Norwegia 2011 z Matyldą

                                        Pełny album zdjęć:

                                     

Norwegia z Matyldą (VII 2011)

 

Do Norwegii chcieliśmy już jechać kilka lat temu, pobieżne skalkulowanie takiego wyjazdu odstręczyło nas wtedy od tego pomysłu. W ubiegłym roku jak Matylda miała kilka miesięcy też chcieliśmy się tam wybrać ale wtedy wydawało nam się że jest za mała i że dłuższe nocowanie w namiocie w niskich temperaturach mogłoby dać się jej we znaki. W tym roku już bez przeszkód mogliśmy zaplanować taką podróż. Postanowiliśmy nie korzystać z promów z Polski do Szwecji, będących dość popularną trasą na północ Europy. Całą trasę zaplanowaliśmy „bezpromowo” ponieważ dojazd do Świnoujścia z Katowic krajowymi drogami  to niezła katorga. 

Od razu wbiliśmy się na autostradę na Wrocław by potem przez całe Niemcy, Danię, Szwecję i do Norwegi  jechać zachodnimi autostradami korzystając po drodze z dwóch płatnych ale bardzo widowiskowych mostów przez cieśniny Wielki i Mały  Bełt  na granicy duńsko - szwedzkiej. Znając pobieżnie realia norweskie i tamtejsze ceny przed wyjazdem trochę czasu spędziliśmy na Couch Surfingu nawiązując kontakty z ludźmi u których mogliśmy później spędzić kilka nocy. Zaopatrzyliśmy się też w niezbędne (nam tak sie przynajmniej wydawało) na norweskie temperatury nawet latem – koce grzewcze do samochodu. Zrobiłem też dodatkową instalację ładowania do drugiego akumulatora który wzięliśmy ze sobą żeby być całkowicie niezależnym i móc nocować w aucie nawet gdyby temperatury gwałtownie spadły, bez ryzyka rozładowania akumulatora. Nakupiliśmy sporo jedzenia na całą podróż ( zarówno dla nas jak i oczywiście dla Matyldy) – uzbierało się tego kilka koszy. Samo pakowanie samochodu i rozplanowywanie każdego centymetra przestrzeni bagażowej schowków zajęło mi kilka godzin – w końcu auto było gotowe do drogi.

    W północnych Niemczech złapało nas oberwanie chmury i trochę nam miny zrzedły – jeśli tak miał by wyglądać następny miesiąc to podróż z Matyldą mogła by być dość uciążliwa. W Dani jednak już się wypogodziło i zrobiło się bardzo ciepło. Postanowiliśmy zostać na kilka dni w Kopenhadze która okazała się być bardzo fajnym miastem z kilkoma ciekawymi miejscami do zobaczenia, m. in. z kanałami portowymi podobnymi do tych z Amsterdamu . Dziwna jest tylko nowoczesna dzielnica umiejscowiona pod miastem w szczerym polu – dopiero od niedawna zagospodarowywana. Stoi tam  hotel o dość awangardowej konstrukcji – jak na stare portowe miasto reprezentuje wręcz kosmiczną architekturę. Stwierdziliśmy że nie będziemy korzystać z pól namiotowych gdyż za bardzo nie chciało nam się rozbijać co chwilę namiotu, poza tym „ciągnęło” jednak od ziemi i spanie w aucie z Matyldą okazało sie dużo bardziej sympatyczniejsze i komfortowe. Nauczyliśmy się też po kilku nocach bardzo szybko przygotowywać samochód do zmiany jego przeznaczenia w kemping.

                                                                  

                                                               

                                                                       Kopenhaga

Z Kopenhagi wyruszyliśmy w stronę Szwecji, przejeżdżając przez jeden z najdłuższych mostów w Europie, gigantyczny kilkunastokilometrowy most graniczny, którego sterczące pylony sięgają ponad 200 metrów n.p.m. Potem jeszcze tunel po wodą połączony z mostem i można jechać na północ. Będąc w Szwecji nie mogliśmy odmówić sobie wstąpienia do IKEI i zjedzenia kilku sieciowych hot dogów. Po pięciu dniach od wyjazdu z domu przekroczyliśmy granicę z Norwegią. Na początku myśleliśmy trochę że to obciachowo co chwile wyjmować butle gazową i pitrasić sobie posiłki na przydrożnych zajazdach i parkingach, ale szybko okazało sie że wszyscy tak robią, infrastruktura też jest do tego przygotowana, są wydzielone miejsca na piknikowanie i w ogóle ok, a ceny w lokalach, knajpach przy stacjach paliw i w motelach – zresztą jak w całej Norwegi są dość zabójcze.

                       

            Po  przekroczeniu granicy skierowaliśmy się w stronę Oslo w którym to mieliśmy ugadane z naszymi znajomymi Szwedami (poznanymi kilka lat wcześniej podczas podróży po Afryce Zachodniej) że się u nich zatrzymamy na parę dni. Szwedzi są dosyć zakręceni, są weganami i w ogóle żyją zgodnie z naturą nie goniąc zbytnio za dobrami doczesnymi. Też im się urodziła niedawno córeczka więc  Matylda miała koleżankę . Oslo zwiedzaliśmy sobie spokojnie ciesząc się z ładnej pogody i wielu terenów zielonych w mieście na które mogliśmy „wypasać” Matyldę. Oglądnęliśmy muzeum Muncha, muzeum Wikingów z kilkoma odkopanymi łodziami, bardzo zakręcony nowoczesny  budynek  opery z którego skośnego dachu rozpościera się fantastyczna panorama Oslo. Trzeciego dnia podjechaliśmy pod skocznię Holmennkolen na której jeszcze niedawno święcił tryumfy Adam Małysz.

Po powrocie do centrum udaliśmy się zwiedzać ratusz, na parkingu usłyszeliśmy ogłuszający huk od którego zatrzęsły się szyby w okolicznych budynkach. Niewiedząc  skąd pochodził weszliśmy do ratusza, szybko jednak zostaliśmy z niego „wyproszeni” z powodu „wypadku” jaki przed chwilą miał miejsce, jak to się wyraziła ochrona ratusza. Na zewnątrz, po chwili zorientowaliśmy się że jest coś nie tak, na telebimie w knajpie pokazywali zdjęcia z kilku przecznic dalej wyglądających jakby przed chwila wybuchła tam bomba. Jadąc do Vigelandsparken przejeżdżaliśmy wzdłuż ulic które bezpośrednio ucierpiały podczas wybuchu, wszędzie było pełno szkła i policji. Po chwili całe centrum było już obstawione przez wojsko i policję, ulice poblokawane, powrót z parku zajął nam prawie godzinę, dojazd do niego trwał pięć minut. U naszych Szwedów dowiedzieliśmy się o masakrze na wyspie. Ich dom stał blisko jakiegoś ważnego budynku policyjnego bo co chwilę lądowały przed nim helikoptery a sam budynek został obwarowany wozami policyjnymi.

                Będąc w lekkim szoku po tym co się stało następnego dnia opuściliśmy miasto i skierowaliśmy się na południowy zachód, w stronę Stavanger. Już na miejscu zamieszkaliśmy u Tomasa, Niemca który pracował i mieszkał tam wraz z kilkoma znajomymi w wynajmowanym domu, bardzo sympatyczni i otwarci ludzie. W ostatni dzień odstąpił nam swój pokój gdyż przyjechał jego znajomy którego pokój zajmowaliśmy przez dwie ostatnie noce. Wyniknęło z tego  małe zamieszanie z majtkami gdyż duuuuży Niemiec który właśnie przyjechał miał problem ze zakwalifikowaniem suszących się majtek, w pierwszej chwili wydawało chyba mu się że są jego lecz to były majtki Agi…

Korzystając z pobytu w tym sympatycznym miasteczku z bardzo fajna starówką Gamle Stavanger wpisaną na listę UNESCO oraz nieodzowną IKEĄ gdzie spożywaliśmy śniadania, wybraliśmy się nad  jeden  z pobliskich i najbardziej rozpoznawalnych fiordów norweskich  - Lysefjord. Stamtąd wybrałem się na krótki trekking na skałę Preikestolen która majestatycznie wystaje znad przepaści nad fiordem.  Jest to miejsce zamieszczane na wszystkich zdjęciach i folderach z Norwegii, było tam dość sporo turystów, przynajmniej jak na Norwegię.

                                 

                                                  Południowa Norwegia, Lysefjord

            Ze Stavanger pojechaliśmy na północ do Bergen. Mieliśmy zapłaconą  przed wyjazdem w formie kaucji do wykorzystania opłatę za płatne odcinki dróg, ale mimo to staraliśmy się wg GPS , przynajmniej na początku, omijać płatne odcinki. Poruszanie się po norweskich drogach mimo że są w świetnym stanie odbywało się bardzo powoli. Autostrada była tylko do stolicy, potem już drogi jednopasmowe z ciągłymi ograniczeniami do 60 -70 km/h i prawie nikt nie łamał tych ograniczeń. Wysokość mandatów jest skutecznie odstraszająca -  szczególnie przybyszów z zagranicy. Drogi zresztą prawie uniemożliwiają rozwijanie większych prędkości – ciągłe w górę, w dół  i co chwilę przeprawy promowe. Do tego konieczność postojów  co kilka godzin na karmienie Matyldy  powodowały że bardzo spokojnie przemierzaliśmy piękne regiony i gdy nie byliśmy akurat  w mieście  zatrzymywaliśmy się  na noc gdzie popadnie. Nigdy z tym nie było problemów, sporo kamperów, aut z przyczepami również zatrzymywało się w różnych dziwnych miejscach. Kąpać się zaś chodziliśmy na pola namiotowe udając że jesteśmy ich mieszkańcami lub pytając się czy możemy skorzystać z prysznicy gdyż prawie zawsze były i tak płatne osobno.

 W Bergen zatrzymaliśmy się u pary dziewcząt z dużym psem, mieszkających razem w pięknie położonym domu nad jeziorem. Natomiast na  portowym targu, w centrum miasta raczyliśmy się zupkami z owoców morza i kluskami z krabami które można było nabyć obok wielu gatunków morskich osobliwości.

Po kilku dniach w tym fajnym  portowym mieście ruszyliśmy w stronę największych atrakcji kraju czyli fiordów zachodnich oraz gór Juttenheim. Dojechawszy nad malowniczy, najwęższy Naeroyfjord, popłynęliśmy sobie nim kawałek. Widoki były bardzo fajne ale sam fiord nie „rozwalił” nas tak jak myśleliśmy wcześniej, czytając wiele relacji i słysząc że jest najpiękniejszym fiordem w kraju. To co miało spodobać się nam najbardziej było jeszcze  przed nami…

Zostawiwszy dziewczyny na brzegu, podjechałem stopem po samochód i dalej kontynuowaliśmy podróż na północ. Pogodę mieliśmy cały czas fantastyczną i dowiedzieliśmy się jeszcze w Bergen że mamy farta – całe wcześniejsze dwa miesiące lało a teraz pogoda prawie jak na Karaibach – w sierpniu tutaj 25 - 28 stopni to nie codzienność.

                Z zachodniego wybrzeża odbiliśmy na wschód w kierunku parku narodowego Joutenheimen.  Po drodze  w Borgund oglądnęliśmy  fajnie zachowany kościółek typu Stav . Pojechaliśmy bardzo malowniczą, słynna drogą 55, z której roztaczają się wspaniałe panoramy i co chwilę są zjazdy do punktów widokowych. Było to dla nas bardzo fajne rozwiązanie - mogliśmy wszędzie podjeżdżać autem gdyż z Matyldą i Agą w ciąży żadne chodzenie po górach czy  nawet dłuższe spacery nie wchodziły w grę. Jako że Norwegia to bardzo zamożny kraj, stawiający na naturę, ciągle mogliśmy z nią obcować, cywilizacja była gdzieś „schowana”. Czasami jednak odnosiliśmy wrażenie że niektóre „atrakcje” czyli miejsca do podziwiania mających zapierać  dech w piersiach widoków np. dolin czy  wodospadów były trochę przesadzone i zorganizowane jakby „na siłę”. Tak czy inaczej sceneria w górach była fantastyczna gdyż pomimo że to góry nie wysokie, jest już wystarczająco na północy, śnieg zalegał w bardzo dużych ilościach a temperatury były iście wysokogórskie.  Na noc udało nam się zjechać sporo niżej, tak że kolejny nocleg w aucie bez wykorzystywania kocy elektrycznych minął bardzo spokojnie. W następnych dniach wybraliśmy się na największy europejski lodowiec Jostedalsbreen. Podróżując własnym samochodem mieliśmy ten komfort że mogliśmy podjechać pod niego w dowolne miejsce. Zdecydowaliśmy się na oglądnięcie go od strony bardzo popularnej od jęzorów lodowych  Briksdalsbreen, miejsca mocno komercyjnego i od strony doliny Lodalen pozwalającej podejść pod sam lodowiec bez tłumów turystów. Nieskazitelnie niebieski kolor lodowca oraz ogrom jego masy spadającej wprost z gór do wody zrobiły na nas spore wrażenie i były dla nas najciekawszym doświadczeniem z całej podróży.

                                                       

                                                                          jęzor lodowca Jostedalsbreen

Pomimo że drogi w Norwegi usiane są co chwilę  tunelami, można czasami wybrać również opcje jechania starymi drogami, które funkcjonowały zanim  wybudowano tunele, często nie remontowanymi,  zniszczonymi  albo szutrowymi. W ten sposób jechaliśmy  bardzo fajną droga krajobrazową Aurlandsvegen zwaną również Śnieżna Drogą gdyż nawet latem zalega na niej śnieg. Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić przejechania tej samej trasy z powrotem jednym z najdłuższych tuneli na świecie 24,5 km Laerdalstunnelen. Jest on nieźle pomyślany, działają w nim komórki, są nadajniki radiowe, punkty do zwracania  oraz trzy miejsca o dziwnym, nietypowym „kosmicznym”  oświetleniu które mają chyba za zadanie „wybudzenie”  i otrzeźwienie znużonych kierowców. Szutrową drogą jechaliśmy też w okolicach Stryn, drogą Strynefiell która najpierw prowadzi w górskich „alpejskich” klimatach by po kilkunastu kilometrach przejść w prawie całkiem księżycowy krajobraz z ośnieżonymi płaskowyżami.

Po odwiedzeniu miasteczka Lom które trochę przypominało zakopane, miało fajny kościółek Stav i chyba najlepiej zorganizowaną informację turystyczną jaką kiedykolwiek odwidzieliśmy, skierowaliśmy się w stronę Geiranger Fiord. Słynie on z  pionowych skał wpadających do wody i jest wpisany na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego UNESCO. Jest to początek najbardziej  popularnego miejsca w Norwegi z którego niedaleko już do słynnej Drabiny Trolli i Drogi Orłów. Po drodze wspięliśmy się jeszcze prywatną, płatną drogą na 1500 m.n.p.m. na wierzchołek Dalsnibba z którego rozciągał się widok na Geranger Fiord w dole i można było podziwiać pełnomorskie statki które do niego wpływają.

                                   

                                               w oddali  Geiranger Fiord

Za Geiranger wznosi się droga, odcinek szosy nr 63 zwany Drogą Orłów, z której to z jednej z serpentyn Ornesvingen można podziwiać „zagięcie” fiordu – dość niesamowity widok. Kilkadziesiąt kilometrów dalej dojechaliśmy do kluczowego miejsca całej podróży czyli Trollstigen - Drabiny Trolli. Robi rzeczywiście wrażenie, szacun dla wszystkich rowerzystów  ją pokonujących. Kiepsko za to wygląda rozpoczynająca się budowa dodatkowych przeszklonych tarasów widokowych, które mają za kilka lat być gotowe. Jak tablica informacyjna głosi, rząd doszedł do wniosku że istniejące punkty widokowe są chyba  niewystarczające a miejsce tak malownicze i niezwykłe  jak to,  powinno być otoczone jeszcze dodatkowymi nowoczesnymi tarasami. Cóż, może wpiszą się jakoś w krajobraz, ciężko to jednak sobie wyobrazić.

 Od Drabiny Trolli niedaleko do miasteczka Alesund – naszego ostatniego miejsca które odwiedziliśmy przed powrotem. Jest bardzo malownicze, całe wybudowane w secesyjnym stylu, z całkiem przyjaznym portem. Nie jest już tak turystyczne jak Bergen, jak inne norweskie miasta bardzo niewielkie i sympatyczne. Pogoda znów nam dopisała i ze wzgórza Aksla mogliśmy oglądać całe miasteczko wraz z portem. Aga akurat miała niedawno urodziny i postawiła obiad – pierwszy i ostatni jaki zjedliśmy w Norwegi w knajpie. W knajpie zupełnie przeciętnej a za jego cenę można w Polsce by zrobić całkiem niezłą imprezę. W mieście i w jego okolicach można też było nabyć pyszne truskawki zbierane i sprzedawane głównie przez naszych rodaków. Mieliśmy przynajmniej odskocznie od zupek z paczki i klopsików ze słoików.

                                                                 
  Alesund

Od tego miejsca zaczęliśmy już odwrót – zjeżdżaliśmy z wyżej położonych terenów w stronę południowo- wschodnią, oddalając się od fiordów. Mijając Lillehammer i inne miejscowości wyjechaliśmy nazajutrz z Norwegi i tą sama drogą jaką przyjechaliśmy wróciliśmy po kilku dniach do domu.  W sumie po  trzech tygodniach z hakiem, trochę wymęczeni szaleństwami Matyldy i po  pokonaniu około 7500 km wróciliśmy do naszych ukochanych Katowic.

 

 




                                                             powrót  do  menu   podróże