Gruzja z Matyldą i Klementyną, Azerbejdżan, Armenia, Górski Karabach:   VII-VIII  2015

                            

                                        Pełny album zdjęć:

                 


Kaukaz (2015) z Matyldą i Klementyną

      W wakacje tego roku zrealizowaliśmy pomysł na "przygodę z  zakaukaziem" z Gruzją w roli głównej czyli krainą  w kótrej jeszcze nie byliśmy. W sumie region przyjazny na podróżowanie „rodzinne” i na chwile obecną z względnie spokojną sytuacja społeczno – polityczną. Najpierw planowaliśmy dostać się tam drogą lądową własnym autem ale pobieżne prześledzenie trasy utwierdziło nas w zrezygnowaniu z tego pomysłu. Odległość a co za tym idzie zmitrężony czas spędzony z dziećmi w samochodzie liczony już w całych tygodniach i majątek na paliwo na dotarcie i powrót szybko nam uzmysłowił że najlepszym sposobem na dostanie się do Gruzji to oczywiście przelot low -costem Wizzairem. Tak więc kupiliśmy bilety na wylot z Katowic do Kutaisi, na razie tylko w jedna stronę. W końcu może tam jest tak fajnie że nie będziemy chcieli wracać do Polski:)


    Długo się przygotowywaliśmy do tego wyjazdu, nie planowaliśmy wypożyczać tam samochodu z powodu bardzo wysokich cen takowych usług na miejscu. Tak więc do bagażu musiały nam się zmieścić jeszcze dwa namioty, śpiwory i cały ten stuff biwakowy ponieważ nie chcieliśmy być uzależnieni tylko od kwater, chcieliśmy też spędzać miło czas na łonie natury. Oczywiście wszystko to nie zmieściło się w bagażu podręcznym więc dokupiliśmy też bagaż nadawany. Do tego wzięliśmy też wózek który okazał się zbawienny. Często w nim woziliśmy nasze mega ciężkie plecaki, nie tylko dzieci a czasami i plecaki i dzieci.
Postanowiliśmy że w Gruzji będziemy załatwiać wizy do Azerbejdżanu. Załatwienie ich przed wyjazdem w Polsce jest bardzo czasowo i gotówko chłonne a na miejscu można to załatwić podobno dużo sprawniej. Do Armenii wiz już nie trzeba więc ten problem odpadł a do Górskiego Karabachu papiery można załatwić na granicy i w tamtejszym MSZ.


Planowaliśmy też skorzystać z dobroczynności ludzi z CS ale na kaukazie nie jest to już takie łatwe i oczywiste jak w innych częściach Azji. Gruzja odkąd latają tam tanie linie zrobiła się bardzo popularna turystycznie szczególnie wśród naszych rodaków, Czechów i Węgrów . W miejscach gdzie turystyka powoli robi się masowa, gościnność i chęć przyjmowania obcych ludzi pod własny dach proporcjonalnie maleje do zwiększającej się liczby przybywających ludzi ( na razie nie wszędzie tłumów)



GRUZJA


        Tak wiec objuczeni ciężkimi plecakami jakbyśmy wyprawiali się na Sybir polecieliśmy do Kutaisi. Stamtąd od razu spod lotniska ewakuowaliśmy się nad Morze Czarne do Batumi – dzieci miały to obiecane już od dawna. Pierwsze wrażenia były pozytywne – takie połączenie Rosji, Kirgizji, Kazachstanu w jednym. Szybko też stwierdziliśmy że stara znajomość z językiem rosyjskim jest bardzo przydatna – młodsi od nas Węgrzy którzy nic nie potrafili w języku międzynarodówki komunistycznej od razu płacili frycowe i byli „kasowani inaczej”.

czurczhele czyli orzechy  zanurzone w  gestym kisielu  winogronowym lub gruszkowym - lokalny przysmak


        Wzięliśmy na początek kwaterę wyszukaną jeszcze przez booking – nawet całkiem przyjemny pokój u ludzi którzy starają się jakoś dorobić i podnajmują pokoje swojego domu przyjezdnym. Była ona w zwykłej, tej nie „kurortowej” części miasta która różniła się diametralnie od niej. Na ulicy nie było asfaltu, stały kramy i rozsypujące się budy, wszystko było tanie a po przejściu kilometra przy nadmorskim deptaku już wszystko „ ładne a nawet piękne” a ceny już jak na Zachodzie. Pierwszego dnia dzieci dały nam w kość bo wyspały się w samolocie i w marszrutce z Kutaisi , my natomiast po nieprzespanej nocce ciężko mieliśmy je ujarzmić w tych nowych okolicznościach przyrody. Ja zasnąłem na nadmorskim placu zabaw a Aga słaniając się na nogach z ledwością panowała nad sytuacją. Dzieci były bardzo zadowolone, plaża choć kamienista jak to na wybrzeżu Morza Czarnego, bardzo fajna choć trochę plastikowa. Spędziliśmy w Batumi kilka dni odbijając się ciągle od Azerskiego konsulatu w mieście – a to konsula nie było, a to że będzie o czwartej, a to że będzie jutro, a to mówił nam że nie warto u niego robić wiz i żebyśmy próbowali coś zdziałać w stolicy w Tbilisi.


Po kilku dniach pojechaliśmy trochę na północ również na wybrzeże ale już tak nie zadeptane do Kobuleti. Trafiliśmy tutaj na jeden z nielicznych kempingów w tym kraju, pięknie usytuowanym zaraz przy plażach już dużo czystszych, ze wspaniałą czystą woda w morzu z licznymi jej mieszkańcami typu meduzy i koniki morskie ku uciesze naszych dziewczyn. Sam malutki kemping jak na warunki europejskie to raczej takowych nie spełniał, woda zimna (chyba że zagrzała się na słońcu w bojlerze), w kiblach brak światła itp. ale było bardzo przyjemnie i bardzo niewielu mieszkańców głównie na motorach albo z autami 4x4. Tu posmakowaliśmy domowego wina gruzińskiego ( nie zostałem jego smakoszem) a Aga już na samym początku nie mogła patrzeć na chaczapuri choć miało ono nam towarzyszyć jeszcze przez długi czas.

Po relaksacji na wybrzeżu postanowiliśmy uderzyć w interior. Mieliśmy wielkiego farta bo bezpośrednio na ulicy we wiosce złapaliśmy marszrutkę, która jechała przez pół Gruzji akurat w naszym kierunku i ledwo się do niej wbiwszy, bagaże mocując na dachu wyruszyliśmy w kilku godzinną podróż przez centralną Gruzję i potem na południe w stronę Achalciche . W marszrutce dziewczyny zadręczały współpasażerów a ja musiałem wysłuchiwać opowieści starszej Pani która jako młódka była na komsomolskiej wizycie w Warszawie w 65 roku i pamiętała wiele szczegółów z tamtego okresu. Ponieważ marszrutka jechała dalej w stronę granicy albańskiej kazaliśmy się wysadzić w Borżomi - znanym uzdrowisku źródeł wód mineralnych. O rozbiciu namiotu nawet nie było mowy bo zaciągnęło się na deszcz ale szybko Aga załatwiła niedrogą kwaterę zaraz nieopodal leczniczego parku – głównej atrakcji kurortu. Dla dzieci była to nie lada frajda gdyż pierwszy kilometr parku upstrzony był placami zabaw a po przejściu kilku kolejnych kilometrów przyjemną dolinką natrafiliśmy na baseny z wodą termalną w której to wykąpaliśmy się wraz z innymi kuracjuszami. Na kwaterę mimo że była zaraz przy parku dotarliśmy późnym wieczorem – atrakcji w parku było na cały dzień.

        Nazajutrz pojechaliśmy dalej na południe do Achalcyche by stamtąd przedostać się do skalnego miasta Wardzia. Niestety nie dociera tam żaden transport, w mieście trzeba wziąć taryfę na ta eskapadę . Najpierw się mocno broniliśmy sadząc że jednak jakaś marszrutka się znajdzie to jednak po przeliczeniu okazało się że taryfa jest tylko minimalnie droższa a mamy ja na prawie cały dzień i zatrzyma się wszędzie tam gdzie chcemy. Na początek odwiedziliśmy więc malowniczą twierdzę Chetwisi zdobywaną przez Aleksandra Macedońskiego. Do samej twierdzy-zamku wspiąłem się z Matyldą. Jakież to było zdumienie gdy zamiast księżniczek zastaliśmy w głównej baszcie krowy chowające się tam przed słońcem. Następnie z naszym taryfiarzem po jakiejś godzinie dotarliśmy to olbrzymiego XIII wiecznego kompleksu wykutego w litej skale – miasta klasztoru Wardzia. Pierwotnie składał się on z 3 tys pomieszczeń na 13 poziomach – w tej chwili zachowało się około 250 na kilku poziomach z niezliczoną ilością korytarzy, tuneli i dziwnych przejść. Głównym miejscem jest wykuta w skale cerkiew Wniebowzięcia NMP z freskami której to fundatorką była królowa Tamar. Sam kompleks jet dobrze oznakowany z porządną infrastrukturą, natknęliśmy się tu na pierwszą knajpę z lokalnym jedzeniem ale typową dla turystów więc już na „zachodnim” poziomie.

    Z Wardzi wróciliśmy z naszym szoferem który co rusz chwalił się ilu to turystów już woził , pokazywała nawet wpisy referencyjne naszych rodaków do jego zeszytu. Był on bardzo pomocny – po powrocie w mieście załatwił nam mleko do zalania rano płatków owsianych dla dzieci. Okazuje się że kupienie mleka na prowincji w sklepie graniczy z cudem bo wszyscy mają swoje krowy i nikomu nie przychodzi do głowy żeby po mleko latać do sklepów. Mleko przyniósł od siebie z domu i jeszcze poczęstunek owocowy. Podwiózł nas tez nad rzekę nieopodal zamku w Achalcyche gzie spokojnie mogliśmy rozbić namioty. Wieczorem przypałętała się co prawda grupa wyrostków z Armenii ale po zlustrowaniu naszych namiotów i zdziwieniu czy się nie boimy tak spać szybko się oddalili.


Następnego dnia wzięliśmy marszrutkę do Stolicy. Przesz kilka godzin była ona do połowy pusta więc mieliśmy dużo miejsca z dziewczynami na rozprostowanie kości. Na dworcu poczuliśmy pierwszy wielkomiejski gruziński chaos. Na ochłodę natomiast wkręciliśmy się w spożywanie kwasu – czyli bardzo schłodzonego napoju na bazie kwasu chlebowego który smakuje lepiej jak ice tea , kosztuje grosze i można go pić hektolitrami przy temperaturze 40 stopni.

Szybko namierzyliśmy nasz hostel i metrem udaliśmy się do Tatiany która go prowadziła. Był w miarę w centrum miasta z biegającymi kotami po podwórzu co bardzo ucieszyło dziewczyny. W nocy natomiast była jazda – był jeden wiatrak który prawie sobie wyrywaliśmy bo duchota uniemożliwiała spanie.

        Następny dzień spędziliśmy na zwiedzanie miasta – jego urokliwej starówki, głównej arterii Szoty Rustawelego, placu wolności, wzgórza Mtacminda na które jeździ kolejka linowa. Nie omieszkaliśmy też na napychaniu się Chinkali czyli pysznymi pierogami mięsnymi oraz na załatwianiu formalności wizowych w ambasadzie Azerbejdżanu. Znowu stosy dokumentów, konieczne było wsparcie lokalnego biura które na szybko zrobiło nam fikcyjne rezerwacje w akceptowanych hotelach w Baku przez co po kilku podejściach uzyskaliśmy informację, że wizy będą za kilka dnie do odbioru,

W międzyczasie pojechaliśmy więc do Mchcety czyli dawnej stolicy Gruzji wpisanej na listę dziedzictwa UNESCO. Ponieważ temperatury były już iście tropikalne, w lokalnym parku Matylda polewała gołą Klementynę wodą ze szlaucha co choć trochę ulżyło nam w zwiedzaniu monastyrów i cerkwi. Mając jeszcze parę dni w zapasie wybraliśmy się też ze stolicy gruzińską drogą wojenną na północ do największej atrakcji kraju – do górskiego Kazbegi. Tam klimat był już dużo bardziej przyjazny – około 10 stopni niżej i tłumy młodych plecakowiczów spragnionych gór. Na miejscu trzeba było podjąć walkę już z prawie mafią, która opanowała lokalne kwatery i transporty autami 4x4. Zniechęceni tym poszliśmy trochę za wioskę w górę i w pierwszym domostwie zapytaliśmy się czy możemy rozbić u nich namioty. Za niewielką opłatą zgodzili się . Jednak po ich rozbici okazało się że Matylda ma gorączkę i źle się czuje – przenieśliśmy się więc do domu naszych gospodarzy którzy naszykowali nam pokój.
Był on bardzo dziwny z tajemniczą dziura w podłodze do pokoju na dole, którą to musieliśmy pilnować żeby do niej nie wpadły nasze kobitki. Nazajutrz Matylda poczuła się już lepiej ale za to Klementyna zaczęła gorączkować.

Drugą noc spędziliśmy również u naszych gospodarzy – równie dziwnych jak ich dom – babka nie mówiła nic po rosyjsku tylko po gruzińsku i ciągle się chichrała.
W ciągu dnia przerzucili nasz bety do pokoju poniżej dziury bo podobno załapali jakąś dużą grupę plecakowiaczów dla których naszykowali nasz pokój na górze,

panorama na XIV wieczny klasztor Cminda Sameba spod Kazbeku

        Wieczorem okazało się jednak że tamci chyba zrezygnowali więc kajając się przerzuciła nam znowu bety z powrotem na na górę. My tymczasem robiliśmy sobie spacery po wiosce i wynajęliśmy woza 4x4 żeby zawiózł nas do Cminda Sameba czyli XIV wiecznego kościóła św. trójcy położonej malowniczo na 2170 metrów – najbardziej rozpoznawalnego miejsca „pocztówkowego” z całej Gruzji. Oczywiście z dziećmi wchodziła tylko ta opcja o żadnym trekingu nie mogło być mowy bo już nawet chodzenie po mieście z Klementyną na barana i pchaniu wózka z właśnie zmęczoną Matylda jest niezła Jazdą. Na górskiej koszmarnie rozjeżdżanej drodze istny korek - ruch jak na autostradzie, ledwo mijające się terenówki. Za to pogoda była wspaniała – następnego dnia podczas naszego odwrotu już wszystko przykryły chmury i widoków był zero.

    Nasza gospodyni zmieniła zdanie co do proponowanej ceny za nocleg z poprzedniego dnia oczywiście znacznie ją podnosząc – nie dając od razu odpowiedzi , przed samym odjazdem również zmieniłem zdanie co do ceny i w ten sposób jakoś spotkaliśmy się w połowie z naszymi gospodarzami. Klementynie cały czas jednak nie schodziła gorączka i zaczęliśmy się już trochę tym przejmować . Po powrocie do stolicy zrobiliśmy sobie jeszcze wycieczkę do Gori – rodzinnego miasta Stalina ze wspaniałym muzeum jemu poświęconym. Niestety nie było nam dane go zwiedzić bo gorączka Klementynie bardzo mocno podskoczyła i postanowiliśmy że wracamy szybko do stolicy i idziemy do lekarza. W mieście znaleźliśmy fajną klinikę poleconą przez mojego ubezpieczyciela – tzn. jeden Pan lekarz i Pani sekretarka ale jak na tutejsze warunki to w iście w europejskim stylu - „prawie” jak finansowana prze NFZ.
Konsultacja nas uspokoiła i tylko mieliśmy zwiększyć dawkę antybiotyku ale na nic poważnego Klementyna nie chorowała . Jeszcze tego samego wieczora szalały z Matyldą pod kliniką na miejskim placu zabaw do późnego wieczora.


        Następnego dnia rano odebraliśmy w końcu wizy Azerskie ale Aga chciała wracać – gorączka Klementynie dalej nie spadała. Niewiele więc myśląc kupiłem bilety powrotne na następny dzień – akurat Wizzair latał. Wspólnie postanowiliśmy że Aga wróci razem z dziećmi, ja zostanę i pojadę jeszcze do Azerbejdżanu i jeśli będzie możliwość czasowa to jeszcze poszwendam się po Kaukazie . Pojechaliśmy więc wspólnie na dworzec kolejowy gdzie po godzinie udało mi się kupić bilet na nocny do Baku a później pojechaliśmy do dworzec marsztutkowy gdzie odprawiłem moje dziewczyny na marszrutlke do Kutaisi na lotnisko. To było nasze pierwsze ( SIC!) rozstanie na tak długo odkąd jesteśmy ze sobą czyli od 18 lat i oczywiście pierwsze rozstanie z dziećmi . Trochę się popłakaliśmy i dziewczyny odjechały w siną dal. Ja zmieniłem już hostel bo nie potrzebny był mi już pokój , przekimałem się więc w dormitorium w innym hostelu bardzo fajnym i stylowym w samym centrum miasta. Nazajutrz pojechałem jeszcze do Gori odwiedzić muzeum Stalina którego wcześniej nie było nam dane. Robi duże wrażanie – jest tam zgromadzonych mnóstwo pamiątek po Stalinie łącznie z jego wagonem którym podróżował podczas II wojny światowej.


Zamek w Gori

AZERBEJDŻAN


    Wieczorem pojechałem na dworzec kolejowy licząc że przekimam się w super warunkach, wykupiłem sobie w końcu kuszetę czyli sypialny przedział 4 osobowy. Rozczarowanie było spore bo i pociąg owszem fajny ale już po godzinie jazdy postój na granicy z Azerbejdżanem . I tak przez następne 4 godziny. Najpierw wygonili nas z pociągu na stacyjce gdzie było tylko ciepłe piwo a potem co gorsza kazali wejść do pociągu i nie wolno było wychodzić . Pociąg by wyłączony więc klima nie działała a na zewnątrz 45 stopni. Po godzinie zrobiła się w środku taka sauna że tylko staliśmy przy lufcikach okiennych i robiliśmy hausty „świeżego” powietrza bo wewnątrz skwar był nie do opisania . Wszyscy mokrzy od potu a dzieci darły się wniebogłosy. Najlepsze zaczęło się jednak jak weszli pogranicznicy azerscy. Wszystkie bety były trzepane, przedziały sprawdzane detektorem a każdemu podróżnemu robione zdjęcia. Jak już w końcu pociąg ruszył to puścili klimę i w moment zrobiło się lodowato. Jechałem w przedziale z Azerami na stałe mieszkającymi w stanach - matką z synem która klęła na całe to zamieszanie ale twierdziła że w stanach tez tak ludzi traktują:)


    Uginając się pod moim plecakiem zobaczyłem całkiem inny świat od tego gruzińskiego. Nie ma przesady w stwierdzeniu że Baku to taki „Mały Dubaj”. Nadbrzeżny deptak to olbrzymia w ciągu dnia spalona słońcem pusta betonowa arteria przy której co rusz stoją wspaniałe budowle w stylu bliskowschodniej secesji również polskich architektów. Nad miastem na wzgórzu górują szklane biurowce „flames tower” które symbolizują największe bogactwo regionu czyli gaz. Poza miastem wszędzie widać panoramy szybów i wszelakich instalacji do pozyskiwania gazu. Zaraz nieopodal, nad samom wodą jest ohydna kryształowa hala koncertowa w której to parę lat temu gościła Eurowizja i święciły triumfy azerbejdżańskie pop songi.

panorama Baku

    Wieczorem zdzwoniłem się z moim gospodarzem z CS - Huseynem z którym to pojechaliśmy do niego na chatę. Mieszkał bardzo blisko centrum a zaraz koło jego bloku na nabrzeżu powiewała olbrzymia flaga narodowa – druga co do wielkości na świecie (niedawno Kazachstan odebrał jej palmę „wielkości”:). Gdy nocą flaga jest podświetlona widać ja praktycznie z każdego miejsca w mieście a jej łopot prawie uniemożliwiał spanie . Huseyn mieszkał z narzeczoną w „chruszczowce” czyli wielkiej płycie z tego okresu. Byli bardzo mili i strasznie żałowałem że nie jesteśmy u nich całą rodzinką. Jego kobieta przyrządzała świetnie bakłażana i codziennie się nim obżeraliśmy. Huseyn chciał się pokazać od jak najlepszej strony – pierwszego dnia wiózł mnie do imprezowej części miasta która niczym się nie różniła od zachodnich metropolii. Szlajaliśmy się od pubu do pubu, gdzie bawili się sami młodzi obcokrajowcy pracujący tu lub studiujący. Poznałem od razu jego znajomych i przyjaciół, również innych couchserferów, ludzi pracujących na kontraktach i w ambasadach. Do domu wróciliśmy koło trzeciej nad ranem . Nie wiem jak Huseyn to wytrzymywał ale tak było codziennie, a on rano chodził do pracy do banku. Nie wiem jak psychicznie znosiła to też jego narzeczona bo ona nie brała udziału w tych eskapadach ale chyba kiepsko bo co chwile kłócili się po azersku. Spędziłem kilka dni w Baku umawiając się też innym poznanymi w knajpach ludźmi na wycieczki do ciekawej krainy Gobustan, na oglądanie wulkanów błotnych , kompleksu jaskini z rysunkami naskalnymi z epoki brązu i tego typu atrakcji. Odwiedziliśmy też wszyscy wspólnie ekipą wielonarodową wieczny ogień Janar Dah– czyli palący się nieprzerwanie gaz wydobywający się z ziemi – nocą robi piorunujące wrażenie.


Wokół Baku jest wiele interesujących miejsc które można odwiedzić robiąc sobie jednodniowe wyjazdy. Jadąc do Nardaran świętego miasteczka kierowca autobusu miejskiego mnie nie wpuścił bo miałem krótkie spodnie na sobie. Czekałem wiec na drugi autobus i jakoś się do niego wbiłem choć wszyscy byli rozbawienie widząc mnie i mocno to komentowali. Ostatecznie przed wejściem do kompleksu meczetów pożyczyłem długie spodnie prze wejściem i mogłem już wszytko zwiedzać. Niedaleko znajduję się też bardzo stara świątynia zaraostrian Ateszgiach z wiecznie palącym się tam ogniem. Generalnie w Azerbejdżanie jako kraju muzułmańskim są same meczety, ale tak jak w wielu krajach poradzieckich nie jest to żaden ortodoksyjny islam, więc jest miejsce i na kult zaraostrian a pod niejednym meczetem jest bar piwny gdzie można się fajnie schłodzić w czterdziesto-kilku stopniowym upale.

Do ciekawych miejsc w Baku na pewno należy wielki kompleks kulturalny autorstwa Zahy Hadid chyba najbardziej obecnie rozchwytywanej na świecie architektki. Przypomina jakąś dziwną olbrzymią fale ale fajnie wkomponowuje się w okolicę.

    Po paru dniach spędzonych u Huseyna pojechałem do drugiego co do wielkości miasta do Gandzia. Tam już nie było żadnych barów i knajp, na mieście nie spotkałem żadnego turysty czy obcokrajowca. Jak stanąłem coś zjeść z budki to od razu obskoczyli mnie chłopy a już to wypytywać jak tam nam się żyje w tej europie, czy jest lepiej niż za socjalizma, od razu kupowali mi też jakieś bułki i wciskali do plecaka. Wybrałem się tam do kompleksu Bahaudina z meczetem Dżuma w którym akurat odbywał się rytualny ubój owiec. Co chwilę podjeżdżały stare łady i nowe mercedesy, z bagażników wyjmowali związane owce które zaraz lądowały na taczkach by za chwile dokonać żywota w ubojni przy meczecie.

        Z Gandzia pojechałem na granicę z Gruzją i za chwilę już siedziałem w marszrutce do Tbilisi. W Gruzji w Kachetii odwiedziłem jeszcze wczesnośredniowieczny monastyr wykuty w skale Dawid Garedża – ze wszystkich gruzińskich atrakcji tego typu najbardziej mi się podobał, gównie ze względu na wspaniałe usytuowanie na wzgórzach w kolorach rdzawo zielonych rozciągniętych na półpustyni. Dojazd tam był możliwy tylko taryfą ale dorwałem Dziadka z chyba jeszcze starsza od niego Ładą i w ten sposób wychwalając byłego prezydenta Saakaszwilego miło spędziliśmy podróż pokonując kilkadziesiąt kilometrów pośród „niczego”.

panorama ze wzgórza Dawid Garedża

Bedą w KaChetii Na chwile też podjechałem do malowniczego Signagi , regionu znanego z licznych winnic i produkcji tegoż trunku. Było już tam jednak bardzo plastikowo – wszytko pod turystów przyjeżdżających z europy na „wypitek”.



ARMENIA


    Czas mnie zbytnio nie gonił postanowiłem więc tym razem obrać kierunek południowy i z Tbilisi nocnym pociągiem pojechałem do Erewania - tu już obyło się bez wielogodzinnych oczekiwań na granicy. W pociągu pamiętającym stare dobre radzieckie czasy poznałem parę z Polski z którymi potem spędziłem kilka dni w stolicy Armenii. Erywań okazał się kompletnie rożnym miastem od Tibilisi. Nie przypominał też Baku – był chyba najbardziej zapuszczonym spośród tych trzech stolic ale za to wieczorem na ulicach wędrowały dzikie tłumy głównie lokalnej młodzieży a odsetek dziewczyn zrobionych na bóstwo to przekraczał wszelkie pojęcie:) Z Erywania pojechaliśmy pod granice turecką podziwić z klasztoru Chor Wirap górujący na wszystkim pięciotysięczny Ararat – świętą górą Ormian która jest na wyciągniecie ręki – ale już w Turcji ku wielkiej wściekłości i rozżaleniu miejscowych.

Oprócz tego typu atrakcji są jeszcze niedaleko stolicy rzymskie budowle świątyni boga Słońca Mitry w Garni którą to zwiedzałem z napotkaną Belgijką samotnie podróżująca po kaukazie. Pod Monastyrem Gegard napotkaliśmy roztańczoną lokalna trupę muzyczną - Sarah z Belgii bardzo się wkręciła i usiłowała nauczyć się kroków lokalnych ludowych pląsów. Ja byłem na to zbyt trzeźwy:)


        Z Erywania pojechałem nad górskie jezioro Sewan gdzie znów jak w gruzińskim Kazbeku panował przyjemny klimat nie 43 stopni jak w Erywaniu. W lasach nad jeziorem w „pięknych okolicznościach przyrody” można bez problemu rozbić się na dziko po klasztorem Sewanawank i tak tez zrobiłem. Ilość średniowiecznych monastyrów i cerkwi w Armenii znacznie przekracza tą z Gruzji – jednak poza Erywaniem i okolicami są one niezagospodarowane turystycznie i nie stanowią waloru tego kraju – „masowa” turystyka ogranicza się praktycznie do młodzieży przyjeżdżającej na chwilę z Gruzji do Erywania i okolic.


Nad jeziorem Sewan

        Dalej kierowałem się na południe – pierwszy raz nie marszrutką ale pełno wymiarowym autobusem. Po całodziennej jeździe Zjechaliśmy w rejony graniczące z Iranem i tam łapiąc stopa dotarłem do miejsca dość osobliwego.


    Rząd żeby podnieść walory turystyczne pięknie położonego na wzgórzu klasztoru obronnego w Tatew zbudował tam kosztem 18 milionów dolarów prowadzącą pod sam klasztor ultra nowoczesną kolej linową – najdłuższą na świecie. Jest to oczywiście potwierdzone tablicą z wpisem do księgi Guinessa . Szarpnąłem się i z klasztornego wzgórza zjechałem wagonikiem do którego oczekiwanie trwało prawie godzinę. Wrażenia widokowe z prawie sześciokilometrowej trasy na dolinę są wspaniałe. Sama zaś kolejka wpisuje się w okolice jak pięść do nosa. Po wyjściu z wagoniku poza parkingiem z czekającym autobusami na wycieczkowiczów nie ma nic. Przez kilometry można iść pieszo przez step i zapuszczone wioski. Tak też zrobiłem. Mając już dość targania plecaka ruszyłem stopem który okazał się taryfą ( na tylnym siedzeniu miał koguta taxi) podjechałem do Goris z którego to rano wyruszyłem do Górskiego Karabachu.


GÓRSKI KARABACH


    Czekając na autobus do stolicy Karabachu Stepanakertu zgadałem się z Czechem i Amerykaninem który uczył angielskiego w armeńskich uczelniach i po dwóch latach kontraktu robił sobie wycieczki przed powrotem do stanów. Nieźle szokował pograniczników pokazując im swój paszport i gdy zaczynali żartować na jego temat to odpalał im po ormiańsku. W Stepanakercie musieliśmy udać się do tamtejszego MSZ w którym to dość szybko dostaliśmy wizy pobytowe. Musiałem im podać adres wymyślonego hotelu spanie bowiem urządziłem sobie w parku pod symbolem miasta – monumentem „Dieduszka i Babuszka”.


  Dieduszka i Babuszka w Stepanakercie 

  Ze stolicy pojechałem do monasteru Amaras. Na miejscu przyjął mnie chłop pilnujący obiektu, tu również wszyscy są bardzo gościnni – uraczył mnie papryką i pomidorami, pogaworzyliśmy o starych dobrych radzieckich czasach. W monasterze widząc że nie mam transportu zaczepiło mnie czterech chłopaków pytając czy nie pojechał bym z nimi. Trzech z nich było Ormianami mieszkającymi i pracującymi na stałe w Moskwie. Wzięli jeszcze ze sobą jednego Rosjanina i przemierzają teraz swój rodzinny hajmat. Objechaliśmy jeszcze razem kilka miejsc m.in. umarłe miasto Agdam w którym to toczyły się najcięższe walki podczas niedawnej wojny z Azerbejdżanem. Zostało ono całkowicie wyludnione. Straszą tam teraz zniszczone i spalone domy pośród pól minowych.

Z dumą pokazywali mi stare twierdze armeńskie i cały czas przeklinając Azerów utyskiwali na brak możliwości dla młodych w tym kraju, chcieli by tu przecież zapuścić korzenie i pozakładać rodziny ale „diengi” trzeba zarabiać gdzie indziej – czyli w ich przypadku w Moskwie. Następne dni wracałem do Erywania, stamtąd do Tibilisi, stamtąd na lotnisko do Kutaisi.


W ten sposób po miesiącu od wylotu i pod dwóch tygodniach podróżowania bez moich stałych kompanów ( tzn Agi, Matyldy i Klementyny) wróciłem do Katowic prosto w ich objęcia:)

               powrót  do  menu   podróże