Oman  z Matyldą i  Klementyną -  styczeń 2015

                      

   Pełny album zdjęć:

Oman (I 2015)


  styczeń 2015

    Oman „chodził nam po głowie” już jakiś czas. Wiedzieliśmy że jest tam bezpiecznie i fajnie, że kraj nie jest zadeptany przez masową turystykę i spokojnie można się tam wybrać z małymi dziećmi gdyż nie występują tam choroby które by to uniemożliwiały.

    Pod koniec roku zaczęły się pojawiać przeloty znów z Czech do Dubaju w super cenach, szybko więc nabyliśmy bilety na początek stycznia za 689 zł wiedząc że z Dubaju do Omanu jest tylko kilka godzin jazdy samochodem. Pora do podróżowania jest jak najlepsza – środek zimy czyli temperatury trochę poniżej 30 stopni bez żadnego żaru z nieba typu 40 -50 stopni który ma miejsce wiosną i latem. Doczytaliśmy że podróżowanie po Omanie transportem publicznym jest bardzo utrudnione a co dopiero z dwójką małych dzieci i dodatkowo z całym stuffem biwakowym, odpowiednio wcześniej zabukowaliśmy więc w jednej z dubajskich wypożyczalni samochód na 2 tygodnie. Jest to bardzo wygodna i niedroga opcja podróżowania po tych stronach bo wypożyczalni jest tu multum i wynajem można znaleźć dużo taniej niż w europie. Nasz był po około 16 euro za dobę tyle że musiał być z możliwością przekraczania granicy ZEA/Oman.

oman mapa

  troche stara:)  mapa Omanu  i ZEA

Jak zwykle skorzystaliśmy ponownie z dobrodziejstw couchsurfingu i zaplanowaliśmy trasę w oparciu o noclegi u kilku osób które zgodziły się przyjąć nas w Omanie.


Wyjechaliśmy w Trzech Króli. Start mięliśmy nie najszczęśliwszy – po wyjedzie autem z Katowic w Czechach złapała nas straszna śnieżyca , wszystko zostało w moment zasypane i staliśmy w nocy 6 godzin na autostradzie. Mieliśmy mały Sajgon z dziewczynami zanim się w nocy wielokilometrowy korek rozładował. Dobrze że zdążyliśmy na samolot bo jeszcze dodatkowych kilka godzin na zasypanej autostradzie i nie tylko zabukowany nocleg w Pradze pod lotniskiem ale i cała podróż wzięła by w łeb.

Po kilku godzinnym locie na wpół pustym samolotem na lotnisku w Dubaju powalczyliśmy chwilę z odebraniem auta. Dodatkowo trzeba było załatwić od razu ubezpieczenie na Oman i dokument „no objection” zezwalający na wyjazd wypożyczonym autem za granicę. Dostaliśmy oczywiście „automat” bo pomimo zabukowania „manuala” takowych tu w ogóle brak. Ledwo co zmieściliśmy się z naszymi gratami czyli m.in. z dwoma namiotami, dmuchanym materacem, śpiworami i całym tego typu sprzętem.


Pierwsze kilometry po mieście były lekką masakrą bo nasze autko o rozmiarach typowo”europejskich” w Dubaju było mikrusem który w dodatku nie ma odpowiedniego przyśpieszenia. Ciągle musieliśmy robić miejsce „czołgom” typu Toyota Tundra o szerokości tira czy znowuż to i innym płaskim wozom typu ferrari czy lamborghini.

Zaraz po upchnięciu wszystkich rzeczy do auta skierowaliśmy się do pierwszego naszego hosta z CS do Fatimy która mieszkała w apartamentowcu w dzielnicy Marina .


        Fatima- muzułmanka ( choć raczej nie rodowita Arabka ) mieszka tam z mężem Duńczykiem i z dwiema ich córkami. Była bardzo miła i „kumała” nasze klimaty bo jej córki były w podobnym wieku. Szybko zakwaterowaliśmy się w pokoju dziecięcym przygotowanym na ta okazję dla nas. Matylda i Klementyna po wrażeniach z całego dnia podróży i jeszcze teraz na noc wśród ogromu nowych zabawek szybko nam nie chciały zasnąć.

Rano trochę pogadaliśmy z mężem Fatimy, ale szybko zostaliśmy sami ponieważ był to normalny dzień pracy. No nie całkiem zostaliśmy sami, bo mieliśmy do dyspozycji Filipinkę która zrobiła nam śniadanie, wyekwipowała nas na plaże i zrobiła też obiad. Plaża była prawie zaraz po zjechaniu na dół wieżowca, w oddali było widać sztuczną wyspę Palma Jumeira. Tak nam było fajnie, że stwierdziliśmy że chyba chcemy zostać znów na dłużej w Dubaju ale jednak po południu zebraliśmy się i ruszyliśmy w stronę granicy z Omanem. Kilkanaście kilometrów za miastem zaczyna się wielkie nic to znaczy klimaty pustynne i nieliczne osady porozrzucane przy głównych drogach. Po kilku godzinach byliśmy na granicy, trochę formalności z załatwieniem wiz, i już zmierzaliśmy wybrzeżem w stronę stolicy - Muskatu.

Mocno byliśmy zdziwieni – droga była cała oświetlona – nie tylko przy wyjazdach i wjazdach do miast – całe kilkuset kilometrów było oświetlone. Od tego dobrobytu to im się w głowach przewraca:) Benzyna litr za 1,14 zł a oni i tak psioczą że w Arabii Saudyjskiej jeszcze kilka razy taniej. Podróż więc byłą bardzo przyjemna i nasycenie autami już dużo mniejsze jak w ZEA. W nocy dotarliśmy do dzielnicy w której mieszkała nasza kolejna znajoma z CS – Francesca, Kanadyjka pracująca na kontrakcie na uniwersytecie w Muskacie. Trochę nam zajęło znalezienie jej domu – dzielnice mieszkalne są kiepsko oznakowane i po ciemku ciężko było nam odróżnić jeden z tysiąca identycznych domów. Tak jak poprzedniego dnia – dotarliśmy „na kwaterę” bardzo późno ale Francesca oznaczyła biała kartka swój apartament i przygotowała nam wcześniej pokój. Mieszkanie miała bardzo klimatyczne – była sama w wielkim apartamencie dla całej rodziny w którym można się było pogubić.


promenada  w  Mutrah (dzielnicy Muscatu)


        Cały Muskat jest dość dziwnym miastem – rozciągniętym wzdłuż wybrzeża na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów z dzielnicami porozrzucanymi dość chaotycznie. Pierwsze co to zajechaliśmy do dużego centrum handlowego żeby nabyć nocnik dla Klementyny - takiego rodzaju sprzętu nie targamy ze sobą. W Carrefourze okazało się że owszem są , ale tylko włoskie za bardzo astronomiczne pieniądze. Nabyliśmy więc później gdzieś na wiosce plastikowe wiaderko które świetnie służyło za nocnik. Za to obkupiliśmy się w całą zgrzewkę humusu w puszkach który potem parę razy uratował nam życie gdy byliśmy w trasie albo np. na plaży gdzie nie można było nic kupić do jedzenia.


        Przez kolejne dni objeżdżaliśmy stolice i okolicę. Zawitaliśmy do dzielnicy Mutrach z jego modnym deptakiem oraz targiem rybnym, odwiedziliśmy modne plaże w Al-khurum na której wypoczywają głównie hindusi oddając się swojej pasji tj. puszczaniu latawców. Matylda bardzo zaprzyjaźniła się z rodziną hinduską i spędziła z nimi dość sporo czasu, na koniec dostała nawet latawiec. Usiłowaliśmy go puszczać lecz nie mając wprawy wychodziło nam to bardzo mizernie w porównaniu do zawodowego wręcz opanowania tej sztuki przez hindusów.


Niedaleko od Muskatu znajduje się ponoć najpiękniejszy fort w całym Omanie w Nachal.

Jest rzeczywiście całkiem ładny, położony u podnóża gór pośród gajów palmowych. Z turystów zwiedzających spotkaliśmy tylko jedna rodzinkę francuska a tak to nikogo. Dziewczynom bardzo się podobał gdy dowiedziały się że jest to prawdziwy zamek książeczki – później wszystkie następne forty i meczety które zwiedzaliśmy były „pałacami księżniczek” Nieopodal fortu są gorące źródła Ayn Thowra – dotrzeć można do nich samochodem. Położone są w niewielkim wąwozie częściowo zalanym wodą ze źródeł, w którym piknikują lokalni a przy samych źródłach w niewielkim basenie można się kapać – oczywiście w pełnym rynsztunku. Skusiłem się z dziewczynami na kąpiel pośród hindusek które nurzały się w gorącej wodzie w swoich sari .


        Stamtąd pojechaliśmy na południe w stronę miasta Bahli. Mieliśmy pewne obawy co do gościa z którym dane było nam się tam spotkać i u niego zanocować. Nie przedstawiał się nawet imieniem, nie chciał podać swojego adresu – pisał że „no address” i żeby zatrzymać się koło suku w Bahli a on po nas wyjedzie. Zajechaliśmy do miasteczka już bardzo późno, sami faceci „ w sukienkach” i klimat ogólnie jak z filmu "Amerykański Snajper"  . Tak dla świętego spokoju poblokowaliśmy drzwi od wewnątrz i czekaliśmy kto nadjedzie.


gdzieś  w Omanie...

Po chwili pojawił się Abdullah, bardzo miły chłopak który od razu poprowadził nas do swojej kwatery. Okazało się że jeszcze tego wieczora musi jechać do Muskatu więc zostawił nam klucz do całkiem dużego pokoju w niedokończonym budynku jakich pełno tutaj, pokazał jeszcze lokalne knajpy i tyle go widzieliśmy. Mogliśmy mieszkać u niego ile chcieliśmy – więc zostaliśmy tam 4 noce robiąc sobie wycieczki do atrakcji w okolicy.

Następnego dnia udaliśmy się więc – oczywiście samochodem- na całodzienną wycieczkę w stronę najwyższego szczytu Omanu czyli na trzytysięcznego Dzabal Szams. Autem można wjechać na około 2000 m.n.p.m na malowniczy płaskowyż nad doliną Wadi Al Nakhur czyli na tutejszy ”Wielki Kanion” położony bezpośredni przy Dżabal Szams.

W Omanie w ogóle poruszanie się czymkolwiek innym niż własnym autem jest mocno utrudnione, kolei nie ma, transport autobusowy jest dość szczątkowy, a na piechotę w ogóle nie ma co marzyć – w miastach nie raz nie ma chodników za to wszędzie są doskonałe szerokie drogi, ronda i wszędzie można dojechać.


        Najpierw kierowaliśmy się na wioskę Al Hamra, potem zaczął się już konkretny podjazd. Był bardzo długi i stromy, non stop serpentyny w górę dodatkowo odcinki szutrowe bez asfaltu ale nasze mitsubishi jakoś zajechało. Baliśmy się że w końcu wyzionie ducha i że się zagrzeje ale robiąc kilka przystanków po drodze jakoś dało radę. Na górze było już mnóstwo aut 4x4 z turystami „niemieckimi” czyli głównie stare Niemki oprowadzane przez młodych arabów. Do tegoż straszna ilość kóz żebrających o jedzenie co baaardzo cieszyło Matyldę, nie cieszyło jednak nas gdyż wdrapywały się na samochód ewidentnie chcąc go porysować . Tak czy owak warto było tu przyjechać gdyż widoki było niesamowite, załamujące się skały niemal pod nogami, w dole malutkie gaje palmowe, a i temperatura wyraźnie chłodniejsza niż na nizinach.


W kolejne dni oglądaliśmy nasze miasteczko Bahlę - całkiem przyjemną „dziurę ” z niedawno odrestaurowanym fortem. Niedaleko Bahli jest zamek w Dżabrin bardzo fajny również pięknie odrestaurowany, tym razem zupełnie pusty dopiero jak odjeżdżaliśmy podjechała jakaś miejscowa rodzinka na zwiedzanie. Trzeba było jednak mocno uważać na dziewczyny bo „madżylisy” czyli obszerne pokoje do wypoczynku tradycyjnie miały okna zaczynające się od podłogi bez szyb i nieraz krat i często były usytuowane na wyższych kondygnacjach

W mieście i za miastem co chwile są lokalne „ restauracje” czyli bardzo przyjemne knajpy w których możną posmakować bliskowschodnich specjałów. Często nie można się w nich dogadać a menu jest tylko po arabsku ale szybko załapaliśmy że pewne potrawy można zamawiać tylko w określonych porach dnia. I tak np. grillowane mięso bardzo tu popularne je się tylko po zachodzie słońca, w porze ichnich lunchu jest najczęściej ryba albo kurczak . Nam najbardziej smakowało w jemeńskiej knajpie gdzie był rewelacyjny kurczak tandori z mnóstwem sałatek i zupa o podejrzanej barwie ale bardzo ciekawym cierpkim smaku. Na deser zaś podali daktyle. Ciekawa była tez koza „a la Karachi” w pakistańskiej knajpie ale raczej była mało zjadliwa. Za to tureckie żarcie jest tu nieprawdopodobne dobre i kebaby oraz szawarmy nijak nie przypominały naszych polskich i można się nimi zajadać do upadłego. Do tego oczywiście wyciskane soki z świeżych owoców – chociaż to jednak środek zimy więc jeszcze nie sezon na nie - wśród lokalnych nie miały dużego wzięcia.


        Niedaleko Bahli leży kilka malowniczych wiosek m.in. bardzo fajna Misfat.. Jest ona ciekawie położona na zboczu, z budynkami z cegły mułowej niektórymi budowanymi wprost na skałach. Wioska jest poprzecinana gęsto tradycyjnymi systemami nawadniającymi „falladż” które służą po dziś dzień. Można sobie pospacerować po wiosce, popodglądać życie lokalnych – jest spokojnie ,wręcz sennie.


we wiosce Misfat

Po kilku nocach spędzonych w pokoju/mieszkaniu Abdullaha skierowaliśmy się na wschód kraju w stronę morza . W dzień wyjazdu w Bahli odbywał się tam mały targ zwierząt z czego oczywiście korzystała Matylda wdrapując się na ciężarówki przewożące wielbłądy.

        Po całym dniu jazdy zajechaliśmy do bardzo ciekawego miejsca- jednej z najbardziej znanych i malowniczych Wadi (czyli dolinek ze swoimi źródłami) w Omanie do Wadi Bani Khalid. Dolinka posiada infrastrukturę turystyczną (jak na warunki omańskie) jest parking, po następnych kilkuset metrach ławki , stara huśtawka a nawet knajpa dla podróżnych. Był już wieczór więc w samej dolince rozbiliśmy namioty- ludzi nie było żadnych, a okoliczności przyrody bardzo wspaniałe: jeziorka z krystalicznie czystą wodą pośród gajów palmowych otoczone nagimi szczytami.

W nocy baliśmy się że jak zacznie padać w górach to woda spłynie do jezior które podobno wtedy bardzo szybko występują z brzegów i zalewają wszytko dookoła ale naszczacie deszczu nie było żadnego.

Nad ranem dzieci karmiły kłębiące się ryby w jeziorach a w dolince pojawiło się kilku arabskich i hinduskich turystów . Kilku z nich oczywiście fotografowało się z Klementyną


        Z doliny skierowaliśmy się na południe gdzie po kilkudziesięciu kilometrach zaczęła wyłaniać się pustynia Ash Sharqiyah. Postanowiliśmy podjechać do miejsca skąd będzie można ją podziwiać w całej okazałości ale bez korzystania z usług napędu 4x4. Wybór padł na wydmy Wahiba zaczynające się nieopodal za wioskami. W jednej z nich - Al Minitrib pojechaliśmy za wskazaniami przewodnika i zjeżdżając na szutr w coraz to bardziej zapiaszczoną drogę dotarliśmy do miejsca skąd dalej jechać się już nie dało ale na piechotę można było wspiąć się na wydmę. Wnosząc dzieci po kolei na górę podziwialiśmy morze niekończącego się pomarańczowego piasku w promieniach zachodzącego słońca. W oddali majaczyły karawany wielbłądzie a my obawiając się powrotu do cywilizacji w całkowitej ciemności skierowaliśmy się do miasta Ibra.


Wahiba Sands

        Właśnie dostaliśmy odzew do Tarika – Pakistańczyka który nam odpisał na CS i zaprasza do siebie do Ibry. Zaczekaliśmy na niego na stacji benzynowej, po chwili pojawił się , wsiadł do naszego auta i pojechaliśmy za miasto. Przez chwile obawialiśmy się bo wjechaliśmy w konkretne zadupie ale niepotrzebnie – mieszkał nieopodal i zostawił nam całe mieszkanie które firma mu tu wynajmuje . Okazało się że jest inżynierem budującym tutejsze drogi . Tarik w Pakistanie ma dzieci, rodzinę i jest bardzo równym gościem, przyjmuje dużo ludzi z CS , dużo też lubi rozmawiać o polityce. Po chwili przyszło jeszcze kilku ludzi z jego firmy – wszyscy jechali na imprezę firmową więc po chwili zostaliśmy sami w bardzo dużym i mocno zabałaganionym mieszkanku. Nad ranem pożegnaliśmy się z Tarikiem który podjechał do nas odebrać klucze i ruszyliśmy tym razem już definitywnie nad morze którego brak już mocno odczuwaliśmy od kilku dni:)


Pojechaliśmy do miasteczka Al Ashkharah – najbardziej wysuniętego na południe miejsca z całej naszej podroży. Po drodze jechaliśmy przez całkowite odludzia a znaki drogowe co chwile przypominały o możliwości zasypywania drogi przez piasek. I rzeczywiście przy większych podmuchach wiatru przez drogę przewalały się łachy piachu. Zobaczyliśmy też kilka osobliwości np. place zabaw postawione ni stad ni zowąd na pustyni pośród niczego. W tutejszą zimę czyli teraz możemy sobie jeszcze wyobrazić chęć korzystania z nich ( były całkowicie puste) ale latem przy 50 stopniach pośród rozgrzanego piachu chyba raczej jawią się jako fatamorgana niż coś realnego.

Po południu dotarliśmy nad morze. Wioska okazała się być bardzo klimatyczna – momentami przypominała nam malijskie Timbuktu z piachem zamiast asfaltu, z przydrożnymi malutkimi meczecikami i wszędobylskimi kozami snującymi się pośród domostw. Plaże ciągnące się wzdłuż wybrzeża były całkowicie puste – lokalni nie mają w zwyczaju spędzać na nich czasu, turystów zero, czasami jakiś młody arab popisujący się przed kolegami wjeżdża swoim wypasionym autem z napędem na cztery koła w nadmorski piach i następuje potem zbiorowa akcja odkopywania go.

Za nocleg wybraliśmy betonowe altanki które są porozrzucane wzdłuż drogi prowadzącej bezpośrednio przy morzu. Służą czasami do grillowania czy palenia ognisk sądząc po śmieciach i resztkach tu pozostawionych. Rozbiliśmy si e w jednej z nich, nasze namioty akurat się mieściły w sam raz a wieczorem wsłuchiwaliśmy się w szum morza i patrzyliśmy w gwiazdy.

Rano obowiązkowa kąpiel ale bardzo krótka gdyż fale były olbrzymie i bardzo silnie chłostały nas niesionym piachem. Resztę dnia poświęciliśmy na zbieranie wielkich muszli których są tu ogromne ilości.

        Stamtąd jadąc wybrzeżem dotarliśmy kilkadziesiąt kilometrów na północ do jak pisał przewodnik „największej atrakcji Omanu” czyli do Ras Al Jinz. Jest ono jednym z miejsc gdzie można oglądać nocą olbrzymie żółwie które w nocy wychodzą na plaże składać jaja. Z powodu że są one pod szczególną ochroną oglądać je można tylko w zorganizowanych grupach przy wielkim ośrodku specjalnie wybudowanym na te okazje. Ponieważ te plaże są zamknięte na nocleg podjechaliśmy do wioski nieopodal Ras al Hadd – gdzie również znaleźliśmy nad brzegiem betonowe otwarte altany i to rozbiliśmy tam nasze obozowisko. Tym razem mieliśmy do dyspozycji również wodę z nawadniacza klombów który był nieopodal. Wieczorem pojechałem z Matyldą na oglądanie żółwi – trzeba było odczekać swoje aż grupy z rezerwacjami pojadą oglądać pierwsze, aż wreszcie została uruchomiona sprzedaż biletów doraźnych i sformowano grupy z ludźmi bez rezerwacji .

Na miejscu okazało się że jest tylko jeden żółw – nie można oczywiście do niego blisko pochodzić , robić zdjęć i wogule nie było to warte pieniędzy które tutejsze ministerstwo dziedzictwa naturalnego żąda za te atrakcje. Po powrocie do namiotów chcieliśmy wyjść jeszcze na „naszą plaże” zobaczyć czy nie ma jakiegoś żółwia – przecież one wychodzą na brzeg gdzie popadnie i nie wybierają miejsc do składania jaj ze względu „zagospodarowanie terenu” akurat dla nich.

Sen był jednak silniejszy i tylko okoliczne koty i psy wałęsające się i walczace przy śmietnikach czasami dawały we znaki. Rano okazało się że rzeczywiście – były dwa olbrzymie doły na plaży po żółwiach i puste skorupki po wyklutych – czyli przegapiliśmy możliwość obejrzenia ich za darmo:)


widok na morze z namiotów w naszej "altanie"

Nasz kierunek od tąd już był tylko jeden – wzdłuż wybrzeża powoli w stronę granicy z ZEA. Najpierw niedaleko za plażami żółwimi odwiedziliśmy historyczne miasto Sur- słynące z budowy tradycyjnych statków Daw, mające też niewielką plaża w zatoce.

W niektórych miejscach mogliśmy po podglądać pracę szkutników oczywiście hindusów bo rdzenni Omańczycy tak jak Arabowie w Emiratach za taką prace by się nie chwycili. Akurat robili – oczywiste wszytko tradycyjnie ręcznie bez użycia narzędzi elektrycznych – łajbę dla jakieś bogatej rodziny z Kataru.

Dalej za Sur jest już autostrada w stronę Muskatu. Po drodze są jeszcze kolejne dwie bardzo malownicze dolinki Wadi Tiwii Wadi Shab. Eksplorowaliśmy obydwie co w przypadku pierwszej mogło się skończyć dla nas bardzo nie ciekawie.

        Najpierw droga była całkiem, całkiem ale coraz bardzie stroma i wąska. Z przewodnika nie wynikało jak długo można nią jechać i gdzie trzeba zostawić samochód. Zrobiła się tak wąska że trzeba było wycofywać do specjalnych zatoczek czy rozwidleń żeby móc się minąć. Nic to, mijaliśmy jeszcze zwykłe auta osobowe więc jechaliśmy dalej w górę ale zaczął się kończyć asfalt i było coraz bardziej stromo. W końcu musieliśmy specjalnie rozpędzać się żeby móc wjeżdżać na kolejne podjazdy. Tu mijaliśmy już tylko auta terenowe więc chcieliśmy zawrócić ale nie było gdzie. Coraz bardziej w góry i nagle drogi się rozwidliły i znów pojawił się asfalt. Ale tym razem droga była już totalnie ”pionowa”. Stwierdziliśmy że jeszcze tylko ten pagórek i na górze na pewno zawracamy. Ale okazało się po kilku próbach że auto się ślizga po asfalcie i zsuwa samo w dół. Droga byłą wąska na jedno auto, z jednej strony mieliśmy przepaść kilkudziesięciometrową. Nagle podjechało jakieś auto z lokalnymi i facet najpierw tłumaczy mi jak powinienem wjechać a gdy zobaczył że nie daję rady , dałem mu kółko żeby sam wjechał do góry. Facet dał po garach ale też przed samym szczytem zaczął się ślizgać, tył mu zarzuciło i zrobiło się nieciekawie. Szybko kazałem Adze wysiadać z dziećmi, sam wsiadłem z powrotem ale auto samo zaczęło się zsuwać niekontrolowanie. Jakoś ledwo udało się minąć skałę i nie skasować błotnika i jakoś zjechać autem w bezpieczne w miarę płaskie miejsce. Po tej akcji bardzo śmierdziałem od potu i oczywiście dowiedzieliśmy się że parking już minęliśmy i że dalej już nic nie ma. Nie bardzo chciało nam się tu zostawać i czym prędzej zaczęliśmy się kierować z powrotem w dół żeby po jakieś godzinie znów znaleźć się przy autostradzie. Tej Wadi mieliśmy już dość i pojechaliśmy do sąsiedniej.


         Trzeba było znaleźć jakieś miejsce na nocleg. Aga chciała się rozbić pod meczetem ale był tam zbyt duży ruch wiernych, lokalny plac zabaw okazał się zamknięty wiec wybraliśmy miejsce przy szaletach publicznych przy wlocie do doliny. Rozbiłem już namioty gdy nagle pojawił się jakiś arab i stwierdził że się o nas martwi że tu śpimy i żebyśmy pojechali do niego na chatę nieopodal na nocleg. Jakoś nie byłem tym podjarany ale Aga wprost przeciwnie – kazała mi zwijać namioty pojechaliśmy za nim. To nieopodal okazało się prawie za miasteczkiem, ale na miejscu – bomba.  Ahmed ma  duży dom za ogrodzeniem z olbrzymim zapuszczonym ogrodem a w nim kilkadziesiąt królików,  choduje je podobno dla swojego syna który teraz jest w Muskacie.   Ahmed też po bliższym zapoznaniu się, oprowadzeniu po domostwie i zaopatrzeniu nas w chleb zmył się do rodziców w domu obok, a nam zostawił cały swój dom. Dziewczyny znów długo nie poszły spać przez te króliki, nowe zabawki i plazmę na pół ściany z rabskimi bajkami na okrągło. Rano ktoś się dodbijał do drzwi, myśleliśmy że mamy się szybko zmywać ale okazało się że zostawili pod drzwiami tacę ze śniadaniem. Tak zapoznaliśmy jeszcze matkę Ahmeda z którą Aga w damskim Madżlis raczyła się owocami a dziewczyny uganiały się za królikami.

Trzeba było się w końcu żegnać- choć na pewno miło by było spędzić tu jeszcze kilka dni.


          Przed nami była jeszcze sąsiednia dolina malownicza Wadi Schab  ale tym razem nie chcieliśmy powtórzyć akcji z samochodem z dnia wczorajszego. Nie musieliśmy się obawiać bo auto trzeba zostawić od razu na parkingu potem przeprawa łódką na drugą stronę jeziora przy samej drodze a potem długi spacer zwężająca się doliną – kanionem do pierwszych rozlewisk wodnych. Tu już było dość sporo turystów – miejsce to jet w zasięgu jednodniowych wycieczek z biur podróży ze stolicy. Nie mogliśmy iść do końca doliny - z dziećmi było to już nie możliwe ze względu na skalne ścieżki zawieszone wysoko nad przepaściami ale miejsce w którym zostaliśmy na popołudnie było całkiem malownicze i oczywiście dziewczyny mogły się kąpać. W drodze powrotnej do samochodu spędziliśmy jeszcze parę chwil nad morzem gdzie Matylda i Klementyna stanowiły główną atrakcję dla „skośnookiej” wycieczki.


    Mieliśmy  jeszcze  przed  sobą  dwa  dni w Omanie więc już definitywnie skierowaliśmy się na stolicę- i tam na wieczór odnaleźliśmy plażę miejską na której byliśmy zaczynając naszą przygodę z Omanem, i tam też złożyliśmy obóz. Nikt nas nie przeganiał i nic nie mówił wiec bez obaw rozbiliśmy namioty nad samym brzegiem a przed snem dorwaliśmy znów przenośne grille w których to lokalni sprzedają szaszłyki z owoców morza i nie tylko. Tym razem oprócz ośmiornicy mieli jeszcze krewetki olbrzymie więc uczta była nie lada.



nasze namioty na plaży w Muskacie

        Nazajutrz pojechaliśmy jeszcze porobić zdjęcia pod pałacem sułtana i na najbardziej znany targ w stolicy nieopodal portu zakupić kilka pamiątek. Tu już było prawie jak W Dubaju, drogie knajpy, mnóstwo białych którzy wyszli prosto ze statków i oddają się zakupowym szaleństwom. Pierwszy raz w Omanie zobaczyliśmy taka komercję – nie rozlała się ona jeszcze po kraju i dobrze że tylko ogranicza się do stolicy. Dość trudno było wyjechać z Muskatu – ruch tu jest już naprawdę spory ad rogi prawie jak w Emiratach. 

    Dalej pojechaliśmy na na zachód wzdłuż wybrzeża żeby spędzić ostatnią noc u Raviego w Sohar na kilkadziesiąt kilometrów przed granica z ZEA. Ravi był bardzo fajnym człowiekiem – hindusem pracującym dla dużej omańskiej korporacji, dużo jeżdżącym służbowo po świecie. Dziewczyny były zachwycone wujkiem który pozawalał im na wszytko i obdzielał czekoladą.

    Następnego dnia szybko dojechaliśmy do granicy i po załatwieniu formalności znów byliśmy w ZEA. Po kolejnych paru godzinach byliśmy w Dubaju. Na stacji benzynowej trochę odgruzowaliśmy wnętrze woza bo po dwóch tygodniach z dziewczynami ciężko było się przebić przez tony śmieci, resztki z lizaków, nadgryzionych ciastek itp. Po przejechaniu ponad 3000 km oddaliśmy auto a że mieliśmy jeszcze trochę czasu do odlotu, pojechałem z Matyldą na nowy terminal trochę pooglądać niedawno powstałe futurystyczne budowle. Rozmach z jakim rządzący klan Maktumów rozbudowuje lotnisko robi wrażenie.


W ten sposób nasza bliskowschodnia podróż dobiegła końca – ale postanowiliśmy że jeszcze którejś zimy tu przylecimy.









    


                                                             powrót  do  menu   podróże