Tajlandia, Malezja, Singapur, Kambodża - 2002

                                        Pełny album zdjęć:

                                                                           

                                    
Tajlandia, Malezja, Singapur, Kambodża (VI 2002)
 

                                                                           


Tajlandia, Malezja, Singapur, Kambodża; Czerwiec 2002


Przelot wykupiliśmy w Aeroflocie – był w najkorzystniejszych cenach (2226 zł) w dogodnym terminie - z wylotem z kraju.

Po długim locie a właściwie dwóch lotach: z Warszawy do Moskwy i stamtąd ,po dwóch godzinach oczekiwania następnym locie do Bangkoku wylądowaliśmy w centralnej Azji.

Samolot z Moskwy nieco był podstarzały tak jak i stewardesy na pokładzie. Pasażerowie grzali wódę – szczególnie jacyś rosyjscy sportowcy, tak że pod koniec lotu wyglądał jak melina.

W Bangkoku pierwsze co nas zaskoczyło to wilgotność powietrza. Pierwszy raz byliśmy w takim klimacie i na początku trudno było dojść do siebie ciuchy mokre, ledwo było można złapac oddech. Aklimatyzacja trwała prawie pół naszego miesięcznego pobytu.

Po zobaczeniu kilku największych atrakcji stolicy (a raczej próbie gdyż wciśnięto nam kit, że jest jakieś święto narodowe i wszystko będzie pozamykane) ruszyliśmy na południe do Champun.




Champun



Generalnie chcieliśmy zjechać na południe półwyspu by dotrzeć do Singapuru, tak więc pierwszym przystankiem był nadmorski Champun. Było bardzo przyjemnie, na plaży prawie nikogo, a w hosteliku z trzciny spała jeszcze tylko jakaś niemiecka zajarana zdrowo parka rasta z małym potomkiem..




Nakhon Si Tammarat


Z Champun udaliśmy sie trzecią klasą lokalnej kolei, lepiej jednak było nie podróżować tą klasą, zwłaszcza na dłuzszych odcinkach. Leżenie na podłodze wśród śmieci lub na twardych ławkach nie wpływa na miły sen. Samo miasto bardzo sympatyczne, do buddyjskiej świątyni wprowadzali nas młodzi mnisi gdyż było już późno i była zamknięta. Byli bardzo komunikatywni więc miło spędziliśmy czas dpwiadując sie wielu ciekawych żeczy na tema religii buddyjskiej.

Z miasta postanowiliśmy zrobić sobie małą wycieczkę do dżungli nad zachwalany przez Pascala wodospad Khrun Chin. Był lekki problem z dostaniem sie tam a o możliwości oglądnięcia meczu naszej reprezentacji na MŚ ( wtopa z Portugalią) nie było w ogóle mowy. Na campingu u bram parku narodowego wykupiliśmy permity (na śniadanie była ostra woda z ryżem i wbitym na to surowym jajkiem) i udaliśmy sie wgłąb dżungli. Odgłosy i widoki były niesłychane ale szybko stamtąd uciekaliśmy gdyż Agusie oblazły pijawki. Potraktowaliśy je dezodorantem i w końcu poodpadały zostawiając krwawe ślady. Agusia tak wrzeszczała przy tej akcji, że aż przyszło nas zobaczyć stado zdziwionych małp.

Po powrocie do miasta i odebraniu bagaży z przechowalni ruszyliśmy dalej na południe do Hat-Yai i stamtąd do Panang Besar na granicy z Malezją. To przygraniczne miasto pełne jest burdelików i nieprzyjemnych hotelików, w których trzeba było nocować ponieważ granica na noc jest zamykana.


Lampun, Tajlandia

Malezja; Georg Town


Rankiem po wypełnieniu sterty fiszek dostaliśmy się do Malezji i od razu okazało się, że jesteśmy o godzinę starsi gdyż zegarki trzeba było przesunąć do przodu. Szybko załatwiliśmy kilka busów i po paru godzinach dojechaliśmy do Butterworth skąd tylko prom i stanęła przed nami otworem wyspa Penang. Następnych parę dni poświęciliśmy na dokładne eksplorowanie wyspy, głównie na rowerach co pozwoliło nam odwiedzić m.in. farmę motyli, świątynie żmij i chyba najładniejszy kompleks świątynny w Malezji czyli buddyjską Kek Lok Si. Jest wspaniale kolorowa, zbudowana w kilku stylach i pięknie położona na wzgórzu, skąd roztacza sie widok na wyspę. Samo miasto Georg Town jest nowoczesną metropolią która mocno już różni sie od miast tajskich; stopa życiowa w Malezji jest wyraźnie wyższa niż w Tajlandii.



Kek Lok Si, Malezja

Kuala Lumpur


Z wyspy udaliśmy sie dalekobieżnym busem do stolicy. Znaleźć zakwaterowanie nie było łatwym zadaniem, gdyż wszystkie gesthousy itp. były pełne. W końcu udało nam sie coś dorwać. W Kuala trzeba koniecznie udać się zobaczyć Petronas Twin Tower, my oglądaliśmy go z sąsiadującej obok wieży tv Menary, gdzie można było wjechać windą na najwyższe kondygnacje i z tego poziomu podziwiać wieże Petronas. Pod tymi ultra nowoczesnym (jak na tamte czasy) wieżowcami znajdują sie kilu piętrowe markety jakich wtedy jeszcze w życiu na oczy nie oglądaliśmy. W stolicy ciekawy też jest rynek – Merdaka Square z olbrzymim telebimem, na którym non stop lecą telenowele, kilka muzeów oraz stary dworzec klejowy który ciekawie koresponduje z nowoczesną szklaną częścią stolicy. W ogóle Malezja bardzo nam sie podobała. Jest dużo bardziej różnorodna od Tajlandii, zamieszkuje ja kilka nacji, które bezproblemowo współistnieją koło siebie. Co rusz można zapuścić sie to do tradycyjnej dzielnicy chińskiej, to do rozwrzeszczanej dzielnicy indyjskiej, to do meczetu a i wpływów europejskich, kolonialnych jest bardzo wiele.


Singapur


Ze stolicy udaliśmy się dalej na południe, najpierw do miast Malakka, starego post kolonialnego miejsca, gdzie kościoły stoją koło świątyń buddyjskich i hinduistycznych. Tego samego dnia wzięliśmy autobus do Singapuru, który trzeba było na granicy zmienić na lokalny bus, który zawiózł nas prosto do miasta Singapur. Tu znalezienie taniego noclegu graniczyło z cudem. Załatwiliśmy jakiś pokoik w dziwnym budynku ni to mieszkaniu ni to hoteliku i były to najdroższe noclegi podczas całego naszego pobytu w tej czyści Azji. Singapur to już całkiem inny świat, wszystko skrojone jak od linijki, czyściutko zero papierka na ulicy, w autobusach plazmy, na skrzyżowaniach wskaźniki GPS, przeciętne auta to mercedesy S klasy, nawet dzielnica indyjska jakaś taka czysta i uporządkowana. Zbyt wiele atrakcji to tu nie ma ale samo oglądanie tego diametralnie innego świata jest całkiem zabawne, jeszcze w momencie całkowitego szaleństwa na punkcie MŚ, gdzie każdy lokal wypełniony jest szczelnie kibicami. Poza miastem wybraliśmy się na sztucznie stworzoną wyspę Sentosa, na której zbudowano wielkie oceanarium; podobno jedno z ładniejszych w tej części Azji. Wszystko tu jest sterylne, zbudowane z głową czasami jednak wydaje się zbyt plastikowe i przewidywalne..


Singapur

Powrót; Tajlandia


Z Singapuru udaliśmy sie w drogę powrotną na północ przemieszczając się głównie dalekobieżnymi autobusami. Jak tylko się dało to nocnymi, co pozawalało zaoszczędzić też na noclegach. Niektóre nocne busy były naprawdę rewelacyjnie pomyślane, tylko na około 18 osób z możliwością prawie całkowitego rozłożenia siedzenia do pozycji horyzontalnej. Wracając z Malezji zatrzymaliśmy się jeszcze na wybrzeżu tajskim w Hua Hin, w którym to można miło spędzić pobyt w chatkach na palach z bezpośrednim widokiem na ocean. Jedzenie, szczególnie owoce morza są tu wyjątkowo tanie, tak że jeszcze stać nas było na tajski masaż który nie mogliśmy sobie odmówić. Z wybrzeża pojechaliśmy dalej na północ i przesiadając sie w Bangkoku skierowaliśmy się państwowym busem do Kanczanaburi podziwiać most na rzece Kwai. Dość przyjemne turystyczne miasteczko. Znowu domki z trzciny na palach, tym razem bezpośrednio na rzece Kwai. Można wykupić sobie przejazd koleją przez słynny most, dalej trasą wyrąbaną w dżungli przez jeńców brytyjskich w stronę granicy Birmańskiej. Z Kanczanaburi udaliśmy sie na północ Tajlandii do górskiego Czang Mai. Znajdują się tam najstarsze świątynie w Tajlandii m.in. Wat Phra Tat malowniczo położona na wzgórzu. Czang Mai jest bardzo fajne, nie ma tylu turystów co w Bangkoku, można wynająć sobie rowerki i objeżdżać wszystko samodzielnie. Jak tego nigdy nie robimy skusiliśmy sie na jednodniową wycieczkę z kilkoma atrakcjami, gdyż była w całkiem przystępnych cenach. Tak więc z innymi plecakowiczami najpierw udaliśmy się na przejażdżkę na słoniach, potem spływem rzeki na tratwach, w między czasie posiłek i oglądanie górskich wiosek z ich rdzenną ludnością. Impreza była fajnie przygotowana i z racji, że nas pobyt powoli dobiegał końca warto było ją wykupić i dąć sie zaciągnąć w kilka miejsc.



Kambodża 


Z północy wzięliśmy busa turystycznego do Bangkoku, gdzie po całonocnej jeździe wysadzali nas na Khao San Roado czwartej nad ranem wraz z innymi plecakowiczami. Po chwili namysłu mając jeszcze kilka dni w zapasie weszliśmy do pierwszego biura organizującego wycieczki oraz transporty i kupiliśmy bilety na pierwszy lepszy autobus do Kambodży do miasteczka przy ruinach Angkor Wath, do Siem Rep (Tajlandia to cudowne miejsce dla plecakowiczów, o każdej porze dnia i nocy można załatwic dokładnie wszystko co związane jest z podróżą). Po stronie tajskiej poszło całkiem sprawnie, na granicy dłuższy postój i załatwianie wiz, i już za moment Tajlandia za nami. Tutaj nagle diametralnie inny świat; czyli to co tygryski lubią najbardziej:) brud, chaos, biurokracja, nagabywanie, żebranie itp.

Po stronie kambodżańskiej w Poi Pet zmienił się pilot, zmienił się autobus ale przez kilka dobrych godzin nie było ani tego ani tego. Za to można było obserwować jak dzieci mozolnie reperują drogę po każdorazowym przyjechaniu ciężkiego sprzętu. Dokładały po prostu kamienie, które wciąż wyskakiwały spod kół ciężarówek. W końcu wieczorem ktoś się zjawił, podjechał też zdezelowany na maksa busik, którym rozpoczęliśmy podróż po wertepach i bezdrożach Kambodży. Było to lekko traumatyczne gdyż cali poobijani nie mogliśmy nawet na chwile zmrużyć oka. Droga była utwardzona ale tylko gdzieniegdzie. Pękła też jakaś ośka w tylnym zawieszeniu i trzeba było czekać na naprawę. W końcu po ośmiu godzinach jazdy i przejechaniu jakiś 150 kilometrów wylądowaliśmy w Siem Reap, które okazało się jak na Kambodże całkiem nie źle rozwijającym się miasteczkiem oczywiście z racji sąsiedztwa największej atrakcji tej części Azji czyli Angkoru. Wykupiliśmy jednodniowy bilet na zwiedzanie i już skoro świt chłopcy na motorkach wieźli nas do ruin i później obwozili po nich. Cały kompleks robi imponujące wrażenie szczególnie w zachodzącym słońcu i jest czymś tak niesamowitym czego jeszcze wcześnie nie było dane nam oglądać.

Nazajutrz postanowiliśmy udać się drogą wodna do miasta Battanbang, drugiego pod względem wielkości w Kambodży. Dobrze zrobiliśmy wybierając łódkę, gdyż może nie była najtańsza ale szybka i można z niej było podpatrywać codzienne życie na brzegach jeziora Tonle Sap. Sama całodzienna podróż tym środkiem komunikacji była niezłą przygodą. W Battanbang tak rzucili się na nas akwizytorzy hostelików, że w ferworze walki Agusię nadepnięto na głowę żeby tylko wcisnąć się na łódź, która jeszcze nawet dobrze nie podpłynęła do brzegu.

Miasteczko miało ciekawy klimat, jakieś strasznej dziury, brudnego centrum targowego, ale było na swój sposób urokliwe, można było posilić się owadami czy wymienić walutę na zwitki banknotów ledwo mieszczące się po reklamówkach( patrz ogromna inflacja w Kambodzż). Z miasteczka robiliśmy wypady na pobliskie miejsca martyrologii pomordowanych przez czerwonych Kmerów oraz zwiedzaliśy atrakcje typu działa samobieżne wtaszczone na wzgórza w celu przeprowadzania dokładniejszego ostrzału okolicznych wiosek.

Generalnie Kambodża zrobiła na nas duże wrażenie; szczególnie zestawiając ją z niedawno zwiedzonym Singapurem...

Tonle Sap, Kambodża

Na koniec złapaliśmy autobus z powrotem do granicy. Znowu parogodzinna biurokracja i ponownie Tajlandia i znowu Bangkok. Tym razem czasu pobytu zostało juz naprawdę niewiele. Zwiedziliśy kompleks Pałaców Krolewskich , i udaliśmy sie na tajski boks do topowej areny sportowej gdzie nakręcono min. “ Krwawy sport”. Ostatni dzień spędziliśmy na wypoczynie, na małej wyspie nieopodal Bangkoku. Kąpiąc się w towarzystwie warana konsumującego żółwia. Ostatni dzień przyniósł nam spora dawkę emocji po tym jak Agnieszka omylnie sprawdziła godzinę odlotu i musieliśmy na wpół śpiący rzucać się do taksówki błagając o jak najszybszy sprint na lotnisko i potem biegając po nim w szaleńczym tempie. Przy Check Inie okazało się jednak, że omyłka w godzinie odlotu owszem była ... ale na szczęście na naszą korzyść gdyż do odlotu było jeszcze duuuużo czasu. Kamień spadł nam z serc i mogliśmy już na spokojnie oddać się buszowaniu po strefie wolnocłowej...

                                                             powrót  do  menu   podróże