Rumunia, Turcja, Syria - 1999

                                        Pełny album zdjęć:

                                                                           

                                      
Rumunia, Turcja, Syria ( VIII- IX 1999)
                      

                                                                           


 

To była nasza pierwsza podróż  poza Europę. I jak się okazało bardzo dobry wybór. Po całej Azji podróżuje się łatwo i przyjemnie a do tego bardzo niedrogo co jest zawsze clou programu.





Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria



   Poruszaliśmy się lokalnymi środkami komunikacji wybierając opcje jak najtańsze czyli głownie dojeżdżanie do granic i przekraczanie ich na nogach, by zaoszczędzić na międzynarodowych pociągach, czy autobusach.

  Do Cieszyna podwiózł nas Mariuszek swoim wysłużonym malaczem. Stamtąd pociągami przez Czechy, Słowację dojechaliśmy do Węgier. W Miskolcu nocleg w parku na ławkach i dalej przez Madżiarski kraj. W Nyirabrany przekroczyliśmy granicę z Rumunią i od razu powiało innym światem. Najpierw pół dnia czekania na pociąg, wymiana waluty u lokalnych cinkciarzy no i te wszechobecne Dacie i wariacje na ich temat. Pociągiem dojechaliśmy do Sigisoary czyli do stolicy Transylwanii. Zostaliśmy trochę postraszeni przez podpitego cygana któremu nie koniecznie podobały sie POLONEZY, czyli my.‚W nocy pojechaliśy taryfą na pole namiotowe opisane w  Pascalu, które okazało się totalna porażką. Czegoś takiego nie widzieliśmy wcześniej i później również. Kible zdewastowane całkowicie, nie było wody, prądu, niczego, tylko jedna pusta budka dla pobierającego kasę w które siedziało czterech piajnych typków. Nad ranem pijany cherszt zorientowawszy się że przyjechała grupa z namiotami; podjechaliśmy tu bowiem z poznanymi wcześniej rodakami, zerwał kartkę z cenami i wypisał drugą z nowymi. Tego było juz za wiele, strasząc policją zapłaciliśmy starą cenę i od razu zebraliśmy się na łapanie stopa do miasta. W centrum po krótkich poszukiwaniach okazało sie że miejscowi przyjmują plecakowiczów z namiotami w ogródku pomiędzy pomidorami za dolara od namiotu. Tak więc przez najbliższy tydzień Sigisoara stała sie naszą baząÂ… wypadową do innych atrakcji tego regionu. Po zwiedzeniu pięknego centrum Transylwanii jeździliśmy dalej śladami Drakuli. Odwiedziliśmy zamek w Branie, ruiny w Rasnovie, Braszow interesujące górnicze miasto, gdzie podpatrzyliśmy ciekawe rumuńskie podejście do recyklingu. Knajpa na rynku gdzie sprzedawano piwo w plastikowych kuflach miała jakiś układ z przedsiębiorczymi wyrostkami, którzy czekali jak klienci opróżnią browarki następnie wybierali kufle z pobliskiego śmietnika, po czym znosili je z powrotem do knajpy.

Do Rumunii przyjechaliśy równiez po to by zobaczyc zaćmienie słońca. Miało być dobrze widoczne w tych okolicach, lecz chmury niestety wszystko przysłoniły. 

    Sigishoara, Rumunia

Za to miło wspominamy lokalne restauracje, żywcem wyjęte z minionej epoki, gdzie za równowartość 12 złotych dwie osoby mogły zjeść bardzo wypaśny obiad z lokalnymi specjałami. Poruszając się dalej zwiedziliśmy Bukareszt, przedziwne, zasyfione miasto gdzie na szerokich na osiem pasów arteriach, pośród szklanych biurowców przejeżdżały co chwilę furmanki, biegały watahy bezpańskich psów, a co krok straszyły jakaś niedokończone olbrzymie betonowe budowle z czasów Caucescu. Zwiedziliśmy Dom Partii; wielkie dzieło wodza narodu Caucescu, wtedy drugi największy budynek na świecie. Robił dość przygniatające wrażenie. Z Bukaresztu poruszając sie cały czas pociągami dojechaliśmy w nocy do granicy i na pierwszej stacji po stronie Bułgarskiej. Miny nam trochę zrzedły. Przytrafiła nam się typowa stacja graniczna z mętami, moczymordami i tego typu elementem. Nie było szans tu zostać i kimać a pociągu w kierunku granicy tureckiej nie było. Została nam jedyna opcja jechać do Sofii nocnym pociągiem, pomimo że to nie w naszym kierunku. Wybór okazał się być jednak słusznym, po krótkich targach z Panią kierownik pociągu i lekkim smarowaniu udostępniła nam cały przedział sypialny, zamknęła nas i mogliśmy spokojnie spać do samej stolicy. W Sofii po rozgryzieniu systemu okienek na dworcu zakupiliśmy bilety do Plovdiv i stamtąd do Svilengradu i już za chwilę siedzieliśmy w autobusie tureckim do Edirne.



Turcja; Istambuł, Side


Tu pierwszy raz zetknęliśmy sie z zachodnim wschodem. Wszystko dla ludzi, bardziej normalne i czyste w porównaniu do Rumuni i Bułgarii ale już wschodnie. Pierwszym dłuższym przystankiem był Istambuł gdzie zamelinowaliśmy się na polu namiotowym. Kilka dni zeszło nam na zachłystywanie sie tą metropolią z jej wspaniałym Błękitnym Meczetem, Hagą Sofia, Pałacem Topkapi, na uczestniczeniu w kolorowym życiu ulicy, piciu herbat siekier, jedzeniu kebabów zawiniętych w  gazety, no i oczywiście na zakupach na lokalnych targach z tureckimi ciuchami. W nocy przed opuszczeniem Istambułu doświadczyliśmy trzęsienia ziemi tzn. ja nic nie czułem i spałem ale Aga sie obudziła i z innymi wybudzonymi kobietami mocno to przeżywały w ubikacji. Po wyjechaniu z miasta widać było sporo zniszczeń, zawalone mosty, domy i ludzi bez schronienia koczujących przy drogach.



                           Istambuł, Haga Sofia

Nad ranem dotarliśmy do Side nad morzem Śródziemnym, gdzie główna atrakcją turystyczna jest amfiteatr z czasów rzymskich. Tutaj przywitał nas prawdziwie tropikalny klimat, a do tego mnóstwo Niemców na plażach i pustki na polu namiotowym. Wszyscy mieszkali chyba w klimatyzowanych resortach. Było też trochę drogo tak więc długo tam nie zabawiliśmy korzystając co nieco z plażowych atrakcji typu spadolin czyli po naszemu spadochron na linie przytwierdzony do motorówki, czy orzeszki ziemne, za kupę kasy nabywane w nocy na plaży. Z Side robiliśmy wycieczki do Antalii i Alanii gdzie można sie było bratać z lokalasami po oznajmieniu że Edyta Górniak jest z Polski (podobna była tam dość popularna).


Syria, Aleppo


Po kilku dniach ruszyliśmy dalej na wschód i dotarliśmy do Iskenderun a stamtąd już na granicę syryjska. Tam tak naprawdę wtedy po raz pierwszy zetknęliśmy się z kulturą z poza naszego regionu, przekroczyliśmy tą magiczną granicę za którą rzeczywiście mogliśmy stwierdzić że zaczęła sie Azja. Przywitały nas plakaty uśmiechniętego Al Assada, totalna biurokracja i amerykańskie wozy z lat 60 -tych. Pierwszym naszym przystankiem było oczywiście Aleppo czyli miejsce spotkań dużych rzeszy plecakowiczów rozpoczynających, bądź kończących swoje wojaże po bliskim wschodzie. Na dachu hosteliku w którym nocowaliśmy była większość Polaków, kilku Czechów no i oczywiście Japońce i Koreańce głównie samotne z nierozłącznym papierem toaletowym w garści. Aleppo zrobiło na nas kolosalne wrażenie; kawa mocna jak nigdy, chaotyczna wschodnia zabudowa podziwiana z Cytadeli, kobiety w czadorach, humus w lokalnym barze, wymiana waluty w sklepie obuwniczym itp. Na dachu naszego hosteliku piliśmy hektolitrami herbatę miętową przywiezioną jeszcze z Polski; smakowała jak nigdy. A do tego przemili miejscowi ludzie i windows po arabsku.


Hama, Krak de Chevaliers, Day az Zor, Dura Eurpos, Mari


Z Aleppo pociągiem za śmieszne pieniądze udaliśmy się na południe. Najpierw do Hamy podziwiać średniowieczne drewniane Nurie, czyli wielkie koła ongiś służące do nawadniania ziemi. Na stacji nie obyło sie oczywiście bez kulturowego faux pas tzn Aga tak usiadła jak ona to lubi czyli po turecku ale nieopatrznie wyciągnęła stopy w kierunku sąsiada. Po dłuższej dyskusji dopiero doszło do nas że to spora obraza kierować spody stóp w kierunku kogokolwiek. Jednak miejscowi okazali sie wyrozumiali, Aga musiała zapalić na zgode paierosa z obrażonym panem ( troche cierpiała bo po pierwsze nie pali zawodowo a po drugie lokalne papierosy w Syrii są strasznie mocne), ale czego sie nie robi dla pokoju na Bliskim Wschodzie! Jadąc dalej na południe odwiedziliśmy zamek krzyżowców Krak de Chevaliers, zaś z Hims wzięliśmy autobus na pustynie do Palmyry. Bardzo ładna pustynna osada, kiedyś ważny punkt na trasie jedwabnego szlaku z dobrze zachowanymi ruinami Rzymskimi z I i II wieku ( legenda głosi że ruiny to pozostałos miasta wybudowanego przez Kleopatrę), teraz z niezłą infrastrukturą dla plecakowiczów. Tylko czemu handlarze daktyli na wielbłądach krzyczeli do nas halo Warszawa? Z Palmyry udaliśy sie dalej na wschódnad Eufrat do Dayr az Zor. Nie było tu nic interesującego ale stąd można było robić wypady w stronę granicy z Irakiem gdzie nad Eufratem leżały ruiny osad i miast. Była to już totalna prowincja syryjska, więc w Dura Europos nie spotkaliśmy nikogo wśród ruin a właściwie morza roztrzaskanych starożytnych naczyń glinianych walających po całym nabrzeżu. Był jedynie gościu z karabinem pilnujący tegoż miejsca, z którym obowiązkowo trzeba było sie fotografować. Na drodze spotkaliśmy orszak weselny czyli kilka przystrojonych kolorowo aut, z lokalna młodzieżą strzelającą z kałachów na wiwat. Oczywiście z nimi też trzeba było robić sobie zdjęcia i przejechac sie na pace samochodu wyładowanego rozśpiewanymi chłopakami. Nad samą już granicą z Irakiem leży Mari czyli pozostałości po starożytnym mieście, państwie Mezopotamii, którego korzenie sięgają trzeciego tysiąclecia przed naszą erą a które to upadło wraz ze zdobyciem go przesz Hammurabiego w osiemnastym wieku p.n.e. Były to najstarsze ruiny jakie kiedykolwiek oglądaliśmy. Ducha czasu trzeba było przywoływać samemu indywidualnie, gdyż ruiny a właściwie dziury w ziemi po wykopaliskach archeologicznych nie przedstawiały się okazale a wieśniak który chyba był odpowiedzialny za porządek i spokój tego miejsca nawet nie podniósł się z pozycji horyzontalnej na nasz widok. Za to wszystko czego brakuje w tym miejscu można podziwac w Luwrze, bo tam zostało onegdaj wywiezione przez francuskich archeologów. W drodze powrotnej do Day az Zor złapaliśmy stopa , Angola który pracował tu dla koncernu ciągnącego ropę i pierwszy raz od dłuższego czasu mogliśmy trochę sie schłodzić w klimatyzowanym wozie. Było to jedno z bardziej kosmicznych doznań. Jechalismy w klimatyzowanym Jeepie słuchając zakręconej arabsko-rockowej muzyki, podziwając jedne ze  skromniejszych wiosek w Syrii zza szyb samochodu, podczas najpiękniejszej pory dnia, jaka w krajach pustynnych jest późne popołudnie. Kiedy wszysy wychodza na ulicę a piasek przybiera piękny pomarańczowy odcień...




Damaszek., Malula, Ar Rasaffah



Kilka dni spędziliśmy w stolicy, było to całkiem miłe doświadczenie, mieszkańcy nie są; w każdym razie jeszcze wtedy nie byli, rozpuszczeni przez turystów. Tak więc naciągactwa było mało a w pięknym meczecie Omajadów spotkała nas miła niespodzianka. Kiedy leżeliśmy i odpoczywaliśmy od panującego na zewnątrz ukropu ( w meczetach panuje bardzo luźna atmosfera) podeszły do nas miejscowe dziewczyny i zaproponowały pomoc w zwiedzaniu miasta i swoje towarzystwo. Okazało sie że były to dziewczęta z tutejszej klasy średniej, mieszkały z rodzicami w chrześcijańskiej lepszej dzielnicy miasta. Zaprosiły nas do siebie. Mogliśmy zobaczyć jak żyją i trochę dowiedzieć się o tutejszych obyczajach i dniu codziennym. Oczywiście nie obeszło się bez rozmów na tematy polityczne i wysławiania pod niebiosa prezydenta Asada Seniora. Zwiedziliśmy z nimi całą stolicę łącznie z mauzoleum Saladyna oraz miejskimi sukami. Na drugi dzień odprowadziły nas na autobus do Maluli, czyli jednej z pierwszych osad chrześcijańskich gdzie można zetknąć sie jeszcze z językiem aramejskim. W drodze powrotnej z Maluli razem z  napotkanym Nowozelandczykiem zostaliśmy zaproszeni przez popa do klasztoru i jednocześnie szkoły z internatem  gdzie można było sie przyjrzeć jak sobie radzą młodzi kandydaci na prawosławnych duchownych.

Niedalek Maluli znajduje sie jedeno z najwiekszych w tej okolicy więzień. Jest dość ciekawie rozwiazane architektonicznie a mianowice ma ono kilkanaście pięter wkopanych w głąb ziemi i im cięższe przewinienie tym głębiej pod ziemią siedzi skazaniec.


Ponieważ  mieliśmy wizę pobytową dwutygodniową , musieliśmy się powoli kierować z powrotem na północ do Aleppo.  Jechaliśmy autobusem nocnym, w którym nawet na sekundę nie można było zmrużyć oka. Na cały regulator leciały filmy z Jackie Chanem z napisami angielskimi i na to nałożonymi arabskimi. Mieliśmy jeszcze troszkę czasu w Aleppo, żeby wykorzystać więc wizę całkowicie wytargowaliśmy jeszcze trucka z gościem który zawiózł nas na pustynię do bizantyjskich ruin Ar rasaffah czyli Sergiopolis, które świetność swą przeżywały za czasów cesarza Justyniana. Było to na totalnym odludziu gdzie nie było nikogo nawet  stróża.


Droga powrotna



Z Aleeppo wzięliśmy busa na granicę turecką i wciąż będąc pod wrażeniem przeżyć z ostatnich dwu tygodni, wyjechaliśmy z przyżeczeniem że jeszcze nie raz wrócimy na Bliski Wschód. W drodze powrotnej przez Turcję zatrzymaliśmy sie w Kapadocji gdzie spędziliśmy kilka dni. Było już trochę po sezonie wiec wszystkie pola namiotowe były jakby wymarłe. Dalej z Goereme ruszyliśmy na zachód do Istambułu gdzie stwierdziliśmy, że zrobimy  jednorazowo dłuższy odcinek i wykupiliśmy bilety do Bukaresztu. Autobus okazał sie być pełny rumuńskich handlarzy, którzy po ściągnięciu butów tak zagęścili atmosferę, że nie dało sie wytrzymać; pomimo że wszyscy mieli takie ładne białe skarpetki;) Na granicach było trochę spięć gdyż nie chcieliśmy płacić drobnych danin pogranicznikom jak reszta autobusu ale za to jak autobus wjechał na wagę to zgodnie ze wszystkimi zmienialiśmy położenie w autobusie, żeby wypadło tak jakbyśmy za wiele rzeczy nie przewozili;) Z Bukaresztu pojechaliśmy w góry Bucegi i zatrzymaliśmy sie w całkiem ładnej Sinai. Wynajęliśmy pokój od babeczki która jak i wiele innych reklamowała się wolnymi kwaterami. Z Sinai zrobiliśmy sobie dwudniowy treking i śpiąc w górskim schronisku poobcowaliśmy trochę z przyrodą wśród nie za mocno zadeptanych gór. I to był nasz ostatni przystanek podczas tej podróży, resztę drogi spędziliśmy w pociągach kierując si ę w stronę naszych ukochanych Katowic.



                                                                                                      Syria, Damaszek


                                                             powrót  do  menu   podróże