Palau, Tajwan  z Matyldą i  Klementyną -  listopad 2016

                      

   Pełny album zdjęć:  https://goo.gl/photos/5eYusKnX1CjPaLLn6





        W tym roku był duży wysyp lotów z cyklu: tanie a nawet bardzo tanie latanie wynikające z chwilowych błędów taryfowych różnych linii lotniczych. Grzechem byłoby nie skorzystać. Tym razem wpadkę zaliczyła tajwańska China Airlines i to dość konkretną: na kombinację przelotów z Amsterdamu przez Bangkok, Tajpej na rajskie wyspy Palau w Mikronezji i z powrotem tą samą trasą zażądała tylko 1250 zł za bilet. W „zwykłych promocjach” które rzadko się pojawiają z Europy na ten kierunek ceny oscylują po 2500-2900 za bilet nie wspominając już o normalnych taryfach. Podróż jest dość skomplikowana logistycznie bo tylko kilu przewoźników lata do Korror na Palau .

W Mikronezji nigdy nie byliśmy więc nie wahałem się ani chwili gdy pojawiła się możliwość zakupu w tych cenach. Termin był na listopad czyli na przełomie tamtejszej pory deszczowej z suchą i można było się spokojnie wygrzać w 30 stopniach podczas naszej chłodnej jesieni.


Samego pobytu na Palu mieliśmy osiem dni ale razem z długimi stopoverami na Tajwanie - około doby w każdą stronę, razem z przelotami do Bangkoku i podrożą do Amsterdamu zrobiło się z tego dwa tygodnie. Tak więc pewnej listopadowej soboty udaliśmy się autem całą rodziną w stronę zachodnią. Przenocowaliśmy w Zgorzelcu żeby nie musieć robić całego odcinka do Amsterdamu z Katowic w jeden dzień. Podczas przejazdu przez Niemcy pogoda gwałtownie się popsuła i na autobanach pojawiły się stłuczki i korki.
Pod Amsterdam zajechaliśmy więc już wieczorem do Evy i Didie'go z Couchsurfingu z którymi wcześniej nawiązaliśmy kontakt i którzy zgodzili się nas przenocować. Sami też mieli dwójkę małych dzieci w podobnym wieku co nasze więc łatwo było zadzierzgnąć nić kontaktu. Nad ranem pojawił się u nich kot sąsiadów więc mieliśmy problem z wyciągnięciem od nich Matyldy:) Pod Schiphol zostawiliśmy samochód i wytargawszy nasz dawno nie używany wózek dziecięcy pojechaliśmy na lotnisko. Wózek okazał się bardzo przydatny – na każdym lotnisku nie tylko w Azji omijaliśmy długie kolejki będąc przepuszczani wejściami bezpośrednimi, często woziliśmy w nim też dziecko + plecak albo dziecko + dziecko:)

na lotnisku w Amsterdamie

        W China Airlines inaczej jak w Emirates co jakiś czas stewardesy coś znosiły dzieciom – im bardziej dzieci rozbrykane tym dostawały więcej. W Emirates dostały wszystko na początku i po paru godzinach znów były znudzone i „umilające” podroż innym współpasażerom:)

W Bangkoku na lotnisku mając kilka godzin trochę odespałem z trzynastogodzinnego lotu i zapakowaliśmy się do Jumbo Jeta do Tajpej. Tu scenariusz podobny , dobrze że we wszystkich samolotach w klasie ekonomicznej były centra rozrywki pokładowej co ułatwiało nam pacyfikowanie dziewczyn. Na Tajwan dotarliśmy z lekkim opóźnieniem, zostawiliśmy bagaże w skrytkach na lotnisku i ruszyliśmy na szybki podbój tego bardzo ciekawego miasta.


        Sprawnie udało nam się opuścić komunikacją lokalną lotnisko które jest położone kilkadziesiąt kilometrów od stolicy Taipei. Dziewczyny od razu wzbudziły zainteresowanie niektórych mieszkańców, zaraz sobie ludzie chcieli robić z nimi zdjęcia ledwo opuściliśmy terminal. Władowaliśmy się (choć nie bez trudu bo wózek nie mieścił się w drzwiach pociągu ) do High Speed Railway przecinającej cały Tajwan. W środku jak w samolocie lub japońskim Shinkansenie. Jadąc z prędkością momentami 280 km na godzinę w paręnaście minut byliśmy w centrum miasta. Tam przesiadka na metro i prosto do Świątyni Longshan – ulubionego miejsca kultu mieszkańców miasta. Bardzo się nam podobała, była bardzo kolorowa, zapalaniom świeczek nie było końca . Stamtąd pojechaliśmy metrem na długo wyczekiwany przez Agę Night Food Market w modnej młodzieżowej dzielnicy Shilin. Dziewczyny zjadły po kałamarnicy ale już na więcej nie miały ochoty, my za to owszem na zupę ostrygową , smażone tofu, gotowane małże. Zapach nad straganami unosił się niesamowity i całkiem obcy naszym nozdrzom. Na deser wyciśnięte soki z czerwonej Pitai.

Night  Food Market w Shilin

        Wyluzowaliśmy się na maksa - mieliśmy nagranego hosta z Couchsurfingu ale chciał nas wziąć na chatę o wczesnej godzinie ( następnego dnia jak co dzień rano wstawał do pracy ) a nam się to zbytnio nie uśmiechało bo chcieliśmy chłonąc to miasto jak najdłużej. Tak więc podziękowaliśmy mu i do pierwszej w nocy szwendaliśmy się po food targu nie mając żadnego nagranego noclegu a dzieci już zaczęły nam przysypiać. Z Wi Fi nie można było skorzystać bo europejskie karty SIM nie obsługiwały tych zakresów. Poprosiłem na szybko przydrożnego handlarza o jego WiFi z telefonu, pociągnąłem je swoją komórką i zabukowałem pierwszy najtańszy hostel kilka dzielnic dalej. Dziewczyny nam już zasnęły więc wsadziliśmy je obie do wózka – jakoś się jeszcze zmieściły:) Zdążyliśmy na ostatni przejazd metra i dotarliśmy do Ximen gdzie w końcu po długich poszukiwaniach o drugiej w nocy dotarliśmy do hostelu. Był on częścią biznesu „masażowego” i ciężko go było namierzyć bo nie przypuszczaliśmy że recepcja będzie w salonie masażu a on sam w nieopisanym budynku mieszkalnym. Ale łózko mieliśmy chyba największe jakie widzieliśmy – przespało by się na nim z 10 osób.


        Rano odpuściliśmy inne atrakcje Taipei zostawiając je na drogę powrotną z Palau i pojechaliśmy znów metrem, autobusem oraz HSR na lotnisko w Taoyuan. Stad już tylko kilka godzin i wieczorem przywitało nas ciężkie wilgotne wyspiarskie powietrze. Na lotnisku na Palau czekał na nas facet z wypożyczalni samochodów w której wcześniej zabukowałem woza. Międzynarodowy airport był wielkości lotniska z Radomia czy Lublina.

Zapakowawszy się do naszej amerykańskiej landary pojechaliśmy na drugą część wyspy Baldeobab, do naszego „pola” tym razem nie namiotowego tylko z bungalowami. Aga przed wyjazdem nie chciała słyszeć o namiocie z uwagi na dengę i inne panoszące się tu choróbska roznoszone przez insekty.  Mieliśmy dokładną instrukcję jak  dotrzeć na miejsce od właścicielki Virginii – po ciemku po nieoświetlonej drodze przez dżungle było by to arcytrudne.

        

widok z naszego bungalowa na wyspie Baldeobab

    Pierwsza noc okazała się koszmarna dla dzieci oraz Agi – dziewczynki cały czas wymiotowały, chyba struły się starym mleczkiem czekoladowym które nabyliśmy zeszłej nocy przy drodze u Hindusa. Na szczęście nie była to żadna salmonella bo już następnego dnia dziewczyny były wypoczęte i na chodzie. Tak więc obudziliśmy się dopiero po 14 i tego dnia przed zmrokiem który zapada tu błyskawicznie nic już nie zobaczyliśmy, nawet naszej plaży i oceanu koło bungalowa. Zdążyliśmy tylko pojechać przez całą wyspę na zakupy spożywcze do „ stolicy” żeby zaopatrzyć się na cały tydzień pobytu zanim przyjadą odebrać nam samochód. W bungalowie mieliśmy mini kuchnie więc wszystko można było samodzielnie przyrządzać. Knajp nie było w naszej okolicy żadnych a w mieście - stolicy ceny w nich były powalające szczególnie jeśli chodził o owoce morza. Na szczęście w markecie były świeże krabie odnóża które to zastąpiły nam wykwintne kolacje w restauracjach a dziewczyny przeszły na dietę jajkowo – makaronową.


      odnóża krabie z  tekturowej tacki w markecie - też dobre;)

  Stolica – Koror jest jedynym miastem tego państwa, jest brzydka, wielkości naszego Szczyrku i nie ma w niej prawie żadnych atrakcji poza wielkim akwarium z lokalnymi stworami oceanicznymi. Dla tego też omijaliśmy stolicę i czas mijał nam na drugim końcu „naszej” wyspy w spokojnej okolicy z plażą zaraz przy naszym mini domku. Turystów spotykaliśmy bardzo niewielu – jak już to głównie z Polski ponieważ wielu naszych rodaków skorzystało z tych „bezcennych” przelotów i samolot z Tajpej na Palau był większości wypełniony Polakami. Dziwne to było uczucie – drugi koniec świata a jakby wycieczka nad jezioro żywieckie. W naszym rewirze z bungalowami był jeszcze zajęty tylko jeden mini domek – właśnie przez Polaków.

Nieopodal w oceanie, już wodzie po pas, mogliśmy z Matyldą która nurkowała z maską zaobserwować wiele rozgwiazd, małży olbrzymich, kolorowych ryb, fragmentów raf koralowych i różnych dziwnych stworzeń których czasami się baliśmy a czasami nas parzyły;)

małż olbrzymi przy naszej plaży

        Wszystkie wyspy Palau są piękne – szczególnie warto je zobaczyć tak jak są przedstawiane na widokówkach i folderach czyli z lotu ptaka. Jeszcze przed wyjazdem zarezerwowałem więc lot awionetką z Pacific Mission Aviation na jedną z większych wysp, na Peleliu. Lot był „rejsowy”, odbywają się takie dwa razy w tygodniu i misja katolicka w ten sposób dorabia sobie świadcząc usługi transportowe. Po wylądowaniu na Peleliu skorzystaliśmy z miejscowego który powoził nas swoim autem i mogliśmy pooglądać rozsiane wraki czołgów, wozów bojowych i samolotów zarówno amerykańskich jak i japońskich. Na wyspie miały miejsce wzmożone działania wojenne podczas drugiej wojny światowej - szczególnie podczas odbijania wysp z rąk japońskich w 1944 roku.


        Nasz miejscowy przewodnik – starszy od nas gość, jak się okazało miał bardzo ciekawe jak na wyspiarza życie, wręcz romantyczne jak z bajek. Wiele lat temu poznał młodą Szwajcarkę która przyleciała na Peleliu jako turystka. Był jej przewodnikiem przez chwilę , po czym ona odleciała, życie toczyło się normalnie, on założył rodzinę na miejscu, ożenił się, spłodził dwójkę dzieci z rożnymi kobietami na rożnych wyspach. Jego dzieci są już teraz dorosłe i studiują w Stanach. Po kilkunastu latach Szwajcarka wróciła, poznali się na powrót i postawili wziąć ślub. Kilka lat spędził z nią w Szwajcarii, widząc pierwszy raz śnieg i temperatury poniżej 25 stopni ( na Palau oscyluje ona cały rok wokół 30 stopni.) Niestety jego europejska żona poważnie zachorowała i po paru latach zmarła, on więc wrócił na ojcowiznę.


 na wyspie Peleliu

        Na Peleliu zabukowaliśmy się również do bungalowu – nie było żadnych turystów w okolicy za to mnóstwo małych krabów wykorzystujące puste ślimacze muszle jako swoje nowe schronienia. Pogoda nie sprzyjała kąpielom poz tym Filipinka pilnująca biznesu powiedziała że tydzień temu ktoś widział rekina przy brzegu i odradzała nam wchodzenie do wody.

nasz bungalow na Peleliu

        

        Z Peleliu wróciliśmy do Koror lokalnym małym promem. W całym kraju nie ma publicznego transportu lądowego jest tylko oceaniczny i to bardzo rzadki. Na wyspach zaś wszyscy mają przynajmniej jedno auto. Żeby dostać się ze „stolicy”do naszej miejscówki opłacało się wynająć jeszcze raz samochód na cały dzień niż jechać tam taksówką która wyszła by tyle samo. Następnego dnia mając więc znów samochód pozwiedzaliśmy całą „nasza” wyspę Baldeobab. Nieopodal naszych bungalowów jest zlokalizowany „Capitol” zbudowany na wzór amerykańskiego ale w wersji mini. Stoi on pośród niczego, został wybudowany w dżungli. Pan prezydent tego mini państwa ma nawet przed nim swoją „ kopertę” parkingową.

    Wybraliśmy się też nad wodospad Ngardmau -  największy w całej Mikronezji. Było trochę uciążliwego „spaceru” przez dżunglę wynagrodzonego kąpielom pod wodospadem. W drodze powrotnej musiałem już Klementynę nieść na barana co dało mi trochę w kość bo nie jest już zbyt  lekkim osobnikem a mięśni nóg to najchętniej nie używała by w ogóle . Odwiedziliśmy też na samym końcu naszej wyspy dziwne miejsce  które słynie z porozrzucancyh tam monolitów -  wielkich głazów w dziwnych układach, których pochodzenia nikt jest pewien.


Ostatnią atrakcją była przepiękna plaża Ngaraard z białym piaskiem na północy wyspy Baldeobab . Liczba plaż Palau nie może się równać np. z Seszelami – jest ich mało bo większość wybrzeża jest niedostępna a skały i roślinność schodzą prosto do wody. Swoje zrobiły też tajfuny które corocznie nawiedzają wyspę . Ten z roku 2012 siał wielkie spustoszenie na wszystkich wyspach Palau, wiele plaż po tym przestało już być nimi.

plaża  Ngaraad


        Czas szybko nam mijał. Chciałem się skusić na przyrządzenie kraba lądowego których to pełno było wkoło i na które to polował również nasz „zarządca” biznesu bungalowego. Wieczorem, szczególnie przy pełni księżyca pełno ich wychodziło z dżungli i szło do morza składać jaja. Pan je łapał specjalnym uchwytem do wiadra ale ponoć nie jest tak łatwo je przyrządzić jak kraby z marketu więc odpuściłem:). Będąc na plaży i chodząc drogą cały czas trzeba było uważać żeby nie dostać kokosem w głowę- wszystkie palmy uginały się pod ich ciężarem, nikt ich nie zrywał, tylko ja z Matyldą połasiłem się ale bez wychodzeni na palmę – były na wyciągniecie ręki;)

Niedaleko naszej miejscówki wgłębi dżungli stała wiejska chata Airai Bai, w dawnych czasach miejsce spotkań mężczyzn, miejsce do dysput i podejmowania decyzji plemiennych. Była pięknie udekorowana dość dziwnymi i strasznymi malowidłami. Odwiedzając ją towarzyszył mi tylko bezpański pies który bardzo nas polubił – a raczej Matyldę która dokarmiała podczas całego pobytu gromadkę bezpańskich psów.


        Ostatniego dnia Aga z dziewczynami wybrały się na spotkanie z krokodylami. Na Baldeobab są urządzane spływy rzeczne łódką przez dżunglę w stronę oceanu. Łódź jest z demobilu, stara wojskowa łajba na jakiej to kiedyś Rambo zaczynała swoja przygodę chyba w drugim odcinku. Jest oczywiście teraz dostosowana do przewożenia turystów, a że nie było ich zbyt wielu bo tylko same moje dziewczyny to i spotkanie z krokodylami miały wręcz „prywatne” . Krokodyle już „ zepsute”, wiedzą kiedy będą dokarmiane kawałkami mięsa na patyku bo zawsze pojawiają się w określonym czasie. Ale podobno krokodyle nie myślą – maja tylko instynkt – tak czy owak spasione są bestie;)

kraby lądowe złapane na ulicy  i kraby morskie wyłowione z oceanu - wszytko nadające się na kolację:)


        Po ośmiu dniach sielanki pora było opuszczać tą idyllę, uiszczając serię opłat wylotowych które ponoć mają wspierać lokalna przyrodę a dodatkowo mocno uszczuplają i tak już nadwątlone portfele nielicznych przyjezdnych. Kilka godzin samolotem i znów byliśmy w Taipei. Tym razem postanowiliśmy wykorzystać stop-over w celu odwiedzenia słynnego Tajpej 101 czyli drugiego najwyższego budynku świata. Długo dzierżył on palmę pierwszeństwa ale w końcu w 2010 roku Burdż Khalifa w Dubaju odebrała mu ją.

509 metrowy Tapiei  101

        Tym razem zabukowaliśmy się w jakimś dziwnym hoteliku ukrytym w gęstwinie małych i śmiesznych domów – bloków. Rano skorzystaliśmy ze „szwedzkiego stołu” który był jednak typowo tajwański a do tego przepyszny i momentami bardzo podejrzany. Właściwie to była kilka „tajwańskich stołów” m.in. z podgniłymi jajkami w kolorze że lepiej nie widzieć, gotowanym tofu z dziwnie wyglądającymi grzybami oraz przyrządzana przez kucharza na sali zupa a la japoński Udon.

Po śniadaniu pojechaliśmy metrem do dzielnicy Xinyi gdzie góruje 509 metrowy wieżowiec układający się trochę niczym kwiat lotosu . Pod nim natknęliśmy się na grupkę niemo protestujących kobiet z Falun Gong. Taipei 101 z dołu robi spore wrażenie zwłaszcza że samotnie pnie się w górę, w okolicy nie ma żadnych innych drapaczy chmur. Na 382 metry zawozi nas najszybsza winda na świecie wpisana do księgi Guinnessa – tym razem szybsza niż W Burdż Khalifie, zawiozła nas tam w 37 sekund czyli ponad 10 metrów na sekundę - przeciążenia są w niej dość konkretne:) Na 89 piętrze jest przeszkolony taras widokowy a piętro wyżej otwarty. Widoki były fantastyczne bo trafiliśmy na bezchmurne niebo, w oddali majaczą góry południowego Tajwanu

Taipei 101, widok z platformy przeszklonej na 89 piętrze na 389 metrze.

        Znów odbyliśmy powrotną podroż na lotnisko bardzo szybkimi środkami komunikacji tajwańskiej i po paru godzinach czekaliśmy na nasz samolot do Bangkoku. Tam mieliśmy 10 godzin oczekiwania na samolot do Amsterdamu które to spędziliśmy gruntownie zwiedzając lotnisko i posilając się w całkiem niedrogich jak na lotniskowe knajpach. Tym razem japońskich - Aga od pewnego czasu nie może przechodzić obojętnie obok japońskich zup:).

Po całonocnym locie i odebraniu samochodu w Amsterdamie znów kimnęliśmy się na granicy polsko- niemieckiej w Zgorzelcu. Tzn. my się kimnęliśmy bo Matylda i Klementyną z powodu jet-lagu nie zmrużyły oka przez całą noc:)

I tak po dwóch tygodniach zajechaliśmy na nasz ukochany Górny Śląsk...


                               
                                       


 



                                         
                                                                                      






                                           

                       powrót  do  menu   podróże