nie ustępuje najlepszym zabytkom kraju.

Zwiedziliśmy też Chehel Sotun w Isfahanie - pałac 40 kolumn z bardzo fajną delikatną architekturą.


        Będąc już kilka dni w Isfahanie, Hossein nas zapytał czy bardzo nam się spieszy i jakie mamy dalsze plany. Okazało się że zbliżał się koniec obchodów Nowego Roku który zawsze Irańczycy świętują na łonie przyrody. Tym sposobem zostaliśmy zaproszenia na trzydniową imprezę rodziną za miastem. Ponieważ wyluzowaliśmy się mocno i poddaliśmy się swobodnie biegowi wydarzeń, chętnie przystaliśmy na to słusznie myśląc że będzie to niezła okazja do jeszcze większego podglądnięcia życia mieszkańców. Tak byłem zakręcony tym wszystkich że gdy już spakowani na te kilka dni wszyscy wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy na wioskę po jakieś godzinie zorientowałem się że zapomniałem butów i jestem na bosaka. Ale nic to , Hossein poklepał mnie mówiąc że na pewno jakieś buty się dla mnie znajdą:)

Tak więc przybiliśmy do sporej willi w której już było mnóstwo ludzi czyli bliższej i dalszej rodziny i cały czas jeszcze się zjeżdżali. Willa była specjalnie wynajęta na tę okazję. Najpierw było trochę sztywno i wszyscy siedzieli na krzesłach ale już po paru chwilach porobiły się grupki wszyscy siedzieli na dywanach i z ożywieniem oddawali się dysputom i swarom rodzinnym. Wieczorem Kobiety przygotowywały posiłki dla wszystkich a mężczyźni leżeli na dywanach i dysputowali o swoich sprawach. Osobą najbardziej poważaną była dziadek Hosseina – jak rozumowaliśmy głowa klanu. Gdy nastał czas posiłku rozkładano plastikową ceratę na dywanie i wjeżdżały nań dania w miskach i po krótkiej modlitwie rozpoczynały się posiłki. Jeden z wujków muzycznie uzdolniony cały czas coś śpiewał i recytował – wszystko na trzeźwo oczywiście. To cud że w muzułmanie nie mogą pić alkoholu bo wiadomo w co mogło by się to zamienić po paru głębszych.

        Było bardzo sympatycznie , Agi nie wciągnięto do pomocy kuchennej, szybko też skumała się młodymi Irankami które cały czas sobie podawały Klementynę. Był dużo dzieci większych i mniejszych, atmosfera byłą sielska i rodzinna a podczas dnia wychodziliśmy na taras nad rzekę. Podczas całego trzy dniowego pobytu byliśmy może raz czy dwa na spacerze całą kilkudziesięcioosobową grupa żeby po obcować z przyrodą, tak to cały czas siedzieliśmy w willi. U nich obcowanie z przyrodą wygląda trochę inaczej – nie trzeba aktywnie jakoś zbyt się przemęczać, wystarczy spacer do „jungle” jak to stwierdził Hossein, a tak naprawdę były to chaszcze i brudna rzeka którą płynęły stare opony i wszędzie był ogrodzenia i mury z willami typu jak nasza. Ostatniego dnia imprezy rzucaliśmy do rzeki wcześniej wyhodowaną rzeżuchę – jako prośbę o dobrobyt w nowym roku. Na ostatnim też spacerze mężczyźni rozpalili ognisko , odprawiali jakieś nad nim wesołe rytuały i były tańce – nawet wspólne mężczyzn i kobiet w rytm ludowych przyśpiewek - rzecz w Iranie absolutnie niedozwolona tak samo jak i pogańskie czczenie ognia.

Ogólnie wszyscy byli religijni ale tak jak w całym Iranie nie dostrzegliśmy w tym żadnej przesady. Można by powiedzieć - gdyby nie chusty na głowach kobiet to ten kraj w ogóle nie wygląda na wyznaniowy w porównaniu np. z Syrią czy Egiptem gdzie jest to dużo bardziej ostentacyjne.


Tak więc po trzech dniach wróciliśmy do Isfahanu i powoli żegnaliśmy się z Hosseinem po tygodniu spędzonym z nim i jego rodziną. Pożegnaniom nie było końca i szczerze mówić tak się przez ten tydzień zżyliśmy z nimi że jak trzeba było odjeżdżać to się nam chciał płakać. Na koniec Hossein odwiózł nas na dworzec, dał nam jeszcze prezenty od niego i rodziny i opuściliśmy Isfahan.

Isfahan meczet

Isfahan, Meczet Imama

Potem jeszcze cały czas wymienialiśmy się SMS-ami gdzie jesteśmy, co robimy a już w Polsce dostawaliśmy maile że mamy się pakować przyjeżdżać znów do Iranu.


        Tymczasem jedziemy na południe w całkiem komfortowych warunkach nocnym autobusem. Hossein doradził nam żeby wziąć autobus VIP który i tak był śmiesznie tani a miał tylko kilkanaście foteli które były prawie całkowicie rozkładane do pozycji leżącej. Nad ranem dotarliśmy do Shirazu następnej naszej destynacji.

        Tutaj korespondowaliśmy przed wyjazdem z dwoma braćmi Mohamedem i Miladem z którymi najpierw pisaliśmy osobno potem okazało się ze są braćmi. Byli bardzo młodzi- Mohamed był typem jajcarza, cały czas pokazywał nam jakieś sztuczki i opowiadał kawały a jego starszy brat chodził do szkoły filmowej, był bardziej poważny i bardzo uczynny. Sporo jeździł auto stopem , bardzo często korzystał z CS. Mieli też młodszą siostrą bardzo piękna …........ Mieszkali w domu z rodzicami i o młodych to już w ogóle nie można powiedzieć żeby byli religijni. Mohammed był wyrwany jakby z amerykańskiego sit-comu opowiadał kawały o imamach, słuchał zachodniej muz. Oczywiście mieli w domu Internet z odblokowanymi stronami które agencje rządowe sporo tu blokują. Rodzice byli religijni dość mocno – raz jak weszłam do pokoju a pani matka mnie nie zauważyła i podejrzałem ją bez chusty to zrobiłem lekkie zamieszanie . Ojciec prowadził biznes jakiś na bazarze ale zbytnio się nie przemaczał. Tzn. rano tak o 9-10 wychodził do pracy, wracał na wczesny obiad po którym długo odpoczywał i potem jeszcze wracał do pracy na trochę albo i nie. W Szirazie mimo że obchody Nowego Roku już się kończyły , bazar który miał kipieć od handlujących i przekrzykujących się wyglądał jak opustoszały. Mohamed i Milad byli doświadczonymi couch -serfermi , przyjmowali bardzo dużo ludzi głównie młodzieży z zachodu i jak tylko nie było rodziców to robili imprezy. Dla Nas rodzice jednak bardzo mili bo widzieli że nie jesteśmy leszczami no i byliśmy z małym dzieckiem.

Przy jakiejś okazji wyszło że pani matka ma tyle lat co ja:) Zamurowało mnie, ale kobiety rzeczywiście wyglądają na więcej niż mają, ciężko tyrają w domu a do tego jeszcze ta chusta która postarza – tak czy owak mógłbym już przecież mieć dzieci w wieku Mohammeda i Milda...

Milad dużo jeździ oczywiście tak jak pozwalają warunki irańskie czyli tam gdzie nie ma wiz lub jest w stanie ją załatwić, czyli nigdy do europy. Nieźle się ubawiliśmy z chłopakami a przy okazji wysłuchaliśmy kilku opowieści jak sprawy obyczajowe tutaj wyglądają wśród młodych i jak niestosowne zachowanie na ulicy może się skończyć. Z Szirazu pojechaliśmy tym razem sami na jednodniową wycieczkę do do Persepolis - ruin starożytnego miasta, antycznej stolicy Imperium Aszemidów z VI wieku p. n. e.

Akurat pogoda się popsuła prze to zwiedzających była garstka a my na przemian w foliowych pelerynach oglądaliśmy ruiny. Do Szirazu wróciliśmy taksówką bo nie było innego transportu a lało niemiłosiernie.


        Po kilku zakręconych dniach w Szirazie skierowaliśmy się do Jazdu - jednego z najpiękniejszych miast w Iranie – dla mnie rzeczywiście najładniejszego miasta podczas całej podróży. Tutaj zameldowaliśmy się u tajemniczej Nushin która na profilu miała opis bardzo powściągliwy, na zdjęciu mocno była opatulona chustą tak że myśleliśmy że tym razem trafimy do jakiś ortodoksów. Nic bardziej mylnego.

Jazd

Jazd, Meczet piątkowy  

        Nushin mieszkała z chłopakiem w nowo wybudowanym apartamentowcu - bardzo nowoczesnym jak na warunki irańskie, byli już całkiem oderwani od realiów kraju Imama. Oboje biegle mówili po angielsku, żyli całkiem jak na zachodzie, pracowali jako freelancerzy z laptopem w ręku i w ciągłych podróżach – dla lokalnych tur - operatorów wyszukiwali bazy noclegowe, organizowali programy wycieczek, przecierali „nowe szlaki” turystyki która mocno rozwija się w tym kraju. Ich stosunek do gości z CS był inny, przyjmowali ich sporo z zachodu, nie było to dla nich żadną nowością więc mogliśmy trochę odpocząć od dysput i trochę sami zorganizować czas. Jazd ma piękne stare miasto – coś a la Buchara albo Sziwa w Uzbekistanie z podobną zabudowa „ z krainy tysiąc i jednej nocy”. Jest tu labirynt uliczek pośród domów z cegły wypalanej na słońcu, mnóstwo małych meczetów i meczecików powciskanych w zaułki. Co chwile widać wieże Badgir - wieże wiatru - czyli niegdysiejsze systemy klimatyzacji w formie wieżyczek z systemem wentylowania . Co jakiś czas można natknąć się na schody które prowadzą na dachy domostw, rozciąga się z nich fantastyczna panorama starego miasta. To pierwsze ( i ostatnie) miejsce w Iranie w którym spotykamy kilku plecakowiczów z całego świata, są też hostele i knajpki dla tego typu turystów zupełnie jak na starym mieście w Jerozolimie. Nad wejściem do starego miasta górują bardzo wysokie minarety Meczetu Piątkowego. Na ulicach spotyka się też więcej kobiet ubranych w czerń, aczkolwiek nie ma ich tu tyle co w świętych miastach jak np. w Maszhadzie.


Spędzamy tu kilka dni bo bardzo nam się podoba to miejsce.

W obrębie miasta na centralnym placu jest piękny kompleks Amir Chakhmaq który szczególnie fajnie wygląda wieczorem gdy jest podświetlony. Kilkanaście przecznic dalej stoi Zaratustriańska świątynia ognia Atashkadeh którą można zwiedzić i w której ogień pali się nieprzerwanie od ponad 1000 lat.


Jazd, kompeks Amir  Chaghmagh

        Wybraliśmy się też poza miasto do starego miejsca kultu Zoroastrian - do „Wież Milczenia” . Są to wysokie kopce, na szczycie których Zoroastrianie tradycyjnie zostawiali ciała swoich zmarłych na pożarcie sępom. Obie wieże wraz z kompleksem ruin starych budowli nie są w żaden sposób chronione czy nawet ogrodzone, można wejść na wieże i poszwendać się po ruinach, w niektórych ludzie urządzają sobie pikniki bo jest trochę chłodniej niż w spiekocie miasta.


        Ponieważ zostało nam jeszcze kilka dni do wylotu stwierdzamy że fajnie było by spędzić ten czas nad morzem kaspijskim do którego z Teheranu jest tylko kilka godzin . Nasłuchaliśmy się że są tam bardzo fajne miejsca „wypoczynkowe” . Wieczorem będąc u Nushin i jej chłopaka logujemy się na CS i wysyłamy wiadomość do kilku osób w Chalus, małej mieścinie nad morzem a właściwie nad jeziorem Kaspijskim. Nie sądzimy że ktokolwiek odpisze bo to tylko jeden dzień na decyzje, a poza tym nie będziemy już więcej na necie bo następnego dnia rano wyjeżdżamy w stronę Teheranu. Podajemy więc tylko naszą komórkę irańską licząc na cud. Jakież było nasze zdziwienie gdy już po paru godzinach w nocy dostaliśmy SMS-a że mamy przyjeżdżać, że nie ma problemu - jest chłopak który chętnie nas przenocuje. W Teheranie zmieniamy więc dworce z kolejowego na autobusowy ( jest to operacja kilku godzina gdyż przedostanie się z jednego miasta na drugi w godzinach szczytu jest dość skomplikowaną sprawą) i jedziemy autobusem na północ. Trzeba się przedrzeć przez góry ….... a ponieważ nie ma tam tuneli kilkadziesiąt kilometrów jedzie się ponad 6 godzin czasami wśród niesamowitej scenerii i przy ciągłej zmianie temperatur. W Chalus podczas wysiadania z autobusu podjechał do nas chłopak na rowerze i pyta się skąd jesteśmy i czy nie poszukujemy czasem noclegu bo on jest Couchsurferem i jakby co to nas chętnie zaprosi do siebie. My szok – o co chodzi, ledwo żeśmy przecież wysiedli z autobusu a tu takie powitanie – na początku myśleliśmy że to ten gość który nas zaprosił poprzedniej nocy – ale nie to był kto inny.

Podjechaliśmy więc to naszego „właściwego” hosta Amira. Mieszkał w wynajmowanym domu wraz z innymi studentami ale akurat był weekend więc nie było innych ludzi a do niego przyjechali rodzice. Byli bardzo sympatyczni, chłopak okazał się już potem w Polsce jest popularnym blogerem kulinarnym. Wzięli nas do knajpy z wyśmienitym irańskim żarciem i trochę z nimi pojeździliśmy po okolicy.

Zawieźli nas na jakiś wygwizdów i na miejscu okazało się że stoi tam stara opuszczona letnia rezydencja matki szacha. Był to teren co prawda prywatny ale za niewielką opłatą można było tam wejść i się porozglądać. Wszystko było nadgryzione zębem czasu ale pachniało starym przepychem w jakim musiała żyć rodzina szacha na tle pospólstwa. Cały sprzęt był amerykański łącznie z wyposażeniem ogromnej kuchni a pokoje były piękne, oczywiście wszystko teraz popadające w ruinę. Fajna miejscówka na morzem z możliwością odkupienia od obecnego właściciela:) W życiu byśmy nie dotarli do takiego miejsca bo w żadnym przewodniku czegoś takiego nie było.


        Samo wybrzeże było lekko niefajne żeby nie powiedzieć ohydne. Woda jest brudna w z powodu zanieczyszczeń ale ma też taki naturalny kolor. Piasek jest też w naturalnie ciemnym kolorze ale do tego dochodzą tony śmieci i szkielety rozpoczętych budów, tak więc wrażenia średnie ale miejscowi tłumnie wypoczywają.

Następnego dnia „przejął nas” Saeed czyli ten chłopak który podjechał do nas na rowerze bo Amir musiał wracać z rodzicami. Okazało się że obaj się znają bo studiują na tej samej uczelni.


        Saeed żył jak typowy student też w wynajmowanym domu z kilkoma kumplami, tzn generalnie nie sprzątali, sami gotowali dziwne rzeczy i byli nas bardzo ciekawi. Po południu przyjechały koleżanki Saeeda żeby się z nami zapoznać . Całkiem inny świat niż na ulicy, od progu zrzuciły chusty, pokazując swe fryzury, wszystkie wymalowane i ubrane zupełnie po europejsku. Oczywiście wszyscy robili sobie zdjęcia ze wszystkimi a patrząc na mnie stwierdziły że przypominam im.... Brada Pita co oczywiście wprowadził Age w ekstazę śmiechu ale mi to bardzo spasowało:)

Chalus, Saeed ze znajomymi oraz ja z Klementyną

Chalus, Saeed ze znajomymi oraz ja z Klementyną

Na wieczór wspólnie ugotowaliśmy spaghetti a rano pożegnaliśmy się z Saeedem i ze wszystkimi jego znajomymi. Droga powrotna była równie długa – ale już nie tak, okazało się że cały kilkudziesięciu kilometrowy odcinek jest zamknięty w jedną stronę żeby wszyscy znad morza mogli wrócić do Stolicy po weekendzie. Słuszna koncepcja bo na wąskiej górskiej drodze mijanki bywały bardzo utrudnione, gorzej jak ktoś musiał jednak dostać się tu ze stolicy to miał dniówkę czekania.

        W Teheranie mieliśmy jeszcze kilka godzin nocnych bo samolot był skoro świt następnego dnia więc podjechaliśmy jeszcze metrem do mauzoleum Chomeiniego. W większości już gotowe ale ciągle jeszcze nieustająca budowa chyba od jego śmierci. Jest monumentalne, jak malutkie miasteczko mogące pomieścić rzesze wiernych ale zgodnie z wolą Imama jest budowane nie jako miejsce kultu tylko jak miejsce odpoczynku , „rozrywki” i przemyśleń intelektualnych. Pełno więc tu lokali gastronomicznych, sklepów z pamiątkami po wojnie iracko – irańskiej, sklepów „muzycznych” z płytami modlitewnymi i pieśniami patriotycznymi. Skwerów, placyków jest tu pełno i oczywiście same miejsce spoczynku Imama też w ciągłej budowie ale bez objawów kultu. Tu już wszystkie bagaże trzeba zostawić , przejść przez bramki a sam Imam leży na wielkiej sali bez żadnych upiększeń. Na pamiątkę dostajemy gliniane podstawki pod czoło które wykorzystywane są przez modlących się w głębokim ukłonie do podłogi.

Z mauzoleum wieliśmy ostatnia taryfę do położonego kilkanaście km dalej międzynarodowego portu lotniczego im. Chomeiniego i już za kilka godzin siedzimy w samolocie do innego świata.



        Mimo obaw przed wyjazdem co do nudy i uciążliwości w podróżowaniu z rocznym dzieckiem po tym kraju było wręcz bajkowo – nie nudziliśmy się ani chwili, poznaliśmy kilku Irańczyków, zobaczyliśmy jak żyją, a wszyscy ludzie u których spędziliśmy czas okazali nam dużo gościny i serdeczności.

Couchsurfing do genialna sprawa.

    


                                                             powrót  do  menu   podróże