Islandia z Matyldą i  Klementyną -  sierpień 2018

                      
Pełny album zdjęć:  https://photos.app.goo.gl/57zFsZGvYsycio3E8

        Na Islandię bilety kupiliśmy z początkiem wakacji tego roku. Akurat Wizzair przecenił znacznie przeloty z Poznania i Wrocławia. Załapaliśmy się na cztery bilety z Dolnego Śląska na wylot z początkiem sierpnia i powrót po 18 dniach. Do wyjazdu na Islandię jest łatwo się przygotować bo jest to teraz popularny kierunek wśród plecakowiczów i nie tylko, więc pełno jest wszystkiego w sieci. Odpowiednio wcześniej zabukowaliśmy auto na cały pobyt z pełnym ubezpieczeniem  i zaopatrzyliśmy się w np. jedzenie liofilizowane w dużych ilościach żeby być uniezależniony od ekstremalnie drogich knajp i czasochłonnego gotowania na świeżym i bardzo zimnym oraz mokrym powietrzu:). Cały pobyt mieliśmy spędzić pod namiotem więc nie obeszło się bez spakowania koców grzewczych, dokupienia  śpiworów na bardzo  niskie temperatury  itp. Namiot wzięliśmy mały wyprawowy – o stawianiu dużego rodzinnego z decathlonu nie mogło być mowy przy tamtejszych warunkach pogodowych.

        W samolocie połowa pasażerów to turyści, połowa to pracownicy – podobno prawie 10 % społeczeństwa islandzkiego to Polacy:)   Rzeczywiście wszędzie – w wypożyczalniach samochodów, w sklepach nawet tych na największym „wypiździejowie” wszędzie Polacy. 

        Na miejscu przywitała nas nawet całkiem fajna pogoda – tzn. zimno ale bez deszczu i słonecznie. Jeszcze na lotnisku nabyliśmy kartę campingową uprawniającą do darmowego rozbijania się na ponad 40-stu kempingach na całej wyspie. Oczywiście do tego i tak trzeba zapłacić wprowadzony kilka lat temu podatek turystyczny oraz dodatkowe doposażenie np. prąd.


            Ledwo wpakowawszy cały nasz staf do małej Kia ruszyliśmy nie daleko na południe od Reykjaviku na pole namiotowe w okolice Keflawiku. Już od początku sceneria jest porażająca tzn. zero drzew, wszędzie pozostałości tego co „wypluły” wulkany. Spędziliśmy tu kilka dni oglądając głównie atrakcje zlokalizowane w niedalekich odległościach od „Golden Circle”. Zwiedziliśmy więc wyżynę Pingwellir czyli historyczne miejsce położone na skraju euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej płycie tektonicznej gdzie od 930 roku zbierał się najstarszy na świecie parlament. Najbardziej podobały nam się jednak gejzery w tym największy Strokkur strzelający na 30 metrów gorącą wodą oraz wodospad Gullfoss - naprawdę olbrzymi niosący olbrzymie masy wody z dwóch nierównolegle położonych progów skalnych. Wodospady będziemy tu oglądać dość często – niektóre są naprawdę piękne.



        Pogoda zrobiła się już typowo islandzka, nie dość że zimno to jeszcze lał deszcz. Jeden cały dzień spędziliśmy więc w IKEI pod Rejkiavikiem i na basenie miejskim. Po trzech nocach na campingu pod Keflavikiem pojechaliśmy zwiedzać Islandię jadąc południowym wybrzeżem na wschód. Pierwszym wodospadem – ciekawym bo można przejść dookoła ściany wody ( będąc trochę zlanym;) był Seljalandfoss.

Seljalandfoss

    Po następnych kilkudziesięciu kilometrach obserwowaliśmy ośnieżony , słynny wulkan Eyjafjallajokull który wybuchając w roku 2010 oddał do atmosfery olbrzymie ilości pyłu wulkanicznego które to wstrzymały ruch lotniczy na Europą. Zahaczyliśmy jeszcze o wielki wodospad Skogaffoss. Można go podziwiać z dołu i z góry - pod samym wodospadem w promieniach zachodzącego słońca robi się kilka pięknych tęczy.

wodospad  Skogafoss

Pierwszym przystankiem na noclegi było niewielkie Vik. Wiało niemiłosiernie, trzeba było ustawiać auto od zawietrznej żeby nie wyrwało drzwi przy wysiadaniu i do tego lało. Temperatura w nocy spadała do kilku stopni, namiot chciał za wszelką cenę odfrunąć. Ciepłej wody nie było na kempingu:)
              Wybrzeże w tej okolicy, najbardziej wysuniętej na południe części Islandii - Dyrholaey jest bardzo mroczne z czarnym piaskiem i czarnymi skałami powulkanicznymi. Podziwialiśmy przylatujące tutaj w dużych ilościach Maskonury czyli ptaki – symbol Islandii o bardzo specyficznym dziobie. Pogoda nie zachęcała jednak do dłuższych obserwacji ptactwa. Z morza wystają trzy skały - Reynisdrangar czyli wg legend to skamieniałe trole - trollica i i jej dwóch towarzyszy:) Prezentują się pięknie, widać je praktycznie z każdego miejsca z miasteczka. Na plaży skąd widać je najokazalej ciężko jest ustać, tak wieje silny wiatr, trzeba też uważać na „snake waves” które porwały już stąd kilka osób. Tak czy owak tutejsza plaża jest uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie, za to na myśl o kąpieli tutaj dostajemy dreszczy;)

na plaży nieopodal Vik, w oddali zaczarowane Trole;)

Co tam, wykapać się gdzieś trzeba:)

Jadąc dalej na wschód, niedaleko od trasy po dłuższym spacerze postanowiliśmy jednak wykąpać się w najstarszym na wyspie zagospodarowanym w 1923 malutkim otwartym baseniku przy naturalnym źródle w malowniczo położonym w Seljavellir. Było już kilka stopni cieplej niż w ViK i nie padało a woda termalna tutaj była cieplutka więc nie omieszkaliśmy nie skorzystać:)


        Po dwóch dniach pojechaliśmy dalej na wschód w stronę parku narodowego Skaftafell. Po drodze zatrzymaliśmy się w malutkiej wiosce Kirkjubaejarklaustur na maleńkim kempingu ładnie położonym – a gdzieżby indziej, nad wodospadem:)

Stąd niedaleko już było do największego lodowca na wyspie: Vatnajokull. Jest tu stworzony park narodowy – są poprowadzone szlaki turystyczne łatwe i trudniejsze - wszystko pięknie opisane - infrastruktura turystyczna na najwyższym poziomie:) Wszyscy turyści, ci z większymi i mniejszymi plecakami przyrządzają sobie posiłki na powietrzu ( jak zresztą prawie wszędzie w Islandii) – kto szybszy, ma szansę siąść pod wiatą żeby mu zupa nie odfrunęła;) Spacer pod jęzor lodowca mimo że trasa jest krótka dla Klementyny stanowił nie lada wyzwanie - wiatr praktycznie spychał ją cały czas z powrotem do tyłu. Widok pod samym lodowcem był całkiem przyjemny i dość kosmiczny - lodowce z Norwegii sprzed siedmiu lat wydały nam się teraz jednak jakby mniej oblegane:) Pozostając jeszcze w parku narodowym zrobiłem sobie wycieczkę do pięknie położonego wśród bazaltowych słupów wodospadu Svartifoss. Dziewczyny zostały grzać się w aucie po wypasionym naszym liofilizatowym obiedzie:)

bazltowa "fortepianowa" obudowa wodospadu Svartifoss

            Kilkadziesiąt kilometrów dalej na wschód zatrzymaliśmy się nad jedną z największych atrakcji Islandi – lodowym jeziorze Jokulsarlon. Mimo ciągłego ocieplania klimatu i topnienia lodowców na jeziorze cały czas jest dużo kry lodowej, czasami w fantastycznych niebieskawo-białych kolorach. Momentami przerasta je szara linia popiołu wulkanicznego. Dziewczyny skorzystały z przejażdżko – rejsu amfibią. Z racji „pięknych okoliczności przyrody” i łatwego dojazdu tłum ludzi był niesłychany, na pękający w szwach parking podjeżdżały też rejsowe autobusy z Rejkiaviku z których wylewały się tłumy chińczyków i amerykanów. Jedna malutka knajpka oferowała w kosmicznych cenach kilka przekąsek ale za to można było złapać z niej Wifi:) Przed naszym odjazdem na jeziorze pojawiły się foki które wyszły na polowanie.

  foki na jeziorze Jokulsarlon    

udalo się upolować kawałek bryły lodowej na jeziorze Jokulsarlon :)

  Tymczasem droga do miasteczka Hofn dalej na wschód została zamknięta – wszystkie auta zostały puszczone wiejskimi szutrowymi drogami wgłąb lądu. Myśleliśmy że jakiś wypadek ale nazajutrz okazało się ze od oceanu tak wiało, ponad 140 km na godzinę że było to zbyt niebezpieczne dla samochodów, wszelakie trekingi w okolicy lodowca też zostały zabronione. Podróżując dalej na północny wschód spędzaliśmy noce na czasami na całkiem dziwnych polach namiotowych - nie pierwszy raz bez ciepłej wody i czasami „ po gospodarsku”organizując prąd do naszych koców grzewczych. Następnego dnia dotarliśmy do Fjordów Wschodnich – tutaj już nie było zbyt wielu atrakcji więc i ruch samochodowo- turystyczny dużo mniejszy. Miasteczka położone tu nad Faskrudsfjordur czy Reydarfjordur są lekko senne, momentami jakby wymarłe. W każdym z nich jest oczywiście otwarty basen z jakuzzi i z innymi atrakcjami. Woda w nich pochodzi ze źródeł termalnych bardzo licznych na Islandii więc zawsze jest do wyboru kilka basenów z rożną temperaturą wody. Przestało padać, niebo zrobiło się błękitne i od teraz codziennie już zaczęliśmy korzystać z tych przybytków. Przy temperaturze powietrza12 stopni ale coraz częściej przy słonecznej pogodzie polubiliśmy to wchodzenie do 35 i 40 stopni:) Plusem tych sennych miasteczek jest jeszcze to że w każdym sklepie można dostać kawę i czekoladę na gorąco za darmo. Wszędzie są automaty do kawy więc poszukując przez pół dnia nowej butli gazowej opiliśmy się nieźle:)

    na fjordach wschodnich

    Poddaliśmy się tutaj iście wakacyjnej aurze i zamiast pruć jak wszyscy od wodospadu do wodospadu prze parę dni cieszyliśmy się promieniami słońca i ciepłą woda w basenach Fjordów Wschodnich i Islandii północnej:)



        Opuszczając fiordy skierowaliśmy się na północ w stronę Bakkagerdi – pięknie położonej „ na krańcu świata” wioseczki znanej z drewnianego starego kościółka i licznych starych domostw krytych trawą. Wspięliśmy się naszym wozem na kilkaset m.n.p.m. i po paru godzinach zjeżdżając w dół oglądaliśmy genialne widoki jak chmury stopniowo układają się na plażach i wybrzeżu zabierając coraz to więcej lądu i schodząc w końcu do morza. Byliśmy nad tym wszystkim – przez chwile w promieniach zachodzącego słońca jak na jakimś ośmiotysięczniku. Po chwili zanurzyliśmy się w kompletnym mleku już będąc na dole na wybrzeżu.

      na północnym wschodzie

      na północnym wschodzie

  Po następnych dwóch dniach zajechaliśmy nad „jezioro muszek” czyli Myvatn. Jest ich tam rzeczywiście całkiem sporo:) Wokół niego jest kilka bardzo ciekawych przyrodniczych atrakcji do obejrzenia np. najpiękniejsze w całej Islandii pola slafatarów czyli wulkanów błotnych w Namaskard ( również bardzo śmierdzących;). Widoki iście księżycowe z intensywnymi kolorami żółci, pomarańczy, brązów oraz z intensywnymi zapachami siarkowodoru.

na polu solfatorów w ololicach jeziora Myvatn

ktoś nam wchodzi do namiotu:)

    W okolicy są też liczne pseudokratery oraz oczywiście Dimmuborgir czyli „czarna twierdza” . Jest to labirynt z czarnych wież z zastygłej lawy powstały około 2000 lat temu w wyniku spiętrzenia się jeziora lawowego. Skały maja przeróżne kształty w lokalnej mitologi to mieszkania elfów i trolli. Mając na uwadze muzykę kapeli Dimmuborgir nastawiałem się jednak na coś dużo bardziej mrocznego i posępnego:)

Może piękna pogoda która mieliśmy już od kilku dni zakłóciła mi właściwy odbiór Dimmuborgir;)

   Dimmuborgir  

       Sprawiliśmy sobie tez luksus czyli zażyliśmy kąpieli w mlecznej wodzie bogatej w minerały w Myvatn Nature Bath odpowiednika słynnej Błękitnej Laguny na południu Islandi do której to mieliśmy już bilety ale to dopiero zostawiliśmy sobie na dzień przed wylotem. 

w mlecznej wodzie w Myvatn Nature Bath

Było bardzo przyjemnie i drogo choć Klementynka nie za bardzo uwielbia „białą gorącą wodę” i szybko z niej wyskoczyła. Następnego dnia udaliśmy się na północne wybrzeże do miasta Husavik które słynie z wypraw morskich w poszukiwaniu wielorybów. Tak też zrobiliśmy tzn ja popłynąłem z dziewczynami a Aga została w miasteczku. Na tym morskim safari zobaczyliśmy kilka orek i oczywiście wielkie humbaki które podpływały całkiem blisko. Przy małych wysepkach gniazdowały niezliczone ilości ptactwa głównie maskonurów.

  gdzieś  w podróży ...      

            Po powrocie z Husaviku mieszkaliśmy na całkiem sporym ( największym podczas całego pobytu) polu namiotowym które kiedyś służyło chyba jako boisko:) Na polu były baseny termalne więc dziewczyny nie nudziły się;) Naszym następnym punktem był największy w Europie wodospad Dettifoss o wys. 44 i szerokości 100 metrów z potężną ścianą wodną. Jest do dla niektórych najważniejsze miejsce do oglądnięcia w kraju a pogoda dalej była bardzo ładna jak na Islandię więc i tłum ludzi był bardzo spory. Zrobienie sobie selfika z wodospadem w tle bez innych ludzi w kadrze wymagało nie lada odwagi i podchodzenia nad same urwiska skalne;)

    wodospad Godafoss     na północy

          Zostało nam jeszcze kilka dni więc skierowaliśmy się na Fiordy Zachodnie – wszyscy je zachwalają i są podobno najmniej uczęszczaną destynacją wyspy. Odległości tutaj już są dość spore i prawie codziennie wycieczki kończyliśmy głęboko w nocy. Pogoda znów zrobił się typowo Islandzka i wiatr głowę chciał urwać. Za cel obraliśmy sobie urwisko Latrabjarg czyli najdalej na zachód wysunięty punkt Europy. Na ciągnących się kilometrami pionowo opadających do morza skalnych klifach o wysokości niekiedy 400 metrów gniazdują setki tysięcy morskich ptaków. Ta część Islandi jest prawie w ogóle nie zamieszkana, drogi są często szutrowe i co chwile jest widok jakby „diabeł mówił dobranoc”. Na klifie rzeczywiście widoki w dół nieziemskie a ilość ptaków i ich odchodów przyprawiająca o zawrót głowy. Nas za to pomimo obejrzeniu już bardzo dużej ilości wodospadów ciekawił ponoć najpiękniejszy wodospad w całym kraju: Dynjandi czyli”szalony”. Dojazd do niego naszym „piździkiem” był dość ciężki, po drogach nie asfaltowych, serpentyna po serpentynie ale opłaciło się . Był inny niż wszystkie do tej pory – majestatycznie woda spływa ze stu metrów, spadając wodospad rozszerza się ku dołowi dwukrotnie. Pogoda znów na chwilę wróciła więc mieliśmy piknik pod tym cudem natury)

pod wodospadem Dynjandi we wschodnich fjordach


        Pora było kierować się na południe – zostały nam jeszcze 3 dni , zahaczyliśmy po drodze do stolicy o gorące źródła ( jednak zbyt gorące żeby się w nich kąpać). Na Rejkiawik zostawiliśmy sobie jeden niecały dzień – stare centrum jest małe, na nic tu szukać wielkomiejskiego gwaru , raczej hipsterskie miasteczko wielkości stolicy Mauritiusa:) Fajną budowlą jest okazała prawie biała katedra Hallgrimskirkja górująca nad miastem o ba rdzo ciekawej architekturze. Zbudowana jest z betonowych filarów które imitują bazaltowe słupy typowe dla krajobrazu wyspy.

katedra Hallgrimskirkja w Rejkiaviku

        Na koniec wracając na to sam kemping z którego startowaliśmy, zostawiliśmy sobie najbardziej „pożądaną „ i najczęściej odwiedzaną atrakcję kraju tzn Błękitną Lagunę. Bilety do niej trzeba było zabukować z ponad tygodniowym wyprzedzeniem bo chętnych do odbyci a kąpieli w mleczno-błękitnej zupie jest zbyt wielu. Na polu lawowym w basenie skalnym którego barwa zawdzięcza rozpuszczaniu się krzemionki tłumy ludzi w kłębach pary rozkoszują się tą sceneria iście science – fiction:) Astronomiczna jest nie tylko sceneria ale też cena ( na szczęście dzieci za darmo:). Jest wliczony w niej drinki oraz maseczka z krzemionki. Klementyna od razu chciała stad uciekać jak tydzień wcześniej - gorąca woda w takich kolorach nieprzypadła je znów do gustu;)

Dobrze że pobyt tu jest limitowany czasowo bo za długo nie da się tu wytrzymać z rożnych powodów:)


        Przed odlotem jadąc oddać auto stanęliśmy jeszcze obiema nogami na dwóch płytach tektonicznych północnoamerykańską i euroazjatycką tzn na symbolicznym moście „pośród niczego” niedaleko Hafnaberg gdzie z jednej strony mamy „welcome to America” a z drugiej „welcome to Europe” .Trzeba było jednak uciekać w strugach deszczu więc udaliśmy się szybko zdać nasze mikro auto i za chwile byliśmy już na lotnisku . Zatęskniliśmy za polskim wakacyjnym skwarem. Po wyjściu we Wrocławiu na 18 stopni wieczorem wydało nam się podejrzanie gorąco :)




 na Błekitnej Lagunie      





krótki filmik :)


 

                       powrót  do  menu   podróże