Tunezja  z Matyldą  - wrzesień  2010

                            

                                        Pełny album zdjęć:

                

 
Tunezja z Matyldą (IX 2010)

 

   

    Do Tunezji wybraliśmy się z naszą, na ten czas czteromiesięczną Matyldą pod koniec sezonu turystycznego tzn. we wrześniu. Była to już trzecia podróż naszego Gudziumbulca po Włoszech i Dębkach nad morzem. Tunezja nie chodziła nam nigdy po głowie i nie wybralibyśmy się tam sami z ogólnie znanych powodów: masowa turystyka, plastik – fantastik, nadmorskie strefy turystyczne nie przypominające prawdziwego arabskiego maghrebu itp.

Stwierdziliśmy jednak, że nadarza się świetna okazja do poznania tego kraju, bo póki co to naszej Matyldy w dalsze rejony świata nie weźmiemy. Był to też nasz pierwszy w życiu zorganizowany wyjazd i to w dodatku stacjonarny. W sieci znaleźliśmy całkiem fajną ofertę posezonową z wylotem z Katowic za 850 zeta na łebka za całe “wczasy” z wyżywieniem (ale nie w opcji all inclusive) plus 90 za małą.


Na pokładzie Matylda dała czadu i mocno podniosła poziom adrenaliny pana koło nas, który już i tak był  zdenerwowany startem, lekkimi turbulencjami i lądowaniem.


Sousse

Zamieszkaliśmy w jednej z turystycznych zon w Susse na wybrzeżu. Medyna w mieście okazała się mocno zdominowana przez turystów i ciężko było w niej doszukać sie klimatu bliskowschodniego. Godny polecenia jest Ribat z więżą Khalef, która dominuje nad medyną. Ceny pierdół na straganach z racji sporych ilości turystów są mocno astronomiczne – Aga wytargowała bazarową bransoletkę z 45 dinarów na 5 a i tak była warta pewnie ze 2 .


Sousse

Monastyr


Z Sussy można wybrać się koleją, która jeździ po sahelu do np. Monastyru i innych miast wybrzeża. Było to dla nas superowe rozwiązanie gdyż podróżowanie z czteromiesięcznym dzieckiem w klimatach północnoafrykańskich lokalnymi busami było by trudne. Miasto jest dość niewielkie i łatwo można dotrzeć do meczetu Burgiby, ojca współczesnej Tunezji oraz jego monumentalnego mauzoleum. Prezentuje się ono całkiem okazale z pozłacaną kopułą i jest położone na terenie starego cmentarza.

Trwał jeszcze ramadan i zjedzenie czegoś w lokalnej knajpce w medynie było niemożliwe. Spędziliśmy sporo czasu w zatłoczonym do granic możliwości małym markecie, w którym oczywiście gotowych rzeczy do zjedzenia również nie było.

Bardzo ładnie prezentuje sie położony nad samym morzem ribat Harthema pochodzący z VIII wieku, który   służył jako plener filmowy np. w „Żywocie Briana” Monty Pythona.


Monastyr

El – Jem


Pociągiem również można wybrać się do El- Jem, miasteczka, w którym znajduje się największy rzymski zabytek w Afryce, czyli olbrzymi amfiteatr. Jest niewiele mniejszy od koloseum i w czasie swojej świetności mógł pomieścić około 30 tyś. widzów. Robi rzeczywiście spore wrażenie i gdy przeczeka się chwile gdy przetoczą się wycieczki z podjeżdżających autokarów, można wyobrazić sobie jego dawną potęgę.



koloseum w El-Jem

Kairuan


Tutaj mogłem poczuć prawdziwy klimat północnoafrykańskiego arabskiego miasta. Jest oddalone od morza, jest też wyraźniej gorąco i rzadko odwiedzają je wycieczki zorganizowane. Kairuan jest czwartym najważniejszym miastem Islamu po Mekce, Medynie i Jerozolimie i ma najstarszą arabską zabudowę w Tunezji. Wybrałem się tam sam gdyż podroż z Matyldą w zatłoczonym lokalnym busie przy 38 stopniach byłaby dość uciążliwa.

Kairuan ma bardzo fajną VIII i IX wieczną medynę z okresu świetności miasta z czasów panowania Aghlabidów. Jest w niej kilka suków, a kolorami przypomina troche marokański Szewszawan. Z ciekawszych rzeczy warto zerknąć do studni Bir Barouta, w której chodzący w kółko wielbłąd zaprzężony w skomplikowaną konstrukcję wydobywa na powierzchnie świętą wodę w dzbanach. Wedle tradycji jest ona połączona ze studnią Zem Zem w Mekce. Na obrzeżach medyny stoi olbrzymi meczet wyglądający jak wielka forteca.

Warto tu przyjechać i zwiedzić miasto zwłaszcza, że jest one oddalone o godzinę - dwie jazdy autobusem od większości nadmorskich centrów turystycznych.


W sumie Tunezja zaskoczyła nas pozytywnie – masowa turystyka kumuluje się w nadmorskich zonach, tak więc mając dość rosyjskich wczasowiczów, którzy upychają po kieszeniach rybę ze śniadania na stołówce, można opuścić te klimaty i korzystając z lokalnej komunikacji poczuć całkiem przyjemny powiew arabskiego kraju.


            

Kairuan

                                                             powrót  do  menu   podróże