Mauritius   z Matyldą i  Klementyną -  maj 2018

                      

   Pełny album zdjęć:

https://photos.google.com/album/AF1QipOLOkIx6JirSa_KfG3Rx2tukBGE1KrN7LtrVOV4



        Na długą tegoroczną  majówkę wybraliśmy się  na Mauritius.
Już jakieś dwa miesiące wcześniej znalazłem bilety w bardzo dobrej cenie około 900 - 1000 zł  liniami którymi jeszcze nigdy nie lecieliśmy  – Saudi Arabią.  Lot  był realizowany z Genewy z przesiadką  w Jeddah.


        Do Genewy wybraliśmy się autem – całą trasę  około 1500 km wzięliśmy na spokojnie, na dwa dni z noclegiem na kempingu  nieopodal Baden-Baden przy granicy niemiecko – francusko – szwajcarskiej. Tak się akurat złożyło w obydwie strony że na kemping przyjeżdżaliśmy  dość późno jak nie było już obsługi a wyjeżdżaliśmy na tyle wcześnie że obsługi jeszcze nie było....
W Genewie zostawiwszy woza na wcześniej zabukowanym parkingu,  Pan  Bułgar zawiózł nas na lotnisko i  dowiedzieliśmy  się od niego jakie to szare i smutne jest życie w Szwajcarii.
        Wreszcie lecieliśmy dość starym wąsko kadłubowcem  do Jeddah. W samolocie obsługa obcokrajowa – nikogo „naturalnego” z Arabi Saudyjskiej  może poza pilotem.   Lotnisko okazało się być bardzo nie fajne – jest stare, nowe się dopiero buduje. O wyjściu na zewnątrz nie mogło być mowy bo Arabia Saudyjska  niewiernym nie daje takiej możliwości czyli  wiz chociażby tranzytowych nawet na parę godzin nocnych:)   Jest strasznie głośno – akustyka i nagłośnienie jak w remizie. Na terminalu ludzie odpoczywają i  leżą  pokotem , modlą się Muzułmanie z rożnych krajów głównie afrykańskich  pracujący w tym kraju. Dobrze że mieliśmy dmuchane materacyki które przydały się już ostatnim razem,  dzięki nim skimaliśmy się się pod ścianą perfumerii bezcłowej.        
         O fotelach  albo kawałku ustronnego miejsca można było zapomnieć. Po kilku godzinach lecieliśmy już dużo większym i fajniejszym samolotem a  pytanie czy mogę zamówić piwo zostało skwitowane śmiechem przez skośnookiego  stewarda . W samolocie jest  wydzielone miejsce do modlitw ( spokojnie zmieściły by się tam ze trzy  rzędy dodatkowych foteli:) a lot rozpoczyna się krótka modlitwa do Allacha nadawaną przez pokładowy system rozrywki.




     

    Po sześciu – siedmiu  godzinach lotu wylądowaliśmy na dużo ciekawszym lotnisku niż w Jeddah. Odebraliśmy  zabukowanego wcześniej malutkiego suzuki i pojechaliśmy na wschodnie wybrzeże do nadmorskiego  miasteczka Flic and Flac.




na imprezie przy rytmach lokalnego tańca Sega,  w miasteczku Flic  and Flac






        Tu spotkaliśmy się z Arturem i Aśką,  naszymi znajomymi którzy  wraz z synami byli już od kilku dni na Mauritiusie. Razem na bookingu wynajęliśmy na dwie rodziny  za całkiem przyzwoite pieniądze wille z basenem.  Tłumów  nie było raczej jak u nas na Wybrzeżu poza sezonem.  Zupełnie inaczej jak na Filipinach sprzed paru miesięcy. Poplażowawszy we Flic and Flac zrobiliśmy  całodniową wycieczkę  po największych atrakcjach południowo-zachodniej   części wyspy. Najpierw pojechaliśmy do "la Vanille" nature park  gdzie główna atrakcją było karmienie krokodyli  oraz farma żółwi olbrzymich.










             Było ich tam rzeczywiście sporo, można było zaopatrzyć  dzieci w gałązki którymi mogły karmic do woli żółwie.  Przedstawiony nam został również najstarszy ponad stu letni okaz który niczym jednak nie różnił się od pozostałych.  Z tej typowo komercyjnej atrakcji  udaliśmy się  nad Grand Bassin który jest miejscem kultu religijnego. Jest to staw  - cel corocznych pielgrzymek hindusów  w lutym (przyjeżdza ich około 400 000!) na  święto Maha - Śiwaratri . Nieopodal tej dużej świetej  „sadzawki'  która rzekomo jest w jakiś magiczny sposób połączona z Gangesem znajdują się olbrzymie: 33 metrowy  posag Siwy ( trzeci najwiekszy na świecie) i tejże  wielkości   Durga z lwem.   






        Stamtąd pojechaliśmy do Parku Narodowego Przełomu Czarnej Rzeki gdzie w dawnych czasach chronili się  kiedyś zbiegli niewolnicy – Maroni  pewni że nie zostaną wytropieni przez swoich panów. Jak na Mauritius tereny te są dość „ dzikie” rośnie tu  150 endemicznych roślin i ponoć dużo dziwnego ptactwa. W tych rejonach znajduje się największy na Mauritiusie 83 metrowy wodospad  Chamarel który podziwialiśmy z punków widokowych  oraz „kolorowa ziemia” czyli pofałdowane pagórki  które swój koloryt zawdzięczają  najpewniej nierównomiernemu  ochładzaniu się lawy na terenie wielkiego krateru. Przed zachodem słońca przyjmowały głównie fioletową  barwę. A  po zachodzie słońca czas było się zbierać  do naszej kwatery.




            Po  kilku dniach spędzonych na zachodnim wybrzeżu pożegnaliśmy się z Aśką  i Arturem którzy wracali do kraju  a my pojechaliśmy do stolicy  Port Louis. Jest to nieduża mieścina  ale i tak większa w porównaniu np., ze stolica Seszeli Victorią . Nie  ma tu zbyt dużo do roboty poza szwendaniem się po bazarze Centralnym – bardzo fajnym miejscem pełnym zapachów i kolorów. Mijając meczet  Jummah skierowaliśmy się  do chińskiej dzielnicy.  Natrafiliśmy   na obchody celebracji chińskiego  nowego roku ( już drugi raz w tym roku :) .  Po występach „ artystycznych”  nakarmiliśmy się fantastycznymi przysmakami z gar kuchni  o wyglądzie i smaku niekiedy co najmniej dziwnym  które w sporych ilościach porozstawiały się na ulicach . Dziewczyny znów uganiały się za chińskimi dragonami aż do zapadnięcia całkowitych ciemności. :)




na centralnym bazarze w stolicy


pod meczetem  nieopodal bramy prowadzącej do chińskiej dzielnicy


        Ze stolicy pojechaliśmy do wiosek na  południe wyspy do gdzie mieliśmy zabukowaną drugą miejscówkę w Baie du Cap.  Tym razem  była to bardzo fajna zrobiona „ze smakiem” olbrzymia willa z pięknym tarasem, salonem  dwiema sypialniami, jakuzzi  w bardzo ciekawych cenach ponoć przez przypadek bo właścicielowi pomylił się ceny i za kwotę za osobę   puścił cały obiekt.  Tak czy owak było bardzo przyjemnie  - położona była w nabrzeżnej wsi, do plaży było kilka kroków a kawałek dalej można było podjechać na cypel gdzie miejscowi spędzali wolny czas na plaży.








plaże przy Blue Bay


              Z wioski  wybraliśmy się  kolejnego dnia przez prawie  pół Mauritiusa na wybrzeże wschodnie  w okolice Beau Champ .  Najpierw leniuchowaliśmy  na  całkowicie  pustej plaży niepodal Mahrebourg przy Blue Bay a potem po jeszcze kilku  godzinach jazdy przy plażach na wschodzie  skąd wypływa sie na meleńką Ile aux Cerfs. Jest tu kilka wypaśnych  ośrodków dla białych gdzie miejscowi  skaczą wokół nich  i pilnują żeby nic nie niepokoiło   podczas picia drinków z palemką na plaży przy hotelu. Na szczęście "wczasowiczów" nie wielu  więc nosa nie  wystawiają poza  prywatne plaże.  




            

             Pora było wracać do naszej  mety na południu wyspy. Następnego dnia rano spakowaliśmy nasze manatki, podjechaliśmy jeszcze nad Le Morne Brabant po olbrzymią skałę przy linii brzegowej na „pożegnanie z oceanem”. Ze skałą jest związana historia niewolników którzy zbiegli i ukryli się na niej.  Po jakimś czasie gdy niewolnictwo na wyspie skończyło się, gdy biali próbowali dotrzeć do nich na szczyt góry i zakomunikować im tą wspaniałą  nowinę , oni myśląc że przyszli po nich, skoczyli wszyscy popełniając zbiorowe samobójstwo.  
            Po godzince byliśmy na lotnisku , zdaliśmy auto i już za chwilę siedzieliśmy w samolocie linii Saudi Arabia by odbyć tą sama drogę powrotną.




nasz  filmik z Mauritiusa;)







                       powrót  do  menu   podróże