Saint Martin i Anquilla  z Matyldą i  Klementyną -  styczeń 2020

                      

   Pełny album zdjęć - kliknij na zdjęcie poniżej: 



          No trudno, wyjzad do Libanu na Święta Wielkanocne  trzeba odłożyć na później i czekać na zwrot za bilety. Czas za to  powspominać ostatni wyjzad  za ocean  z  tegorocznych  ferii  jescze bez koronawirusowych;)

        Bardzo spodobały nam się Karaiby a dokładnie Antyle Francuskie  zimową porą po podróży   pod sam koniec  2018  roku gdy  dostaliśmy się tam statkiem z Europy. Czyli tu w Polsce zimno i pada a tam  pora sucha i gorąca. W  te ferie zimowe gdy tylko pojawiły się tanie przeloty na tym kierunku od razu je kupiłem .  Trudniej jednak już znaleźć coś ciekawszego  niż np. zadeptana Dominikana czy Gwadelupa czyli najbardziej popularne turystyczne miejscówki . Tym razem   pojawił się Saint Martin w bardzo dobrej cenie po przeliczeniu znów z koron norweskich  1080 zł w obie strony liniami Air Caraibes z Paryża. Lotnisko Orly mamy już dokładnie „ przećwiczone” bo w wakacje lecieliśmy z niego do Brazylii. Tym razem trasę autem wzięliśmy sobie na spokojnie na dwa dni  nocując u znajomych pod  Frankfurtem. W  Paryżu auto znów zostawiliśmy na mocno oddalonym parkingu miejskim  ale w bardzo „polskiej” cenie.  Tak jak i ostatnio nocowaliśmy na lotnisku – byliśmy w końcu wyposażeni w śpiwory i nasze niezniszczalne materacyki Fiorda Nansena które w takich sytuacjach  ratują nas z opresji ;) No i miały się one rónież  przydać na bezludnej wyspie - o tym za chwilę:) .
            Przed wyjazdem długo załatwiałem mailowo  w La Réserve Naturelle de Saint-Martin     możliwość nocowania na bezludnej wyspie Tintamarre która to jest pod ochroną i jest częścią rezerwatu przyrody. Jest to jedyna możliwość legalnego "dzikiego" campingu na całych Karaibach – na wszystkich wyspach jest to zabronione. Na Tintamarre nie ma żadnej infrastruktury, nie ma wody, prądu , żadnej „ingerencji ludzkiej” więc na spędzenie tam trzech nocy wzięliśmy nasz podręczny campingowy stuff. 
 


            Orly w Paryżu  –  mimo że bardzo porządne,  wydaje się mało chronione i dość wyluzowane  – wieczorem sporo tu meneli którzy piją dziwne trunki, palą papierosy – na niektórych lotniskach rzecz nieprawdopodobna . W nocy jednak  pojawiło się kilka patroli z karabinami, obudzili nas  i musieliśmy zmienić miejsce naszego noclegu bliżej strefy odlotów.  Rano za to do McDonalda na poranna kawę i  na odprawę było rzut beretem. Jeszce tylko krótka celebracja urodzin Klementynki w lotniskowej „pattiserni” i   po 9 godzinach  wysiedliśmy    na niewielkim  lotnisku w zupełnie innych okolicznościach przyrody..  Po chwili czekania  jechaliśmy już po nasze wypożyczone auto z lokalnej wypożyczalni.


nasz domek z Airbnb na fnacuskiej części wyspy


 na Mullet Bay Beach        

              Na Saint Martin mieliśmy wynajęty z Airbnb fajny mały domek na wschodnim wybrzeżu zaraz przy „granicy„ rozdzielającej wyspę na część holenderską i  francuską z widokiem na ocean.   Czas głównie spędzaliśmy na plażach – pod tym względem sytuacja wygląda dużo lepiej jak na Gwadelupie czy Martynice – jest ich bardzo dużo, całe wybrzeże jest praktycznie nimi usiane – są bardzo różne od zupełnie spokojnych w zatoczkach po takie z pięknymi olbrzymimi falami na których  surferzy dają upust swoim umiejętnościom. Od  najbardziej znanej "Maho Beach" nad którą przelatują samoloty i jest zawsze na niej spory tłum ludzi, po takie zupełnie bezludne. Dziewczyn nie można było wyciągnąć z wody –  trzeba mieć oczy dookoła głowy żeby nie pogubić ich  w oceanie.



na Mullet Bay Beach
        


 Jedne z ciekawszych plaż to np. Grand Case, plaże przy Simpson Bay czy Zatoce Orientalnej, czy maleńka Lovers Beach gdzie można spotkać polujące pelikany.





Iguany wybrały sobie okolice Happy Bay beach  w północnej części  Saint Martin.



         Znowu przy Happy Bay Beach roi się od Iguan które rozleniwione nic sobie nie robią z ludzkiej obecności. Najbardziej znana jest oczywiste plaża Maho  którą od pasu startowego lotniska oddziela tylko drut kolczasty z tabliczkami o niebezpieczeństwie i przelatujące samoloty prawie „ocierają”  się o głowy plażowiczów. Natomiast te startujące gdy stanie się dokładnie za samolotem  wpychają podmuchem z silników ludzi do wody;) .
 Jest na niej oczywiście najwięcej ludzi – często tych którzy  przylatują/przypływają tu tylko na chwilę i kontynuują dalej objazdówkę po Małych Antylach czy całych Karaibach. Wiele za to z innych plaż szczególnie tych na wschodniej – holenderskiej  części wyspy  są prawie   puste . Żeby nie tracić czasu wśród tłumów na Maho Beach sprawdzałem co rano o której lądują największe samoloty żeby móc przyjechać o danej godzinie i uchwycić kilka fotek typowo spotterowych;) Niestety dwupokładowe kolosy: Jumbo Jety i Airbusy A380 nie lądują tu;)


w oczekiwaniu na szerokokadłubowca  przy Maho Bay Beach



w końcu  po kilku godzinach  nadleciał;)




        Czwartego dnie mieliśmy płynąc na bezludną wyspę Tintamarre na którą to przed wylotem załatwiałem pozwolenie na pobyt trzydniowy.  Ocean jednak był zbyt wzburzony i nie było mowy o wynajęciu łódki na wyspę. Kolejne dni mieszkaliśmy więc  dalej w naszym domku bo właściciel nie miał dużego obłożenia, nikt po nas nie miał się zjawić.  Codziennie rano sprawdzałem  czy jest opcja popłynięcia na wyspę, czy ocean sie uspokoił. Pomimo że była to pora sucha, co jakiś czas padał deszcz i może nie był on dokuczliwy bo temperatura w ogóle nie spadała to fale robiły się bardzo duże. Uniemożliwiało to wypłynięcie łódką na jakąkolwiek  okoliczną wyspę.
           Na północy Saint Martin w dzielnicach zamieszkiwanych tylko  przez  lokalsów widać jeszcze mocno zniszczenia jakie dokonał huragan Irma we wrześniu 2017  roku. Wtedy to fale naprawde musiały byc duze;(    Nad Saint Martin przybył on 6 września   2017 wiejąc z siłą  5 kategorii z prędkością ponad   300 km/h. Zabił około 15 osób, straty materialne oszacowano na ok. 4 miliardy dolarów na całej  wyspie zarówno po stronie francuskiej jak i holenderskiej .  Na poboczach do dzisiaj  leżą wraki aut, płoty dalej są powywracane i wiele budynków stoi zrujnowanych. W obu stolicach też zresztą to widać.



pozostałości po huraganie Irma z 2017 roku w  północno zachodniej francuskiej części  Les Terres Basses.



 Po  objechaniu   całego francuskiego Saint Martin oraz holenderskiego Sint Marteen,  będąc na kilkunastu plażach,  obejrzawszy stolicę  holenderską Philipsburg , francuską  Marigot w końcu ocean się uspokoił . Zabukowałem  transport na wyspę  łódką  , spakowaliśmy bety, odwiozłem auto na drugi koniec Saint Martin i busikami dojechałem do portu w  zapyziałej Cul de Sac.   Po drodze w markecie kupiłem  wielkie worki na śmieci bo znów zaczęło lać , a my nie mieliśmy nic przeciwdeszczowego. .Tak poubierani popłynęliśmy na nieodległą Tintamarre.  Na wyspę oprócz nas nikt inny sie nie kwapił, na łódce bylismy tylko my, więc mieliśmy pewność że cała będzie "tylko dla nas" ;)  Bezludna to ona jest  – owszem,   ale było   kilka  jachtów zacumowanych  przy plaży , nikt z nich jednak nie myślał o nocowaniu na lądzie ;). Natomiast w ciągu dnia  ludzie z jachtów też korzystaja z uroków wyspy.




Tintamarre




             Na całej wyspie infrastruktura sprowadza się do dwóch drewnianych stolików przy jednej z plaż  przy której cumują wspomniane jachty. Wieczorem przestało padać , mogliśmy rozbić namioty i rozkoszować się pięknym zachodem słońca. Wyspa jest jednak zamieszkana; mnóstwo na niej  olbrzymich jaszczurek, podobno są  też  wielkie żółwie. Nam natomiast do prowiantu dobrał się inny mieszkaniec – szczur, więc większość z niego musieliśmy mu oddać;)  Następnego dnia obeszłem  większość wyspy zbierając olbrzymie muszle ,  wyspa ma tylko   kilka kilometrów długości  ale  ze względu na niską i wysoką roślinność  można się na niej trochę  pogubić;)







nasze obozowisko na Tintamarre




             Zwinęliśmy nasz obóz  i o umówionej godzinie przypłynęła po nas łódka  zabierając nas z powrotem do Cul de Sac. nie mielismy juz naszego wypozyczonego auta więc  z "porciku"  busikami dojechaliśmy do Marigot czyli stolicy części francuskiej na północnym wybrzeżu.  Publiczny transport na Saint Martin odbywa sie właśnie takimi kilkunastoosobowymi vanami.  Nasz czas powoli się już kończył ale mieliśmy przed sobą jeszcze jedną podróż – promem  na sąsiednią  wyspę z Archipelagu Wysp Nawietrznych – tym razem dużą, zamieszkaną , podróż do „ do innego kraju” a mianowicie na brytyjską Anquillę. Tak więc w Marigot po dokonaniu niezbędnych zakupów w spożywczaku  przy porcie załadowaliśmy się na niewielki prom  by po 40 minutach  znależć sie na terenach pod panowaniem królowej:)   Tutaj też pierwszy raz dowiedzieliśmy sie o koronawirusie - w porcie były rozklejone informacje dla turystów z Chin z prowincji Wuhan.

             Wyspa jest niezależna  od Saint Martin,  podkreśla swoją odrębność na każdym kroku. W mini porcie w Bowling Point jest odprawa paszportowa, celna , wyspa ma własną flagę, rządzi się sama – uznaje tylko zwierzchnictwo Korony Brytyjskiej.  Waluta to tylko USD.  Ceny też zdecydowanie wyższe niż na Saint Martin, brak tu też publicznego transportu.  Jeszcze w porcie  poznaliśmy babkę która okazało się że płynie  prawie w to samo miejsce gdzie  mieliśmy nocleg, całkiem fajnie się złożyło bo wątpliwe czy znaleźlibyśmy  w ogóle ten pokój w nieopisanym „blaszaku” nad sama plażą  wciśniętym przy  włoskiej knajpie .  Właścicielka  oczywiście siedziała w Anglii, więc wydanie kluczy nie byłoby  łatwą sprawą.  Z powodu braku  lokalnego transportu na wyspie  podjechaliśmy  tam taryfą ( wyspa jest zbyt mała – nie ma tam żadnych „uberów”  czy tym podobnych). Cena za około 7 km dość astronomiczna 26 baksów i cena ta jest 'Ustawową” ustalana rzeczywiście odgórnie jak potem to sprawdziliśmy.  Nasz pokój bez okien z Air bnb. z mini aneksem kuchennym okazał się być przy samej plaży Sandy Ground. Jedno z łóżek od razu się połamało ale Aga skołowała jakieś cegłówki które powstawialiśmy pod nie więc dało rady:).


nasza Sandy Ground na Anquilli


            Tu ludzi już w ogóle nie było, czasami błąkali się jacyś pojedynczy turyści, generalnie klimaty wioskowe , przy  plaży sporo knajp ale zapełniających się dopiero późnym wieczorem. Po dwóch dniach  sielanki wróciliśmy do porciku Anquilli w Blowing Point  i  po pół godzinie łódko – promem znów byliśmy na Saint Martin.  Stąd jeszcze tylko busikiem ostatni raz na lotniskową  plażeMahe by pomachać nadlatującym  na głowami  kolosom  i wieczorem już czekaliśmy na jednego z nich z Air Caraibes który zabrał nas z powrotem do Paryża.


a tu  krótki    film   z tego wypadu;)





                       powrót  do  menu   podróże